W jaki sposób udało się Pani uratować cenne archiwalia związane z Marszałkiem Józefem Piłsudskim przed zniszczeniem?
– Całe swoje życie zawodowe związałam z Archiwum Akt Nowych. Podjęłam tam pracę zaraz po studiach, gdy dyrektorem była pani Bronisława Skrzeszewska, żona ówczesnego ministra oświaty. W piwnicach dawnego gmachu AAN, który mieścił się na terenie SGPiS, znajdował się dosyć duży zasób akt z Muzeum Piłsudskiego w Belwederze. Wśród nich było wiele różnych życzeń kierowanych do Marszałka, stosy laurek od szkół, stowarzyszeń kombatanckich, różnych instytucji i organizacji wojskowych. Również życzenia kierowane do gen. Edwarda Rydza-Śmigłego, które także udało mi się uratować. Piłsudski nie był osobą, którą władze komunistyczne lubiły, więc wytypowano mnie jako młodego pracownika, a więc takiego, który pokornie będzie wykonywał polecenia, do przygotowania materiałów z nim związanych do zniszczenia. Miały być one przekazane na makulaturę. Sądzę, że osoby ze starszego personelu nie chciałyby w czymś takim uczestniczyć, więc wybrano mnie. Serce mnie bolało, że tak duże ilości ciekawych materiałów mają bezpowrotnie zostać utracone.
Co więc Pani zrobiła?
– Przeglądałam te materiały, robiąc stosiki pod makulaturę. Pamiętam, że było to na początku lat 60. i trwało kilka tygodni. Większość tych rzeczy była mniej cenna, głównie były to laurki pochodzące od uczniów szkół i te uległy zniszczeniu. Co ciekawsze życzenia kierowane do Marszałka odkładałam na bok, a następnie zanosiłam do szafy w swoim pokoju biurowym. Gdy miałam popołudniowy dyżur w archiwum, po cichu przemycałam te materiały do pracowni i po skończonej pracy wynosiłam do domu i chowałam je w pawlaczu. W ten sposób sporo tych materiałów udało mi się wynieść. Później wyjeżdżałam za granicę i nawet o nich zapomniałam. Materiały te znalazłam stosunkowo niedawno i postanowiłam przekazać z powrotem do Archiwum Akt Nowych. Jestem zadowolona z tego, że zostały one ocalone.
Nikt nie zauważył, jak Pani zabierała dokumenty ?
– Na szczęście nikt się nie zorientował, bo gdyby mnie nakryto, na pewno zostałabym wyrzucona z pracy. Byłam jednak przekonana, że mi się uda, i tak też się stało. Serce archiwisty nie dawało mi spokoju, musiałam odważyć się na ten czyn. Nie widzę w tym niczego bohaterskiego, myślę, że ktoś inny na moim miejscu zrobiłby to samo. Tych materiałów było tak dużo, że nikt później już nie sprawdzał, czy ich stan się zgadza. Choć te uratowane przeze mnie może wielkiego historycznego znaczenia nie mają, jednak stanowią jakąś pamiątkę tego, że Piłsudski cieszył się u większości społeczeństwa wielkim autorytetem i sympatią. Zresztą wśród członków mojej rodziny byli także zwolennicy Marszałka, więc wyrastałam w atmosferze sympatii dla jego działalności, tego, co zrobił dla niepodległości Polski.

