logo
logo

Zdjęcie: arch./ Inne

Cichociemni to historia Polski

Wtorek, 5 stycznia 2016 (12:11)

Aktualizacja: Wtorek, 5 stycznia 2016 (12:13)

Z Janiną Bystrzycką, wdową po Przemysławie Bystrzyckim – cichociemnym, patriocie, działaczu Polskiego Podziemia Niepodległościowego, pisarzu, autorze ponad 20 książek, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rok 2016 decyzją Sejmu jest Rokiem Cichociemnych, a w lutym minie 75 lat od pierwszego spadochronowego zrzutu tych żołnierzy na teren okupowanej Polski...

– Cichociemni byli polskimi żołnierzami – ochotnikami szkolonymi w Wielkiej Brytanii z przeznaczeniem do zadań specjalnych. Następnie byli wysyłani do okupowanej przez Niemców Polski najpierw z Wielkiej Brytanii, a od końca 1943 r. z bazy we Włoszech. Rzeczywiście szkoda, że ta piękna karta historii coraz bardziej się zamyka. Niestety o tych naszych bohaterach niewiele się mówi, zapomina się. I to jest bardzo przykre. Często o bohaterach naszej polskiej wolności mówi się jako o Żołnierzach Wyklętych – co jest określeniem pejoratywnym. I choć każdy, a przynajmniej większość z nas wie, że byli to Żołnierze Niezłomni, którzy swoje życie złożyli na ołtarzu Ojczyzny, to mimo wszystko przewartościowanie i zmiana tego określenia jest konieczna, szczególnie z myślą o tych, którzy przyjdą po nas. Wielu z tych żołnierzy po rozwiązaniu Armii Krajowej trafiło do partyzantki, do podziemia. Byli prześladowani przez komunistyczne władze, byli znienawidzeni przez zbrodniczy system, wielu zostało skazanych na śmierć. Dziś z tego kilkusetosobowego grona żyje zaledwie kilkunastu cichociemnych, m.in. w Krakowie, Katowicach, i kilku za granicą, z którymi niestety nie mam kontaktu.  

Wielu ludzi tak na dobrą sprawę nie wie, kim byli cichociemni…

– To niestety prawda. Nie każdy zna tę nazwę, zresztą w jednej z książek poświęconych cichociemnym, bodajże autorstwa Królikowskiego, już na wstępie pada pytanie: kim byli cichociemni i skąd się wzięła ta nazwa? Na to pytanie odpowiada mój śp. mąż Przemysław Bystrzycki – cichociemny, który mówi, że tak na dobrą sprawę nie wiadomo, kiedy i skąd się to wzięło. Można domniemywać, że między kolegami ktoś powiedział „cicho”, inny, że „ciemno” i tak z połączenia tych dwóch słów zrodziła się nazwa cichociemni. Wojnę i okupację przeżyłam w Radomiu i muszę powiedzieć, że już wówczas wiedzieliśmy o zrzutach spadochronowych. Kiedy poznałam swojego męża i kiedy powiedział mi, że jest cichociemnym, to nie kojarzyłam tej nazwy. Kiedy jednak sprecyzował, że jest spadochroniarzem AK, to wówczas miałam już pewność. Opowiedział, że został zrzucony w 1945 r. w Beskidzie Wyspowym k. Szczawy. Celem misji było zaś utrzymanie łączności radiowej ze sztabem Naczelnego Wodza w Londynie w ramach powstającego antysowieckiego podziemia, po ustąpieniu Niemców i rozwiązaniu AK.

Czy Pani mąż też był prześladowany?

– Mój mąż, oficer łączności specjalnej, został osadzony w więzieniu. Kiedy bowiem gen. Leopold Okulicki 19 stycznia 1945 r. rozwiązał AK, to powiedział, że żołnierzy w dalszym ciągu obowiązuje przysięga, zgodnie z którą mają wyzwolić Polskę. Każdy więc – teraz już na własną rękę – ma się starać pomóc Ojczyźnie. Zawiązały się różne organizacje, ale mąż nie wstąpił do żadnej z nich. Po upadku Powstania Warszawskiego nadal pracował dla Londynu dla swojej radiostacji w opactwie u Ojców Cystersów w Szczyrzycu, skąd codziennie nadawał wiadomości. Kiedy podczas pobytu w Krakowie zobaczył go żołnierz I Pułku Strzelców Podhalańskich, do którego mąż został przydzielony, i doniósł o tym, w 1950 r. do Poznania przyszła wiadomość, że władze wiedzą, iż mąż był cichociemnym, że działał w partyzantce. Wtedy od razu aresztowali nie tylko męża, ale także jednego z ojców cystersów oraz dwie inne osoby ze Szczyrzyc: gospodarza i łączniczkę. Było więzienie, rozprawa i pewnie byłby też wyrok śmierci. Siostra męża, która wyszła za mąż za działacza komunistycznego, sama zresztą też należała do partii, zabiegała, żeby wyrok nie był skazujący. Niewiele to jednak dało. Mąż zniszczył radiostację, co zresztą opisał w jednej ze swoich książek „Oddanie broni”. Został skazany na sześć lat więzienia, ale dzięki pieniądzom z Londynu spędził w więzieniu tylko rok.

Mąż do końca życia pozostał wierny idei cichociemnych?

– Tak, zresztą cechowała go prawdomówność. On się nikogo nie bał – tylko Pana Boga. Miał mnóstwo kolegów, ale nikogo z Poznania, bo zwyczajnie nie mógł się z nikim stamtąd dogadać. Sam pochodził z Przemyśla. Miał kolegów z Dubiecka, ze Strzyżowa, z Dębicy, z Warszawy, z Krakowa i z nimi się przyjaźnił. Owszem, utrzymywał kontakty z poznaniakami, ale nie były to przyjaźnie. Zawsze mówił prawdę także w okresie PRL-u, co – jak wiemy – było niewygodne dla ówczesnych władz. Przypominam sobie jedno ze spotkań z żołnierzami w Poznaniu, gdzie mówił o cichociemnych. W pewnym momencie jeden z oficerów zadał mu podchwytliwe pytanie: a co by pan powiedział – kto zrobił Katyń? Mąż – choć wyczuł podstęp – nie uchylił się jednak od odpowiedzi. – Jeśli będziecie w Warszawie, to idźcie i zobaczcie pomnik Nieznanego Żołnierza, i poszukajcie, czy którakolwiek z umieszczonych tam tablic jest poświęcona Katyniowi, czy jest tam informacja, że to Niemcy dokonali zbrodni. Takiej tablicy tam nie ma, są tylko tablice z miejsc, gdzie mordowali Niemcy. Biorąc to pod uwagę, sami możecie sobie odpowiedzieć na to pytanie, kto był sprawcą zbrodni katyńskiej – stwierdził mój mąż. Słysząc taką odpowiedź, ów oficer wyszedł z sali. Wtedy do męża podszedł żołnierz, który poinformował, że zadającym pytanie był oficer polityczny, który próbował go sprowokować, a następnie oskarżyć, ale to się nie udało. Mąż nie bał się ludzi i zawsze podkreślał, że boi się tylko Pana Boga i dentysty.      

Pani mąż pisał książki. Ile książek zostało wydanych?    

– Mąż wydał 24 książki, a historia jego życia zaczyna się od powieści autobiograficznej pt. „Nad Sanem, nad zielonookim 1923-39”, gdzie opisuje historię swojego dzieciństwa i młodości aż do wybuchu II wojny światowej. Kolejne książki to: „Płynie rzeka, płynie”, gdzie wiele uwagi poświęca czasom wojny i okupacji, dalej „Wiatr Kuszmurunu” – gdzie opisuje dramat polskich zesłańców w głąb Rosji do Kazachstanu, w tym swoją historię i najbliższych. Po półtora roku po dużych tarapatach i pobycie w więzieniu dostał się do wojska, do Armii Andersa, i przez Morze Kaspijskie, przez Afrykę trafił do Anglii, gdzie wstąpił do cichociemnych, i przez Włochy – Brindisi – w 1944 r. został zrzucony do Polski. W swoich książkach opowiadał przez pryzmat swoich życiowych doświadczeń historię Polski, którą kochał całym sercem i której służył do końca swoich dni. Przemysław Bystrzycki był laureatem wielu nagród i wyróżnień, kawalerem Orderu Virtuti Militari V klasy i szeregu innych odznaczeń. Zmarł 7 października 2004 r. w Poznaniu w wieku 81 lat.

W ubiegłym roku pożegnaliśmy najmłodszego z elitarnej grupy 316 cichociemnych, Kazimierza Śliwę. Znała go Pani osobiście?

– Oczywiście, znałam zarówno Kazimierza Śliwę, jak i jego żonę, z którą rozmawiałam w październiku, po pogrzebie jej męża. Kazimierz Śliwa był przyjacielem mojego męża, był o dwa lata od niego młodszy. Urodził się w 1925 r. w Katowicach, podobnie jak mój mąż był zasłużonym żołnierzem, został odznaczony m.in. Orderem Virtuti Militari. Był współzałożycielem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, wieloletnim prezesem Okręgu Pomorskiego. Dożył 90 lat. Majora Kazimierza Śliwę poznałam podczas wspólnych z mężem wyjazdów nad morze. Mieszkaliśmy u niego w Gdańsku-Wrzeszczu. 

Dlaczego dzisiaj tak mało mówi się o cichociemnych?

– Nie umiem powiedzieć, z czego to wynika. Sądzę, że być może nie do końca historia cichociemnych pasowała poprzedniej władzy w Polsce. Tak jak wspomniałam, jest to przykre, bo cichociemni to historia Polski, piękna historia o ludziach, którzy nie tylko mówili o miłości do Ojczyzny, ale swoimi czynami dawali dowody swojego przywiązania i patriotyzmu. Ufam, że teraz, kiedy mamy nowego prezydenta Andrzeja Dudę, kiedy mamy nowy rząd, polityka historyczna przybierze inny kształt i historia Polski wybrzmi we właściwy sposób. Z inicjatywy Jednostki Wojskowej Grom powstała Fundacja im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej, która organizuje spotkania dla młodzieży, żeby zainteresować młodych ludzi historią Polski. Warto podkreślić, że młodzież dzisiaj odżywa, patriotycznie niejako rodzi się na nowo.

Dziękuję za rozmowę.   

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl