Początek roku to doskonała okazja, aby porozmawiać o kierunkach polityki zagranicznej Polski. W jakim kierunku –Pana zdaniem – powinna zmierzać nasza polityka zagraniczna w 2016 r., dodajmy –po ośmiu latach rządów Platformy?
– Przede wszystkim Polska powinna wyciągać wnioski nie tylko ze swoich błędów, ale także ze złych doświadczeń naszych partnerów w Unii Europejskiej. Myślę tu przede wszystkim o polityce migracyjnej. Naszym celem powinno być wzmocnienie współpracy w Grupie Wyszehradzkiej, a zwłaszcza większe upodmiotowienie tego obszaru we Wspólnocie. Powinniśmy być także przygotowani na wzmocnienie wpływu partii prawicowych we władzach państw europejskich, a co za tym idzie – na zmianę ich polityki w stosunku do Rosji. Polska powinna także pamiętać, iż w konflikcie ukraińskim musimy realizować swoje cele, a nie tylko priorytety naszych sojuszników. W razie radykalnego przewartościowania polityki Stanów Zjednoczonych na rzecz Bliskiego, a przede wszystkim Dalekiego Wschodu możemy bardzo dużo stracić.
Przed Europą mocno podzieloną i pogrążoną w kryzysie kolejna fala imigracji z krajów muzułmańskich. Czy widzi Pan szanse na poradzenie sobie z tym problemem?
– Należy tu przypomnieć, iż Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców przewidywało, że w 2015 r. do Europy przybędzie ok. 400 tysięcy imigrantów. Tymczasem – jak podaje unijna agencja ds. granic zewnętrznych Frontex –tylko w ciągu 11 miesięcy 2015 r. granice Unii nielegalnie przekroczyło 1,55 miliona ludzi. Natomiast Komisja Europejska szacuje, iż w 2016 r. do Europy może trafić nawet 3 miliony imigrantów. W związku z powyższym nie przewiduję stabilizacji w tym względzie. Powiem więcej –problem ten będzie dotyczył w coraz szerszym zakresie także Polski.
Wobec rosnących napięć bezpieczeństwo w Polsce mogłyby zagwarantować bazy amerykańskie w Polsce? Szef naszej dyplomacji Witold Waszczykowski uważa, że to realne, choć ta obecność może być różnie rozumiana, niekoniecznie jako stałe bazy. Jaka obecność może nam zapewnić komfort i stabilność bezpieczeństwa?
– Przede wszystkim należy sobie zadać podstawowe pytanie, a mianowicie przed czym nas te bazy mają chronić – przed wojną globalną czy może przed konfliktem regionalnym. Jeśli chodzi o konflikt globalny, to uderzenie jądrowe, jeśli nastąpi, w pierwszej kolejności będzie skierowane w infrastrukturę tarczy antyrakietowej, a więc Polska może się stać polem zmasowanego ataku jądrowego. Jeśli zaś chodzi o bazy magazynowe sprzętu konwencjonalnego, to mogą one wpływać na nasze bezpieczeństwo w razie wojny regionalnej poprzez umiejscowienie na terenie Polski sprzętu dla wojsk sojuszniczych. Jednakże i z tym zbytnio nie przesadzałbym.
Mógłby Pan to uzasadnić?
– Musimy wziąć pod uwagę, że sprzęt, który ma być magazynowany w Polsce, może być wystarczający dla Brygady, czyli dla ok. pięciu tysięcy żołnierzy. Takie bazy będą pełnić bardziej psychologiczną rolę niż realnej strategicznej siły. W tym kontekście są one jakby ostrzeżeniem mówiącym, iż w przypadku ataku ewentualny agresor wikła się w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi.
Czy i ewentualnie jaki wpływ na relacje polsko-amerykańskie może mieć zmiana gospodarza w Białym Domu?
– To jest bardzo ważne pytanie w kwestii przyszłej polityki Stanów Zjednoczonych w odniesieniu do Rosji. Może się bowiem okazać, iż Moskwa stanie się z przeciwnika partnerem Waszyngtonu i w takim wypadku Polska może się znaleźć w bardzo trudnej sytuacji. Ukraina jest bankrutem finansowym, który wyprzedaje za pożyczki swoje aktywa. Pytanie, czy Stany Zjednoczone będą chciały finansować bankruta, czy też oddadzą częściowo swoje wpływy w tym kraju Rosji w zamian za wycofanie się Moskwy ze współpracy z Chinami, licząc jednocześnie na to, że upadła Ukraina pogłębi problemy gospodarcze Rosji. W takim i podobnych scenariuszach Polska może zostać politycznie osamotniona w Europie.
Warszawa była jedną z niewielu stolic europejskich, którym Moskwa nie złożyła życzeń noworocznych. Czy według Pana jest szansa, żeby poprawić stosunki polsko-rosyjskie? Jak należałoby rozmawiać z Putinem?
– Jeżeli z Putinem rozmawiają przywódcy Europy Zachodniej i Środkowej, to dlaczego nie rozmawiają bezpośrednio Polacy? Czy zawsze musimy mieć adwokatów, którzy najpierw załatwiają swoje sprawy? Na Ukrainie jest miejsce na interesy zarówno Polski, Stanów Zjednoczonych, jak i Rosji. Nie ma się co łudzić, sielanki nie będzie, ale musimy rozmawiać w swoim interesie, a w interesie Ukrainy tylko w takim stopniu, w jakim wpisuje się on w polskie interesy. Na tym polega dyplomacja.
Czy zmiana władzy w Polsce może sprzyjać, czy może raczej przeszkadzać stworzeniu nowych, poprawnych relacji z Moskwą?
– To jest tylko kwestia pragmatycznego podejścia. Obecna ekipa, którą Amerykanie na siłę kreują na antyrosyjskich jastrzębi, musi znaleźć granicę, która określi, gdzie się kończą polskie interesy. Na pewno jedną z tych granic jest zamiar wciągnięcia nas jako strony w konflikt ukraiński. Oczywiście musimy współpracować z Ukrainą, ale musimy też pamiętać, że zgodnie z prawem międzynarodowym nawet Kijów nie prowadzi wojny z Rosją. Bardzo ważna kwestia, która będzie coraz bardziej przybierać na sile w Europie, Afryce i Azji, to konflikt ze światem muzułmańskim. To dotyczy także dynamicznie rozwijających się napięć i zamachów w Europie Zachodniej. Warto zatem wziąć pod uwagę, że Rosja, mająca swoje problemy z muzułmanami na Północnym Kaukazie, jako państwo chrześcijańskie może stać się w pewnym momencie naszym sojusznikiem.
Jaki wpływ, Pana zdaniem, na bezpieczeństwo zwłaszcza wschodnich granic Polski może mieć odradzający się nacjonalizm ukraiński?
– Skala tego zjawiska na Ukrainie jest tak duża, że obecne władze związane z ukraińską oligarchią zaczęły „pacyfikować” te środowiska. Oczywiście dokonuje się aresztowań aktywistów czy też rozbija organizacje, np. „Prawy Sektor”, którego część posiadająca tysiące uzbrojonych aktywistów publicznie grozi rządowi krwawą rozprawą. Obecnie w Polsce przebywa ok. pół miliona Ukraińców, w większości z terenów, gdzie ideologia nacjonalistyczna cieszy się ponad 50-procentowym poparciem. W 2015 r. szef ABW Dariusz Łuczak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” przyznał, iż ukraińscy nacjonaliści próbują tworzyć w Polsce swoje struktury. To pokazuje, iż ten problem dotyczy także Polski.
Jak się może potoczyć historia Unii Europejskiej w 2016 r.? Jaki powinien być kierunek przemian? Innymi słowy, co może być ratunkiem dla projektu pod nazwą Wspólna Europa?
– Na obecną chwilę Unia Europejska nie powinna podążać w kierunku zacieśniania integracji, bo nie chce tego coraz więcej obywateli poszczególnych państw Wspólnoty. Dzisiaj widać coraz bardziej pogłębiające się różnice nawet w tzw. starej piętnastce. To świadczy tylko o jednym: że biurokracja europejska w swoich planach znacznie wyprzedziła oczekiwania społeczne, a prezentowana przez nią ideologia szkodzi Europie. Według mnie, obecnie jedną z osi ratunku musi być zamknięcie się Europy na kolonizatorów oraz powrót do tradycji i duchowych wartości chrześcijaństwa.
Czy jest osoba, a może jakie cechy powinien mieć lider, który byłby w stanie zdiagnozować sytuację, zredukować wewnętrzne napięcia i nadać wspólnej polityce europejskiej właściwy kierunek?
– To musi być osoba, która nie wyrosła w salonie związanym z Brukselą. Musi to być także osoba pokroju Victora Orbana, a więc taka, która stawia interesy Europy ponad utopijne ideologie. Dziś świat powraca do rywalizacji pomiędzy silnymi przywódcami, a nie kolegialnymi funkcjonariuszami, gdzie decyzje wypracowuje się miesiącami. Trudno dzisiaj wskazać człowieka, który wyrwałby nasz kontynent z powolnego upadku.
Jak postrzega Pan rok obecności Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej i jego działania?
– Donald Tusk to wygodny polityk dla Niemiec i Francji, który już jako premier Polski umożliwiał drenaż naszej gospodarki i przestrzeni medialnej przez obcy kapitał. Lidera poznaje się podczas kryzysów, a cóż można o nim powiedzieć jako przywódcy Unii Europejskiej, jeśli pozostawał głęboko w cieniu podczas pierwszej fali nielegalnych imigrantów, którzy dotarli do Europy. Świat mógł zobaczyć, że to premierzy największych państw Unii decydowali o wszystkim, a nie funkcjonariusze Unii tacy jak Tusk.
Czy zaskoczył Pana najnowszy raport Global Financial Integrity, według którego Polska jest w pierwszej „20” najbardziej wyzyskiwanych krajów na świecie? Najwięcej pieniędzy wyprowadzają z Polski Niemcy i co ciekawe odpływ kapitału znacząco wzrósł od 2008 r.
– Nie ukrywam, że jest to zaskoczenie. Do tej pory pojawiały się analizy mówiące, iż rocznie drenuje się z Polski około 50 miliardów złotych. Ten raport pokazuje, iż kwota jest prawie dwukrotnie wyższa i wynosi ok. 90 miliardów złotych. Czyli w ciągu czterech lat wyprowadza się z Polski kwotę wielkości dotacji z Unii Europejskiej, która jest rozłożona na siedem lat, nie licząc tego, iż ona także składa się z naszych składek do wspólnego budżetu. Tak więc jesteśmy rzeczywiście płatnikiem netto do Unii.

