logo
logo

Zdjęcie: Radek Pietruszka/ Nasz Dziennik

Tu nie chodzi o Polskę, ale o być albo nie być PO

Wtorek, 19 stycznia 2016 (16:14)

Z Andrzejem Maciejewskim, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem Ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy i na ile dzisiejsza debata w Parlamencie Europejskim może poprawić wizerunek Polski na arenie międzynarodowej i zakończyć debatę o Polsce?

– Polityka zagraniczna każdego państwa ma coś z teatru. Parlament Europejski, który ma naciągane kompetencje i którego rola nie jest aż tak wielka, jak się potocznie uważa, ma teraz uwiarygodnić działania Platformy. Przypomnę, że wiele państw naruszyło w sposób bardzo wyraźny unijne prawa i jakoś nikt nie rozrywał szat. Przykładem Włochy, które nie zrealizowały założeń Schengen, czy Grecja, która złamała międzynarodowe prawo, ignorując prawa osób ubiegających się o status uchodźcy. Również nikt w Komisji Europejskiej czy w ogóle w Parlamencie Europejskim nie pochylił się nad tym, że tak naprawdę Unia Europejska jest bezradna wobec konfliktu w Afryce Północnej, wobec fali tzw. uchodźców, która coraz szerszym strumieniem zalewa kontynent europejski, jest bezradna wobec konfliktu na wschodzie Ukrainy, tymczasem teraz dla odwrócenia uwagi od spraw istotnych znaleziono sobie Polskę jako chłopca do bicia i do krytyki. Tu wystarczą słowa, połajanki, dyskusje, które mają stwarzać pozory zatroskania, ale unijni decydenci doskonale zdają sobie sprawę, że tu nie trzeba wytaczać czołgów czy armat. Można zatem powiedzieć, że wszystkie tematy tzw. wielkogabarytowe ewidentnie przerastają urzędników brukselskich i dla zatuszowania braku kompetencji biorą się za tzw. tematy zastępcze, lightowe, które mają odpowiednio wybrzmieć i nad którymi można rozmawiać, i to długo. W tym kontekście Polska znalazła się na celowniku, a realne problemy mają ustąpić miejsca wydumanym, które bardziej są faktami medialnymi niż rzeczywistymi.

Parlament Europejski ma uwiarygodnić działania Platformy?

– Dokładnie tak. Platforma po ośmiu latach rządzenia jest formacją zmanierowaną i jako taka topnieje dziś w oczach. Jej młodszy brat Nowoczesna.pl zamienił się w ludojada, który pożera swą starszą polityczną siostrę. I w tej rozgrywce wcale nie chodzi o Polskę, tu chodzi o być albo nie być Platformy. Stąd dla pozorów musi przejąć inicjatywę i pokazać Polakom, że na arenie międzynarodowej walczy o sprawy polskie, o demokrację, która rzekomo jest w Polsce zagrożona. I to jest istota tego całego zamieszania. Mamy zatem partię, która realizuje swoje partykularne interesy kosztem Polski. I to jest największe nieszczęście.

Jak odczytuje Pan stanowisko przewodniczącego PE Martina Schulza, który po dzisiejszym spotkaniu z premier Beatą Szydło podtrzymał swoje wcześniejsze stanowisko, że „zachowanie polskich władz grozi putinizacją polityki europejskiej”?

– Kim jest Martin Schulz, żeby pouczać nas, Polaków? To czwarto- czy nawet pięciorzędny polityk niemiecki, który z namaszczenia partyjnego znalazł się w PE, kolega byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera, który nie ma prawa używać określenia „putinizacja Polski”. Ktoś, kto jest blisko związany z największym putinistą Europy, a jednocześnie jest przedstawicielem państwa, które chce podpisać umowę na realizację gazociągu Nord Stream 2, nie może być wiarygodny. Powtórzę jeszcze raz to, co powiedziałem na początku: polityka to teatr, to gra w dobrego i złego policjanta. Złym policjantem jest przewodniczący PE Schulz, a dobrym ma być kanclerz Angela Merkel. Martin Schulz stwierdził wyraźnie, że on opinie o Polsce czerpie z mediów. Z drugiej strony PE jest w przeważającej większości liberalno-lewicowy, którego rdzeń można określić mianem socjalistów niewierzących. Cała ta rozgrywka z Polską w tle to karkołomna piramida ideologii, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a jest jedynie walka o być albo nie być Platformy. Jeśli w ciągu najbliższych tygodni ta formacja nic nie zrobi w kierunku umocnienia mocno podmytego wału, to powstanie wyrwa i odpływ sprawi, że do końca roku ongiś potężna Platforma może być już historią spłaszczoną do zaledwie kilku procent.

Chce Pan powiedzieć, że Grzegorz Schetyna, który wkrótce ma objąć stery w Platformie, zostanie syndykiem masy upadłościowej?  

– Grzegorz Schetyna będzie tym, który wejdzie w buty Leszka Millera i wypowie znamienne słowa „sztandar wyprowadzić”. Jest to bardzo prawdopodobne, bo jeśli Śląsk – okręg do niedawna bardzo silny zaczyna się masowo zamykać na Platformę, a jednocześnie Nowoczesna.pl przygotowuje wybory regionalne, naprędce tworzy struktury, to najlepiej świadczy, że młodszy polityczny brat nokautuje. Mamy zatem awanturę w rodzinie, tyle tylko, że odbywa się to kosztem całej Polski. I to jest z jednej strony irytujące, a z drugiej niepokojące.

Powróćmy jeszcze do PE. Wczoraj w Brukseli gościł prezydent Andrzej Duda, który wskazał na potrzebę tonowania wypowiedzi i przeniesienie debaty z przestrzeni medialnej na płaszczyznę dyplomatyczną. Czy to wspólne wystąpienie prezydenta Dudy i szefa Rady Europejskiej Tuska może zahamować krytykę wobec Polski?

– Z pewnością sam fakt spotkania obu polityków należy ocenić pozytywnie. To, że jest to szorstka przyjaźń obu panów, też nie ma co ukrywać. Polscy politycy opcji rządzącej powinni mówić jednym głosem wielogłos, kiedy co innego mówi min. Szymański, co innego mówi min. Waszczykowski, a co innego mówił min. Szczerski. I to pokazuje, że konieczna jest poprawa komunikacji między poszczególnymi agendami państwa. Musi być jasny, czytelny sygnał, albo wszyscy mówimy jednym głosem, albo mówi jedna osoba. Jeśli wszyscy mówią jednocześnie, powstaje wrażenie chaosu, który na pewno nie służy Polsce.

Czyj obraz przebijał się bardziej podczas wczorajszej konferencji czy Donalda Tuska – szefa Rady Europejskiej, czy może Donalda Tuska – lidera opozycji w Polsce?

– W Donaldzie Tusku widziałem typowego urzędnika brukselskiego, który wprawdzie mówi po polsku, ale już nie myśli po polsku, urzędnika, który nie ma już nic wspólnego z polską racją stanu.

To bardzo smutna konstatacja, tym bardziej że Donald Tusk przez siedem lat piastował urząd premiera Rzeczypospolitej…

– Szef Rady Europejskiej Donald Tusk, a także komisarz Elżbieta Bieńkowska pokazali, że są przede wszystkim klasycznymi urzędnikami unijnymi, biurokratami brukselskimi, którzy niestety zapominają o Polsce. Niestety…!

Jak sugerował dziś europoseł Tomasz Poręba, niewykluczone, że frakcja Europejska Partia Ludowa EPP i eurodeputowani Platformy mogą stać za rezolucją PE na temat Polski, co byłoby jednoznaczne z wydaniem wyroku na Polskę. Czy to znaczy, że mówiąc o pokoju, Platforma szykuje się do wojny z polskim rządem?

– To tylko potwierdza to wszystko, co powiedziałem wcześniej, a mianowicie, że kosztem Polski i Polaków Platforma chce przedłużyć swoją obecność na scenie politycznej. Tu nie chodzi o dobro Polski, tu chodzi o polityczny byt Platformy. Tyle i aż tyle.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

Aktualizacja 20 stycznia 2016 (08:14)

NaszDziennik.pl