logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Czas skończyć z dziennikarskimi hienami

Czwartek, 31 grudnia 2015 (17:00)

Z Markiem Suskim, posłem PiS, przewodniczącym sejmowej Komisji ds. Energetyki i Skarbu Państwa i wiceprzewodniczącym sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Mimo zmiany władzy w Polsce w Sejmie wciąż cenzurowane są wypowiedzi posłów. Jak skomentuje Pan wczorajsze zachowanie wicemarszałek Sejmu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która przerwała obrady w sprawie projektu nowelizacji ustawy medialnej?

– To, co Polacy mogli obserwować, bo obrady były transmitowane, to oczywisty skandal. Chyba po raz pierwszy w historii – a przynajmniej ja nie pamiętam takiego przypadku – mamy sytuację, kiedy prowadzący obrady Sejmu, w tym przypadku wicemarszałek Sejmu Małgorzata Kidawa-Błońska, odbiera głos przedstawicielowi wnioskodawców poseł Barbarze Bubuli, która w sposób rzeczowy referowała i odpowiadała na pytania posłów. Jest to rzecz niesłychana, można powiedzieć, że prawda, jaka płynęła z odpowiedzi poseł Bubuli, była tak piorunująca, że marszałek Kidawa-Błońska musiała przerwać, żeby społeczeństwo nie dowiedziało się, jak skandaliczne rzeczy działy się w obszarze mediów publicznych za rządów koalicji PO – PSL. Sądzę, że w tej sytuacji wicemarszałek wolała podjąć ryzyko oczywistego złamania regulaminu Sejmu, tylko po to, żeby nie dostarczyć Polakom wiedzy o ich rządach.   

Skąd, Pana zdaniem, takie zachowanie marszałek Kidawy-Błońskiej i czy Sejm powinien je tolerować?

– Z całą pewnością wrócimy do tej sprawy na Konwencie Seniorów. Myślę, że nikt nie ma złudzeń co do tego, że nie było to zachowanie uprawnione, a cenzurowanie wypowiedzi jest skandaliczne.

Czy możemy spodziewać się wniosku o odwołanie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z funkcji wicemarszałka Sejmu?

– Konsekwencje w stosunku do posłów czy do marszałków, którzy zachowują się w taki, a nie inny sposób, mogą być jedynie symboliczne, np. zwrócenie uwagi czy upomnienie. Oczywiście jest to zachowanie niedopuszczalne, ale – jak sądzę – nie aż tak drastyczne, żeby wnioskować o odwołanie wicemarszałek Kidawy-Błońskiej. Z pewnością wrócimy do tej sprawy i zareagujemy na to z całą stanowczością, mając nadzieję, że takie zachowanie w przyszłości więcej się nie powtórzy.   

Przechodząc do uchwalonej przez Sejm tzw. małej ustawy medialnej, proszę powiedzieć, jak wyglądała wolność słowa przez ostatnie osiem lat w wydaniu Platformy i PSL-u, które dzisiaj mówią o zamachu PiS na media publiczne?

– Trudno w ogóle mówić o wolności czy niezależności mediów publicznych za rządów koalicji PO – PSL. Dziennikarze niezależni zostali w sposób nieelegancki wyrugowani z mediów publicznych. Po jakimś czasie po interwencjach Polaków pozostawiono jeden, jedyny program Jana Pospieszalskiego, którego emisję też zepchnięto na późne godziny nocne. Kiedy zaś działy się skandaliczne rzeczy za rządów PO – PSL, to program ten potrafiono albo zawiesić, albo nie zgodzić się na temat lub na gości, którzy mieli tam wystąpić, tylko po to, żeby nie podejmować tematów niewygodnych dla władzy. Można zatem powiedzieć, że wolność mediów była na wodzy, a Platforma stosowała nowoczesne formy cenzury prewencyjnej – takiej jak to było za czasów PRL-u, kiedy z łamów gazet zdejmowano artykuły czy z anten radiowych lub telewizyjnych programy niewygodne dla sprawujących władzę. I choć oficjalnie w ostatnich latach nie było cenzury, to faktycznie za rządów Platformy wróciła. Dzisiaj, kiedy chcemy z tym złym dorobkiem ostatnich lat zerwać, ze strony Platformy słychać wrzask, że likwidacja cenzury platformerskiej jest ograniczeniem wolności słowa. Myślę jednak, że niezależni dziennikarze i ogromne rzesze Polaków odczytają intencje tych, którzy próbują bronić układu, i tych, którzy chcą z tym układem walczyć. To, co w tej chwili robi PiS, to nic innego, jak odzyskiwanie na nowo wolności słowa i mediów dla obywateli.  

Co zmienia znowelizowana ustawa o radiofonii i telewizji autorstwa PiS?

 – Najważniejsze zmiany to podporządkowanie spółek Skarbu Państwa, jakimi są spółki medialne, ministrowi Skarbu Państwa. Chodzi tu o należytą pieczę nad majątkiem Skarbu Państwa i prawidłowe zarządzanie, nad oszczędnościami i racjonalnymi wydatkami. Druga wynikająca z tego kompetencja ministra dotyczy powoływania zarządów i członków rady nadzorczej i prezesa telewizji.   

Padają jednak oskarżenia, że próbują Państwo dokonać zamachu czy wręcz skoku na media publiczne…

– Ale to przecież nic nowego. Od momentu, kiedy wygraliśmy wybory, słyszę nieustająco stwierdzenia, że czego tylko nie dotknie się PiS, to jest zamach najpierw na Trybunał Konstytucyjny, teraz zamach na media, służbę cywilną – słowem, na co tylko się da. Tworzona jest aura, że oto żyjemy w jednej wielkiej atmosferze zamachu. Tymczasem według podręcznikowych definicji zamachem są działania, które mają na celu odebranie siłą władzy demokratycznie wybranemu rządowi. Platforma wciąż nie chce pogodzić się z przegraną i utratą władzy, ale realia są takie, że to PiS wolą wyborców rządzi dziś w Polsce i czy to się komuś podoba, czy nie będziemy realizować swój program i zmiany, które  obiecaliśmy Polakom. Rozumiem, że nie wszystkim się to podoba, ale nie ma takiego, kto dogodziłby wszystkim. Natomiast ci, którzy przegrali, których sposób i efekty rządzenia zostały negatywnie ocenione przez społeczeństwo, dzisiaj walczą o to, jak to powiedziała podczas manifestacji KOD Agnieszka Holland – „Kochani, my walczymy o to, żeby było tak, jak było”. Tyle że ludzie mieli już po dziurki w nosie tego, co było i jak było, i dlatego wybrali dobrą zmianę.

W Sejmie, zwracając się do opozycji, powiedział Pan, że „telewizja publiczna była kwaterą kłamstwa, której dziś bronicie w sposób symultaniczny, zaś ustawa autorstwa PiS ma usunąć patologie, jakie w tym obszarze powstały w trakcie rządzenia koalicji PO – PSL”…

– To jest ocena tego, co się przez ostatnie lata działo w telewizji publicznej. Jeśli oczywiste fakty były przemilczane, a kłamstwa były nagłaśniane, jak chociażby ataki red. Tomasza Lisa na córkę prezydenta Kingę Dudę, choć potem wprawdzie te kłamstwa sprostowano, ale miliony Polaków widziały te oszczerstwa i jakoś nie było przeprosin ze strony władz TVP. Takich przykładów kłamstw, dezinformowania społeczeństwa czy uprawiania propagandy poseł Bubula podczas debaty wymieniała całą listę i dlatego jej wystąpienie zostało przerwane. Nie zmienia to jednak faktu, że takie przykłady manipulacji, wypaczania pojęć czy wręcz gloryfikacja przestępcy stosowane w telewizji publicznej były nagminne.

Co ma Pan na myśli, mówiąc o gloryfikacji przestępcy?

– Mam na myśli Grzegorza Żemka, przestępcę i aferzystę, który siedział w więzieniu m.in. za jedną z największych afer gospodarczych III RP – aferę Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, o którym telewizja publiczna zrobiła program. Była to relacja z celi z przesłaniem, że o to taki pokrzywdzony przez system człowiek siedzi w więzieniu – jest taki dobry, zdolny, maluje itp. Tego typu programy w telewizji publicznej w żadnym wypadku nie powinny mieć miejsca. Tymczasem program – jak wspomniałem – Jana Pospieszalskiego – jedyny, gdzie była prawda, był z anteny ściągany i cenzurowany. To pokazuje, że nie było wolności, za to na porządku dziennym było rozsiewanie kłamstw, ograniczanie prawdy, uniemożliwianie występów dziennikarzom niezależnym czy odcinanie polityków PiS i pozbawianie nas możliwości prezentowania naszych pomysłów na antenach. Teraz, kiedy PiS objęło władzę, telewizja publiczna zamieniła się już całkowicie w tubę propagandową obecnej opozycji, która posługując się kłamstwami, nie pozostawia suchej nitki na rządzących.     

Jednym z dziennikarzy telewizji publicznej, który wprost atakował PiS, jednocześnie wspierając Platformę, i robi to nadal, jest wspomniany już wcześniej przez Pana Tomasz Lis. Wczoraj z mównicy sejmowej padła suma ok. 70 tysięcy złotych, jaką ma otrzymać za każdy z poniedziałkowych odcinków swojego programu…

– Nic więc dziwnego, że ulubionym futrzakiem Platformy jest hiena, w końcu nie byle jakie gremium, ale Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznało Tomaszowi Lisowi tytuł Hieny Roku 2015. Jego skuteczność i siła rażenia opozycji, a obecnie rządu PiS, była doceniana przez Platformę, za to też otrzymywał nagrody. Można powiedzieć, że był człowiekiem od propagandy sowicie wynagradzanym przez koalicję PO – PSL, i to z publicznych pieniędzy. To się musi zmienić.  

Posłanka Platformy Iwona Śledzińska-Katarasińska w jednej z wypowiedzi stwierdziła, że na co dzień nie zajmuje się Pan mediami, a raczej zbieraniem teczek z hakami. Idąc tokiem rozumowania posłanki Platformy – jakie to haki zbiera Pan na opozycję?

– Przez ostatnie osiem lat zbierałem informacje o różnych nieczystych, brudnych sprawkach Platformy i PSL-u i odpowiadając poseł Śledzińskiej-Katarasińskiej, mogę powiedzieć, że nie było to zbieranie teczek czy haków, bo haki zbiera się po to, żeby kogoś szantażować i wyciągać z tego korzyści. Natomiast osobiście starałem się podejrzane sprawy kierować do prokuratury, by wyjaśnić wątpliwości, albo mówiłem o tym z trybuny sejmowej, za co, nawiasem mówiąc, byłem karany przez Komisję Etyki, pozywany do sądu, np. przez byłego posła PSL Jana Burego. M.in. moje doniesienia, jakie składałem, zaowocowały zatrzymaniem i wieloma zarzutami m.in. korupcyjnymi. Dla koalicji PO – PSL byłem niewygodny. Ludzie nieuczciwi nie lubią takich, którzy im wytykają błędy i – co ważne – je odnajdują. Natomiast, czy to jest zbieranie teczek, czy haków? Sądzę, że nie. Jeśli bowiem spojrzeć na ustawę o wykonywaniu mandatu posła i obowiązków poselskich czy też funkcji kontrolnej Sejmu nad rządem, to obowiązkiem każdego posła jest patrzeć władzy na ręce. Starałem się to robić najlepiej, jak potrafiłem. W kilku wypadkach skutecznie: chociażby gdy chodzi o byłego min. Grada i jego podejrzanych interesów czy wspomnianego byłego posła Jana Burego, który nawet pozywał mnie do sądu, twierdząc, że kłamię, i przegrał. W szeregach Platformy taka działalność jak moja może być odczytywana jako wroga, ale gdyby ludzie byłej władzy byli uczciwi, to nie musieliby się niczego obawiać, a ja nie prowadziłbym takiej działalności. Natomiast odnosząc się wprost do wypowiedzi poseł Śledzińskiej-Katarasińskiej, mogę powiedzieć, że każdy ocenia według siebie. Dwie kadencje temu byłem członkiem Komisji Regulaminowej Sejmu, kiedy był rozpatrywany wniosek prokuratury o ukaranie posłanki Śledzińskiej-Katarasińskiej, bo w Łodzi miała kolizję, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, i uciekała z miejsca zdarzenia. Oczywiście Platforma uratowała swoją posłankę. Być może jednak dlatego Pani poseł nie darzy mnie sympatią. Podobno w Platformie mają „czarną listę” i jeden z działaczy tej formacji powiedział mi, że jestem na tej liście w pierwszej piątce.  

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl