Wśród obietnic wyborczych Prawa i Sprawiedliwości znalazły się m.in. ulga 500 zł na dziecko, 12 zł stawka godzinowa, obniżenie wieku emerytalnego oraz propozycja nałożenia podatków na banki i hipermarkety. Co więcej, politycy tej partii powtarzają, że spełnią te postulaty.
Polityka prorodzinna nie jest formą polityki społecznej, więc nie powinna być wypłacana w formie zasiłku. Polityka prorodzinna to jest inwestycja w przyszłość państwa, Narodu, gospodarki. Na to pieniądze muszą się znaleźć.
Jesteśmy na progu załamania demograficznego, a więc na progu katastrofy systemu ubezpieczeń społecznych, a wraz z nim finansów publicznych. To trzeba wziąć pod uwagę i zacząć działać skutecznie. W mniejszym stopniu skupiałbym się na pomysłach rozdawania publicznych pieniędzy, a w większym na tym, by ludziom ulżyć, by mniej zabierać tym, którzy wychowują potomstwo z korzyścią dla całego społeczeństwa. A więc więcej ulg, a mniej dotacji i wypłat.
500 zł nie wydaje się kwotą oszałamiającą z punktu widzenia naszych możliwości budżetowych. Przy założeniu, że wydatki niepotrzebne, których w Polsce jest całe mnóstwo, zostaną ograniczone i gdy załata się luki w podatkach VAT i CIT, szacowane w pierwszym przypadku na 60 mld zł, a w drugim na 40 mld zł, a są to szacunki organizacji międzynarodowych, to pieniądze na politykę prorodzinną nie będą problemem.
W kwestii stawki minimalnej godzinowej jestem zwolennikiem tego, by dyskutować jednak o płacy minimalnej w wymiarze miesięcznym. W obecnej sytuacji stawka godzinowa mogłaby doprowadzić do tego, że część przedsiębiorstw przeniosłaby się do szarej strefy, jeśli zostanie wyznaczona zbyt wysoko. Wszystkie te rzeczy trzeba robić ostrożnie i obserwować, jak gospodarka i wpływy do budżetu reagują.
Problem niskich płac nie wynika z tego, że mamy taką, a nie inną płacę minimalną, a z tego, że Polska jest drenowana finansowo. Wyprowadza się nieopodatkowane zyski, jesteśmy zadłużeni za granicą i płacimy odsetki wierzycielom nie z Polski. To jest przyczyna, dla której Polacy pracują bardzo dużo, a zarabiają mało.
Jeśli chodzi o podatek bankowy i od hipermarketów, są to sektory zdominowane przez obcy kapitał i przynoszące zyski. W związku z tym istnieje pole do poszerzenie bazy podatkowej właśnie w tych miejscach. Zrobili to Węgrzy i kapitał zagraniczny nie wycofał się z ich gospodarki. Nie jest też tak, jak straszą niektórzy ekonomiści, że banki przerzucą koszty podatku na swoich klientów, czyli na nas wszystkich. W ostatnich latach sektor bankowy odnotowywał gigantyczne zyski – około 16 mld zł rocznie. Jeżeli wprowadzimy ten podatek, to te zyski będą niższe. To jest normalna rzecz w gospodarce rynkowej, że raz zarabia się więcej, a raz mniej, w zależności od tego, czy sytuacja jest dobra, czy zła. A banki zarabiały świetnie nawet w dobie kryzysu.
Ostatnia rzecz, czyli obniżenie wieku emerytalnego, to jest trudne zagadnienie, które wymaga nie tylko odwrócenia pseudoreformy Platformy, ale wymaga także tego, by w całych finansach publicznych zrobić porządek. Centrum im. Władysława Grabskiego na podstawie tylko 100 wybranych przykładów z poprzednich lat obliczyło, że 182 mld zł zostały zmarnotrawione. To jest, przypomnę, wyliczenie tylko na podstawie 100 wybranych przykładów. Jeśli tylko część tej niegospodarności będzie ukrócona, to i przywrócenie wieku emerytalnego będzie możliwe. System emerytalny wymaga gruntownego przemyślenia, bo po 2020 r. będziemy mieli do czynienia z tym najbardziej krytycznym momentem rozjechania się nożyc demograficznych naszego społeczeństwa.
Jest coś nie tak z naszą polityką gospodarczą. Jeśli Polska mimo wszystko rozwija się w tempie kilku procent rocznie, jeśli Polacy pracują coraz więcej i coraz więcej podatków jest też od nas zabieranych, a każe się nam pracować coraz dłużej na emeryturę, każe się nam coraz więcej odkładać do kasy państwa, coraz mniej otrzymujemy, to coś jest nie tak. Gdzieś te pieniądze uciekają.

