logo
logo

Zdjęcie: arch./ -

Był powiernikiem polskiej sprawy

Poniedziałek, 4 stycznia 2016 (12:36)

Z Leszkiem Murzynem, byłym posłem, prezesem stowarzyszenia Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”, rozmawia Rafał Stefaniuk

Kiedy i w jakich okolicznościach poznał Pan Romana Bartoszcze?

– Romana poznałem pod koniec lat 80., podczas jego spotkania z rolnikami w Opactwie Cystersów w Szczyrzycu w okolicach Limanowej. Tak się złożyło, że przyszło mi żyć na ziemi raciechowickiej pod Krakowem. Wierzchosławice i Raciechowice to kolebki małopolskiego Ruchu Ludowego. Jako nauczyciel pracę rozpocząłem w szkole w Raciechowicach, pod którą kamień węgielny wmurowywał premier i przywódca Polski z 1920 roku Wincenty Witos. Nieopodal mojego domu mieszkał jezuita, prałat domowy Papieża Piusa IX ks. Stanisław Stojałowski – prekursor Ruchu Ludowego. Do Franciszka Święchowicza, dziadka mojej żony, przyjeżdżał Wincenty Witos. Prawie na co dzień w Raciechowicach bywał Stanisław Mierzwa. Mieszkając w takim otoczeniu i będąc politycznie „wychowywany” przez przedwojennych działaczy ruchu ludowego oraz uczestników strajku chłopskiego w Łapanowie z 1932 roku, zacząłem od 1987 roku działać w Ruchu Ludowym na poziomie gminnym i województwa krakowskiego. Poznałem rodzinę Mierzwów, mec. Adama Bienia, mec. Edwarda Kaletę czy Hannę Chorążynę. Byli to działacze ówczesnego PSL-u wilanowskiego, z którymi ściśle współpracowałem. Uczestniczyłem w kongresie PSL-u wilanowskiego 11 listopada 1989 r. w Warszawie, a potem 5 maja 1990 r. w Kongresie Jedności PSL.


I jakie wrażenie zrobił na Panu?

– Od pierwszego spotkania z Romanem wiedziałem, że to on jest przywódcą Ruchu Ludowego, że jest gwarantem ciągłości wizji Stojałowskiego czy Witosa. Wiedzieli o tym również przedwojenni działacze. Roman był liderem. Miał charyzmę i dar jednoczenia ludzi. Stanął na czele odrodzonego Polskiego Stronnictwa Ludowego, dając tym samym nadzieję na realizację koncepcji społecznej Prymasa Wyszyńskiego. Był powiernikiem polskiej sprawy i... zagrożeniem dla tych drugich.


Działalność społeczna Romana Bartoszcze, to związek „Solidarność” RI. Co stało za jego decyzją o powołaniu do istnienia związku?

– Roman był człowiekiem, który doskonale znał i czuł sprawy wsi. Rolnictwem zajmował się zawodowo, chłopem się urodził. Bardzo dobrze wiedział, w jaki sposób ówczesna władza instrumentalnie traktowała sprawę chłopską. W czasie, w którym zaczynał swoją działalność, związek rolników miał formę rządowo-partyjnego aparatu wykonawczego, który był spozycjonowany na realizację odgórnych dyrektyw. Roman doskonale wiedział, że jest potrzeba powołania do życia autentycznego związku zawodowego rolników. Związku, który będzie bronił interesu polskiej wsi i upodmiotowi stan chłopski. Determinacja rodziny Bartoszcze: Romana, Michała i Piotra, oraz wielu wspaniałych rolników, przy ogromnej pomocy Prymasa Polski ks. Kardynała Stefana Wyszyńskiego, sprawiła, że „Solidarność” RI została zarejestrowana.


Jak wyglądałaby wieś bez „Solidarności” RI?

– „Solidarność” RI była oparta na społecznym nauczaniu ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. To nie byli ludzie, którzy walkę z ówczesnym ustrojem instrumentalizowali czy wykorzystywali do budowania kapitału politycznego. Oni tym żyli, jak nikt inny czuli i się z tym identyfikowali. Wiedzieli, że jest to ich ratunek. Koniec lat osiemdziesiątych to koniec tzw. czerwonego człowieka i początek homo oeconomicus. Ta transformacja nie dotyczy tylko Polski, ale wszystkich państw postkomunistycznych oraz neokolonialnych. Ksiądz kard. Wyszyński doskonale wiedział o tych zagrożeniach. Podzielała je rodzina Bartoszcze. Najwybitniejsi działacze „Solidarności” RI umarli lub są zepchnięci na margines działalności społeczno-politycznej, zaś część obecnego kierownictwa związków poszła w wysokie urzędy i improwizuje obronę rolników. Pytanie, które powinniśmy wszyscy sobie zadać, brzmi: jak wyglądałaby polska wieś, wierna ideałom „Solidarności” RI?

Bartoszcze był pierwszym prezesem PSL. Jednak został odsunięty od swojej funkcji. Jak odebrał rozstanie z tą partią?

– Respektując prawo w Polsce, należy stwierdzić, że do 31 grudnia 2015 r. Roman Bartoszcze był legalnym prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego. Kongres Jedności PSL, który się odbył 5 maja 1990 r., i w którym jako delegat uczestniczyłem, podjął uchwałę dopuszczającą zmianę prezesa NKW PSL nie wcześniej niż po następnych wyborach parlamentarnych. 25 listopada 1990 r., przy minimalnych nakładach finansowych, w wyborach prezydenckich Roman Bartoszcze uzyskał bardzo dobry wynik: zagłosowało na niego ok. 1,2 mln obywateli, tj. 7,5 proc. wszystkich ważnie oddanych głosów. Niektórzy twierdzą, że głosów było dużo więcej... Ten wynik, przy ówczesnym micie Lecha Wałęsy oraz w perspektywie zbliżających się wyborów parlamentarnych, zaniepokoił ówczesną klasę polityczną. Na wiosnę 1991 r. Roman Bartoszcze, z pogwałceniem immunitetu poselskiego, przemocą został wyrzucony z gabinetu prezesa PSL. Doskonale pamiętam atmosferę tamtych dni. Wokół Romana organizował się wówczas autentyczny ruch ludowy. 27 kwietnia 1991 r. grupa dyspozycyjnych działaczy PSL, niespełniająca kworum (głosowało 54 członków RN PSL, wymagane kworum minimum 56 członków RN), zwołała tzw. kongres, który odbył się 29 czerwca tego samego roku. Należy podkreślić, że została wtedy złamana uchwała z Kongresu Jedności PSL. Roman Bartoszcze nie uczestniczył w tzw. kongresie. Największym zaskoczeniem dla nas wszystkich skupionych wokół Romana była bierność ówczesnego rządu RP. Bartoszcze już wtedy miał świadomość, że sytuacja z Polsce zmierza w złym kierunku. Roman był realistą, bardzo dobrze znał cenę swoich wyborów i wiedział, że odsunięcie go od funkcji prezesa PSL jest ich konsekwencją. Nie dał się wtedy złamać, nie użalał się… Wręcz przeciwnie, motywował i pracował nadal na rzecz wolnej Polski.


Następnie narodziło się Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”.

– W dniu 11 czerwca 1991 r. w moim rodzinnym domu podjęliśmy decyzję o powołaniu do życia organizacji Polskie Forum Ludowo-Chrześcijańskie „Ojcowizna”. Dokładnie 10 lipca Roman Bartoszcze zaprosił do Warszawy na spotkanie 21 przyjaciół, aby dopełnić formalności i zarejestrować „Ojcowiznę”. Dnia 19 października 1991 r. zorganizowałem w Gruszowie k. Raciechowic spotkanie wyborcze z mieszkańcami, w którym wzięli udział: Roman Bartoszcze, Jan Olszewski oraz Jarosław Kaczyński. Spotkanie pomógł mi przygotować proboszcz parafii pw. Rozesłania Świętych Apostołów w Gruszowie ks. kanonik Kazimierz Puchała – kapelan „Ojcowizny”. W kolejnych latach Roman był częstym gościem w moim domu. Każde nasze spotkanie to długie rozmowy na temat sytuacji Polski i jej przyszłości, do których często wracam.


Człowiek całym swoim życiem pisze testament dla potomnych. Co pozostawił po sobie Roman Bartoszcze?

– Roman dał świadectwo człowieka prawego, nieprzekupnego, wolnego i wiernego swoim ideałom do końca. W 1968 r., będąc żołnierzem zasadniczej służby wojskowej, odmówił wyjazdu do Czechosłowacji, za co został umieszczony w więzieniu. Pokazał wtedy, że jest przeciwnikiem systemu totalitarno-komunistycznego. Były to jego młodzieńcze ideały. Miał wykształcenie rolnicze, był pasjonatem historii. Praca na roli, blisko natury, budowała w nim ufność w Opatrzność Bożą. Jego intuicja w stosunku do procesów społeczno-gospodarczych była oparta na prostej zależności: jak posiejesz, tak zbierzesz. Te wszystkie cechy stworzyły polityka zdeterminowanego i oddanego sprawie polskiej. Wspólnie z Romanem oraz ks. kanonikiem Kazimierzem Puchałą napisaliśmy „Program dla Polski”. W polityce kierował się zasadą: „ Ze Wschodem i Zachodem, ale głównie z własnym Narodem”. To był człowiek, który doskonale znał granicę słabości i kompromisów osoby aspirującej do urzędów państwowych. Kiedy ta granica była przekraczana, miał odwagę, powiedzieć, cytując Sługę Bożego kard. Stefana Wyszyńskiego: „Non possumus”. Dzisiejsza sytuacja Polski jest dowodem, że jego sprzeciw był uzasadniony. Polska wierna swoim wartościom religijnym, kulturowym i historycznym: to jest testament Romana Bartoszcze.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl