logo
logo

Dziś w
„Naszym
Dzienniku”

Zdjęcie: Ognen Teofilovski / Reuters

Imigranci pod przykrywką

Czwartek, 10 grudnia 2015 (18:23)

Aktualizacja: Czwartek, 10 grudnia 2015 (19:39)

Z sierż. szt. Marcinem Jurewiczem z Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

Kilka dni temu wrócił Pan z Węgier. Zabezpieczaliście granicę z Serbią. Co należało do Pańskich obowiązków?

– Na misję, która trwała miesiąc, zostaliśmy wysłani 4 listopada, do Polski wróciliśmy 3 grudnia. Z początku z polskiej Straży Granicznej wysłano 43 osoby, lecz po sprawdzeniu przez naszych dowódców, czy będzie również konieczność zaopatrzenia nas w pojazdy obserwacyjne, dojechali kolejni ludzie. Łącznie do końca misji było 53 funkcjonariuszy Straży Granicznej. Zgodnie z ustaleniami, które nastąpiły na wyższym szczeblu między ministrami i komendantami głównymi podległych służb, byliśmy wyznaczeni do wsparcia kolegów węgierskich bezpośrednio na granicy. To była typowa praca graniczna – patrolowanie, pomoc przy zatrzymaniach, identyfikowanie osób itp. Ochranialiśmy 40-kilometrowy, newralgiczny odcinek granicy z Serbią.

Jakie zabezpieczenia zastaliście na granicy?

– To jest ten odcinek granicy, gdzie został postawiony specjalny płot. Wygląda to tak, że od strony serbskiej mamy najpierw 1,5 m wysokości drutu żyletkowego, a następnie 3,5 m wysoki płot zrobiony z siatki gęsto napiętej. Całość zwieńczona jest również drutem żyletkowym. Koledzy węgierscy, słowaccy i czescy powiedzieli nam jednak, że od naszego przyjazdu nastąpił znaczny spadek przekraczania granicy przez tych ludzi. Wcześniej na dobę mieli po 200-300 przekroczeń, a po naszym przyjeździe, gdy zaczęło robić się trochę gęściej na granicy, było więcej patroli, spadło to do poziomu od 3-5 przekroczeń na dobę do maksymalnie 10.

W jaki sposób imigranci przedostają się przez płot?

– Wiadomo, że jeśli chodzi o pieniądze, to nie ma rzeczy nie do przejścia. Ci przewodnicy, którzy zajmują się przemytem imigrantów, podważają i tną ten drut kolczasty i musi on być później na nowo łatany. Mogę jednak śmiało powiedzieć, że granica w tamtym miejscu jest naprawdę szczelna. Jeśli nawet jakimś imigrantom udawało się przejść przez granicę, to wyłapywały ich patrole stacjonujące w odległości ok. 3-5 km od granicy.

Ile osób zatrzymaliście przez miesiąc?

– Mieliśmy około 100 zatrzymań jako cztery państwa, które brały udział w tej operacji. Jesteśmy specjalistami od takich spraw, czyli związanych bezpośrednio z granicą. Inne służby, w tym szczególnie policyjne, które nam pomagały, mają na tym polu mniej doświadczenia. Braliśmy udział w sumie w 50 proc. zatrzymań, można więc się pochwalić, że wróciliśmy z tarczą z tej operacji. Sami Węgrzy bardzo doceniali nasz wkład, cieszyli się, że na granicy zrobiło się spokojniej, i martwili się, co będzie po naszym wyjeździe. Same patrole były mieszane, to znaczy po dwóch polskich funkcjonariuszy Straży Granicznej plus węgierski policjant i węgierski żołnierz lub patrole złożone z czterech państw, po jednym Polaku, Węgrze, Słowaku i Czechu.

Po powrocie do Polski powiedział Pan, że z częścią z zatrzymanych imigrantów nie chciałby się Pan spotkać sam na sam w ciemnym zaułku.

– To prawda, ale to są zdroworozsądkowe spostrzeżenia. Nie jestem nastawiony anty do innych narodowości czy wyznań i jeśli ktoś nie chce mi zrobić krzywdy, to nie mam nic do niego. Tu niestety mamy do czynienia z ludźmi, którzy wbrew temu, co twierdzi wielu, nie do końca są pokojowo nastawieni. Na sto zatrzymanych przez nas osób było tylko kilku obywateli Syrii, reszta to obywatele Pakistanu, Afganistanu, Bangladeszu, Iraku, Iranu, Erytrei, a także Kosowa, Albanii czy Turcji.

Byli agresywni?

– Podczas zatrzymań nie było jakichś skrajnych sytuacji, ale zachowywaliśmy ostrożność, bo dochodziły do nas informacje z serbskiej strony, że niestety, ale różnie z nimi bywa. Czasami trzeba więc było zadziałać bardziej zdecydowanie. Próbowali uciec nam za wszelką cenę. Cały czas chcą nadal dotrzeć do Niemiec, a kraje, przez które się przemieszczają, traktują jako tranzytowe.

Był problem z identyfikacją tych ludzi? Wielu z nich nie ma wiarygodnych dokumentów tożsamości.

– Niektórzy z nich w ogóle nie posiadają dokumentów. W wielu miejscach wzdłuż granicy znajdowaliśmy w porzuconych przez nich siedliskach ubrania, na które niejednego z nas nie byłoby stać. Nie są to żadne rzeczy ze szmateksu, ale produkty markowe. W tych ubraniach znajdowaliśmy też ich dokumenty, wśród nich paszporty, które później często okazywały się fałszywe. Były np. paszporty tureckie, kosowskie i inne. Oni po prostu nie chcą, by ustalono ich tożsamość.

Były jakieś niebezpieczne sytuacje?

– Nie jestem nowicjuszem w Straży Granicznej i jako funkcjonariusz różne już rzeczy przeżyłem, ale na pewno było tam bardziej niebezpiecznie, niż jest w Polsce. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że u nas jest w miarę spokojnie i takie sytuacje jak tam się nie zdarzają. Co prawda nie musieliśmy wyciągać broni, ale były nieraz sytuacje z użyciem gazu i kajdanek.

Wrócicie tam jeszcze?

– Na razie z tego, co mi wiadomo, węgierskie władze nie wystąpiły o kolejny kontyngent. Węgrzy dosyć mądrze podeszli do tematu, ponieważ nie tyle chodziło im o to, żeby wyłapać wszystkich nielegalnych imigrantów, ile o skanalizowanie całego tego ruchu na odcinku serbskim. Strona serbska w ogóle nie jest zainteresowana ochroną granicy, oni chcą tych ludzi po prostu wypchnąć od siebie. Przez miesiąc nikt z nas nie widział żadnego patrolu serbskiego. Węgrzy działają głównie prewencyjnie, odstraszając imigrantów. Teraz problem ma Słowenia, bo większość z nich poszła w tamtą stronę.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik