logo
logo

Zdjęcie: M.Marek/ Nasz Dziennik

Niebezpieczny jak policjant w kominiarce

Środa, 14 listopada 2012 (02:10)

Policja na Marszu Niepodległości zachowywała się skrajnie niebezpiecznie i nieprofesjonalnie - ocenia Dariusz Loranty, były policjant i negocjator.

- Jestem zdecydowanie przeciwny pracy policji w kominiarkach, ponieważ nie ma ona prawa do ochrony wizerunku, tylko służby specjalne. Dlatego nie rozumiem decyzji wpuszczenia policjantów w kominiarkach w tłum podczas Marszu Niepodległości, nie rozumiem, jaka jest podstawa tej decyzji i dlaczego na tak długo zablokowano marsz przy rondzie Dmowskiego. To było skrajnie niebezpieczne i nieprofesjonalne - zaznacza w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Dariusz Loranty.

Były policyjny negocjator zauważa, że decyzja o zatrzymaniu marszu powoduje siłą rzeczy niebezpieczne zachowania w potężnej grupie ludzi, która nie ma żadnych dróg ewakuacji.

- Interwencje policji zawsze muszą być zdecydowane w przypadku naruszeń porządku publicznego. Natomiast takie zatrzymanie marszu może spowodować, że osoby o skrajnych emocjach mogą prowokować do agresywnego zachowania. Wtedy też prowokatorzy znajdujący się w tłumie, będący wrogo nastawieni do organizatorów, zyskują możliwość oddziaływania i wpływu - wskazuje nasz rozmówca.

Według Lorantego, zabezpieczenie marszu przez organizatorów było na dobrym poziomie, o czym świadczy chociażby fakt, że udało się bez skrajnych emocji przeprowadzić ten pochód do końca. Na uwagę zasługuje także fakt współpracy organizatorów z policją.

- Jeżeli inicjatywa polityczna pana prezydenta zmierza do zakazu uczestnictwa w zgromadzeniach osób zamaskowanych, to skrajnie nieodpowiedzialna była decyzja władz o wpuszczeniu w tłum policjantów w kominiarkach - kwituje były funkcjonariusz policji.

Brak reakcji

Poseł Stanisław Pięta (PiS) relacjonuje, że po zablokowaniu marszu przez policję rozmawiał wraz z posłem Arturem Górskim z funkcjonariuszem dowodzącym akcją. Parlamentarzyści prosili go, by policja nie stosowała wobec uczestników środków przymusu i pozwoliła na kontynuację pochodu, lecz ten nie reagował.

- W pewnym momencie okazało się, że ludzie na czole marszu nie mają kontaktu z resztą jego uczestników. Przekazano nam, że policja zatrzymała marsz, więc z kolegą Arturem Górskim przeszliśmy do kordonów policji. Policja nas grzecznie przepuściła, rozmawialiśmy z funkcjonariuszem, który dowodził akcją. Apelowaliśmy do policjantów o to, by pozwolili spokojnie przejść ludziom i skoncentrowali się na wyłapywaniu osób zachowujących się agresywnie. Ale to zupełnie do nich nie docierało - ocenia Pięta.

Poseł był zaskoczony całkowicie odmienną oceną sytuacji przez policję, która jakby nie dostrzegała, że obecność zamaskowanych funkcjonariuszy prowokuje agresywne zachowania.

- Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że całe zamieszanie zostało wywołane przez zajścia z udziałem prowokatorów, o czym poinformowali mnie później fotoreporterzy. Policjanci systematycznie nacierali w kierunku demonstrantów, którzy już nawet nie stali i nie krzyczeli, ale setkami czy tysiącami usiedli na asfalcie. To było zresztą bardzo dobre rozwiązanie, gdyż zdezorientowało prowokatorów - wskazuje parlamentarzysta.

Pięta podkreśla jednocześnie, że sam widział liczne grupki kilku- czy kilkunastoosobowe mężczyzn w podobnych kominiarkach i kurtkach, z teleskopowymi pałkami oraz w podobnym wieku, które poruszały się między kordonem policji a uczestnikami marszu.

- Dowiedziałem się też od fotoreporterów, że zza kordonu policji wybiegła grupa zakapturzonych mężczyzn i obrzuciła petardami uczestników marszu. Wówczas z marszu w stronę policji poleciały również petardy i race, i to było początkiem interwencji oddziałów prewencji policji - mówi poseł, który osobiście prosił dowodzącego akcją, aby wycofał armatki wodne i ustawił policjantów na skrzydłach marszu. Według Pięty, dowodzący jednak mógł nie podejmować sam decyzji, tylko słuchał poleceń z innego ośrodka.

W ocenie parlamentarzysty, prowokatorom zależało na przekazie o agresji uczestników Marszu Niepodległości, rozróbach i awanturach. Poseł zamieścił w internecie zdjęcie, na którym widać grupę zamaskowanych ludzi w kominiarkach na głowie. Dwóch z nich trzyma pałki teleskopowe w ręku, a obok nich mężczyzna rzuca koszem na śmieci. - Policjanci powinni interweniować w takiej sytuacji, bo mieli go na wyciągnięcie ręki. Dlaczego tego nie zrobili? - podnosi Stanisław Pięta.

Wczoraj stołeczny sąd aresztował na 3 miesiące trzy osoby zatrzymane za czynną napaść na policjantów podczas niedzielnych zajść w stolicy. Czwartą osobę zwolniono po wpłaceniu 8 tys. zł kaucji, a piątą - bez stosowania środków zapobiegawczych.

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik