Minister zdrowia prof. Marian Zembala poinformował o przedłużeniu rządowego programu in vitro. Odchodzący minister powinien podejmować decyzje za 304 mln zł?
– Uzasadnienie tej decyzji, które minister Zembala podał, że on w sumieniu lekarza to popiera, to nijak się ma do jego zadania. On ma służyć, a nie realizować swoje własne przemyślenia. Pierwszą sprawą, którą minister powinien zrobić, byłoby położenie na stół rzetelnego raportu, który analizuje to wszystko, na co wydano publiczne pieniądze. Z niego dowiedzielibyśmy się, czy uczyniono to racjonalnie. Powinien wyliczać, jakie popełniono błędy, ile zarodków ludzkich zamrożono, ile zniszczono, a jakie było powodzenie zabiegów. Właśnie ten raport powinien przedstawić minister, aby karty w grze były czyste. Minister nie zostawił raportu, a wydał publiczne pieniądze, bo w swoim sumieniu wie, że trzeba wydać 304 mln zł. Ciekawe, czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby miał wydać swoje pieniądze. W mojej ocenie, jest to działanie nieprofesjonalne. Wiem, że to zabrzmi mało elegancko, ale mało mnie obchodzi, co prof. Zembala myśli o tym programie jako lekarz. Chciałbym, aby zaczął myśleć o tym, jak przygotować ministerstwo, aby istniało w nim takie zaplecze, które pozwoli na racjonalne podejmowanie naprawdę trudnych decyzji. Bo prof. Zembala jest ministrem, czyli tym, który służy, a nie decyduje.
Prawo i Sprawiedliwość krytykowało program in vitro Platformy. Nowy rząd się z niego wycofa?
– Najpierw poczekajmy na nowy rząd. Niedobrze, że program został przedłużony bez konsultacji z nowym rządem. Zrobiono to, mówiąc kolokwialnie, na chybcika, czyli byle jak, byle szybko, byle tylko postawić nowy rząd przed trudnymi decyzjami i móc to wygrać propagandowo. Takie mam wrażenie, bo to, czy ten program komuś służy, to my o tym nic nie wiemy. Z pewnością rząd Prawa i Sprawiedliwości się temu przyjrzy i tę decyzję albo cofnie, mimo ogromnego krzyku szeroko rozumianego opiniotwórczego mainstreamu, albo podejmie inną decyzję. Poczekajmy na nowy rząd, który z pewnością kwestię in vitro będzie musiał rozwiązać w oparciu o rzetelny raport, bo to jest także kwestia ustawy, która została wdrożona.
Ustawa miała stać się sztandarowym projektem rządu Ewy Kopacz. Ostatecznie okazało się, że sparaliżowała działanie niektórych placówek in vitro.
– Dokładnie tak. Ustawie o leczeniu niepłodności, czyli o in vitro, towarzyszy wielka legislacyjna dziura. Wiemy, że ta ustawa została napisana na kolanie, na szybko, po to aby zdążyć przed końcem kampanii i w efekcie ugrać 1 lub 2 punkty procentowe w wyborach. Premier Kopacz zepsuła sprawę, minister nie dopilnował i wyszedł bubel. Niezależnie od tego, czy ja mam taki, czy inny światopogląd, faktem jest, że jeżeli ktoś wprowadza akt prawny, do którego nikt nie jest przygotowany, i tym samym powoduje przerwanie danej procedury technologicznej na nieokreślony czas, bo ze względów formalnych nie można wydać ani jednej złotówki, to jest ignorantem prawnym. Takich ignorantów prawnych jak Ewa Kopacz w tym rządzie było dużo i niestety niechlubnie wpisał się w to także minister Zembala.
Wiadomości o in vitro przykrywają sprawę naprotechnologii. Bez większego echa przeszła wiadomości, że Sejmik Województwa Lubelskiego przyjął program refundacji naprotechnologii. Wcześniej zrobiły to sejmiki mazowiecki i podkarpacki.
– Sejmiki zaprezentowały słuszne podejście. Dlatego uważam, że raport o in vitro powinien powstać. Odcinam się od spraw światopoglądowych, ale czy nie jest tak, że naprotechnologia i rzetelne podejście do tematu nie przyniesie znacznie większych korzyści, bez epatowania różnymi technologiami? Czy to odbyłoby się bez nabijania kieszeni tym, którzy się in vitro zajmują? Bo ta ustawa jest wynikiem lobbowania tych, którzy się tę metodą zajmują. Pan czy Czytelnicy z pewnością nie macie wątpliwości, że tak było. Znam tę kuchnię i wiem, że się za tym lobbowało i lobbuje. Wtedy być może wypadałoby te 304 mln przeznaczyć na sensowną diagnostykę, leczenie i promowanie naprotechnologii.
Widzi Pan szansę na to, że naprotechnologia stanie się podstawą programu ogólnopolskiego?
– Sądzę, że byłoby to bardzo dobrym posunięciem. Niekoniecznie powinno to być rozwiązane ustawą, ale takowa powinna dawać równą szansę metodom leczniczym niepłodności. Wiemy, że brak potomstwa to jest wielki dramat małżeństw. Sądzę, że można to rzetelnie przygotować. Potem wydać profesjonalne podręczniki, przeszkolić ludzi i w każdym województwie przy pomocy samorządów rozpocząć proces finansowania. To finansowanie byłoby tańsze, bo podzielone na dwie strony – budżet państwa i samorządy. Wyjdzie oszczędniej i prawdopodobnie racjonalniej.

