logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Za rządów PO byliśmy państwem podporządkowanym

Czwartek, 29 października 2015 (05:14)

Z Bolesławem Piechą, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wygrana Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych nie budzi entuzjazmu wśród Niemców i w ogóle w Brukseli. Z czego to wynika?

– W mojej ocenie to, czy wygrana PiS budzi entuzjazm w Brukseli czy u Niemców, jest sprawą drugorzędną, bo to nie Unia, a nasi obywatele określają, kto będzie rządził Polską. Jeśli chodzi o Niemcy, to dotychczas za sprawą rządów Platformy byliśmy, nazwijmy to, państwem podporządkowanym.

Jaka teraz będzie ta współpraca…?

– Na pewno będziemy bardziej niż dotychczas podkreślali swoją suwerenność i swoje interesy, natomiast nie sądzę, żebyśmy chcieli tworzyć napięcia czy dążyli do konfliktów, bo to nie jest nikomu potrzebne. Druga sprawa to jest tzw. przyklejanie gęby i tworzenie klimatu, że PiS jest wrogo nastawione do Niemiec czy w ogóle do Unii Europejskiej, co – trzeba powiedzieć – otwarcie udało się Donaldowi Tuskowi i Platformie Obywatelskiej, a zwłaszcza mediom tzw. głównego nurtu. Przyklejono nam maskę eurofobów, homofobów, słowem wszystko, co najgorsze, co jest absolutnym nonsensem. PiS stoi i stać będzie na straży polskich interesów, podobnie jak każdy inny kraj. Być może państwa zachodnie obawiają się, że teraz będzie im trudniej przeforsować rozwiązania narzucane na forum Rady Europejskiej. Z drugiej strony to chyba dobrze, że teraz na arenie międzynarodowej będzie inne zdanie niż zdanie Niemców, Francuzów czy chociażby Włochów. W sprawach światopoglądowych Europa jest dzisiaj bardzo liberalna, powiem więcej, lewacka, i z pewnością twarde od dzisiaj postawienie przez Polskę na tradycję, na wartości, które PiS ma wpisane w swoim programie i których się nie wstydzi, może być dla mocno liberalnej i pseudopostępowej w tych obszarach Europy egzotyczne. Ale jednocześnie daje to szanse, aby wrócić do tego, co tak mocno akcentował św. Jan Paweł II, mówiąc, że mamy być płucem Europy, a nie jedynie drobnym oskrzelikiem, przez które każdy może dowolnie wpuszczać i wypuszczać powietrze. Cała reszta to irracjonalny strach i pompowanie niepotrzebnych złych emocji.

Czy to, co wydarzyło się w niedzielę w Polsce, może być zwiastunem nowej zmiany ukierunkowanej na ugrupowania prawicowe w Europie?

– Myślę, że nie tylko to, co wydarzyło się w Polsce, bo przecież są jeszcze inne sygnały, jak chociażby na Węgrzech czy w Wielkiej Brytanii, która kontestuje porządek europejski i również podkreśla, że w wielu sprawach poszczególne państwa powinny podejmować decyzje suwerennie. Niewykluczone, że lokomotywy Unii Europejskiej obawiają się odbudowania mocniejszych więzi wśród państw Europy Środkowej i Wschodniej. Wydaje mi się, że coraz bliżej do stanu, kiedy Berlin czy Paryż zostaną otoczone stolicami, gdzie rządy niekoniecznie będą się zgadzać z jedyną słuszną racją tego centrum decyzyjnego.

Wygląda na to, że „tłuste lata” skończyły się nie tylko dla Platformy, ale również dla Donalda Tuska. Jaka jest jego obecna pozycja w Parlamencie Europejskim?

– Stanowisko Donalda Tuska w Brukseli nie wynika z mandatu demokratycznego, ale decyzji tych, którzy w Radzie Europejskiej dominują. Nie jest tajemnicą, że są to Paryż i Berlin. Sytuacja przewodniczącego Tuska jest nieszczególna. Owszem, próbuje organizować spotkania Rady Europejskiej, ale z całą pewnością nie jest kreatorem polityki europejskiej i nigdy nie będzie. Donald Tusk postawił na bardzo ścisły sojusz, wręcz pozwolił sobie narzucić wolę Berlina i jako przewodniczący Rady Europejskiej nie prowadzi suwerennej polityki.

Czy porażka Platformy osłabi pozycję Tuska w Parlamencie Europejskim?

– Tusk jako polityk nigdy nie miał mocnej pozycji w Unii Europejskiej.  

Wydawałoby się, że po dość bezbarwnym Hermanie Van Rompuy na stanowisku szefa Rady Europejskiej gorzej być już nie może, ale życie pokazuje, że niekoniecznie…

– Nie zgodzę się z panem, że Herman Van Rompuy był politykiem bezbarwnym. Owszem, przyklejono mu łatkę flegmatycznego technokraty, człowieka bez charyzmy, ale w mojej ocenie był to polityk wcale nie najniższych lotów, w dużej mierze niedoceniany. Herman Van Rompuy był jednak politykiem wytrawnym, który umiał poszukiwać kompromisu. I gdyby dzisiaj zapytać przeciętnego Europejczyka: kto to jest Herman Van Rompuy, a kto to jest Donald Tusk, to odpowiedź byłaby zadziwiająca dla tych, którzy myślą, że „słońcem” Europy jest Donald Tusk. Natomiast Herman Van Rompuy był rzeczywiście sprawnym politykiem i to on starał się kreować politykę i kierować Radą Europejską, natomiast o Donaldzie Tusku nie słyszałem, żeby wsławił się osiągnięciem jakiegoś kompromisu. Najlepszym tego przykładem jest kryzys migracyjny i działania, jakie podejmuje Tusk, co bardziej jest jego porażką niż sukcesem. Państwa Unii pod jego kierownictwem niestety nie są w stanie stawiać czoła problemom związanym z napływem uchodźców.   

Jak wypada Tusk na tle przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude'a Junckera?

– Niestety Donald Tusk dał się zdominować przewodniczącemu Komisji Europejskiej Junckerowi, ale nie tylko, bo również przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego Martinowi Schulzowi. Tym samym to, co było nagłaśniane i miało być naszą dumą – czyli kierowanie, bądź co bądź najważniejszą instytucją w Unii Europejskiej, wcale powodem do dumy nie jest, bo jej obecny szef Donald Tusk dał się zdominować przez urzędnika i pierwszego wśród równych przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego. To bardzo dziwna sytuacja, która pokazuje, jak mało charyzmatycznym politykiem jest Donald Tusk.  

Kiedy Donald Tusk odchodził do Brukseli, to Platforma forsowała tezę, że po sukcesie, który tam osiągnie, bez problemów w przyszłości może się ubiegać o urząd prezydenta. Postawa Tuska w Brukseli wydaje się komplikować tę układankę…

– Nie oceniałbym tego dzisiaj. Każdy polityk może wracać i ubiegać się o takie czy inne funkcje. Nie ulega jednak wątpliwości, że wiele z „charyzmy” czy „czaru” medialnego Donalda Tuska uleciało w próżnię. Na arenie europejskiej jest niewidoczny, wręcz marginalizowany, a na gruncie polskim formacja, którą po sobie pozostawił, doznała klęski. Nic dodać, nic ująć – to mówi samo za siebie.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl