logo
logo

„Historię Roja” będziemy mogli obejrzeć także jako serial telewizyjny Zdjęcie: / Inne

„Rój” – postrach bezpieki

Środa, 27 stycznia 2016 (17:43)

Aktualizacja: Środa, 27 stycznia 2016 (18:25)

Z Jerzym Zalewskim, reżyserem filmu „Historia Roja, czyli w ziemi lepiej słychać”, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

4 marca tego roku wchodzi do kin długo wyczekiwany, pierwszy fabularny film o Żołnierzach Wyklętych. Dlaczego prace nad nim trwały aż sześć lat?

– To jest pytanie do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i Telewizji Polskiej, które były odpowiednio donatami i współproducentami filmu. Instytucje te zablokowały produkcję filmu rzeczywiście na sześć lat, ponieważ zdjęcia do filmu zrealizowałem w 2010 roku. Pretekstem do takiej postawy tych instytucji była np. długość filmu, natomiast prawdziwym powodem była obecna w III RP cenzura polityczno-historyczna, co zresztą w kontekście aktualnych zarzutów wobec Polski o zamach na wolne media świetnie uzmysławia, w obronie jakich mediów stanęła Unia Europejska. Nie zgodziłbym się, że prace nad filmem trwały sześć lat. Zostały one w wyniku działań wymienionych instytucji zatrzymane, zablokowane. Wstrzymano wypłaty należnych rat, w związku z tym produkcja filmu została zadłużona, co uniemożliwiało dalsze prace.

Plany produkcji tego filmu miał Pan już w latach dziewięćdziesiątych.

– Tak, jako reżyser i producent próbowałem podjąć temat Żołnierzy Wyklętych, ale wtedy było to kompletnie poza zainteresowaniem ówczesnego medialnego establishmentu. Dopiero zaistnienie tzw. IV RP w latach 2005-2010 pozwoliło na podjęcie próby realizacji takiego tematu. Niestety, kiedy w grudniu 2010 r. przedstawiłem w PISF-e i TVP pierwszy układ montażowy filmu, IV RP już nie istniała, stąd nieprzychylne przyjęcie filmu i wieloletnia próba zniszczenia go.

W skończeniu pomogła społeczna akcja „Ratujmy Roja”, w której zwykli ludzie wsparli budżet filmu.

– Na pewno. Jestem bardzo wdzięczny ludziom, którzy wzięli udział w tej niezwykłej akcji. Pomogła mi ona ograniczyć zadłużenie filmu, nie byłbym w stanie bez niej tego filmu skończyć. Dzięki niej dotrwałem do 2014 r., kiedy TVP wróciła do rozmowy o filmie, prawdopodobnie pod naciskiem kontroli finansowych, i przekazała mi zaliczkowo środki, które powinienem otrzymać po zakończeniu filmu, wskutek czego mogłem przystąpić do prac postprodukcyjnych. Do ukończenia filmu przyczyniła się także podpisana w 2015 r. umowa z dystrybutorem, na mocy której otrzymałem tytułem przedpłaty niezbędne środki. Sama akcja „Ratujmy Roja” związana była z bezprecedensowymi pokazami kopii roboczej filmu, czyli filmu w takiej postaci, w jakiej szeroka widownia kinowa nigdy nie ma okazji go zobaczyć, i wcale nie wiem, czy powinna. Musiałem jednak podjąć takie kroki, aby filmu nie schowano pod dywan. Pierwszy pokaz kopii odbył się 1 marca 2011 r. w siedmiu miastach Polski jednocześnie.

Dlaczego wybrał Pan akurat Mieczysława Dziemiaszkiewicza „Roja” na bohatera swojego filmu?

– Wszystko zaczęło się od Jana Białostockiego, wnuka Ignacego Oziewicza, pierwszego dowódcy Narodowych Sił Zbrojnych, który kamerą zdokumentował w latach 90. żyjących wtedy jeszcze Żołnierzy Wyklętych. W 2003 r. przekazał mi ten ogromny, około stugodzinny materiał. Jeden z żołnierzy składających świadectwo, pan Czesław Czaplicki ps. „Ryś”, płakał, opowiadając o śmierci „Roja”, o śmierci jego brata „Pogody”, o więziennej gehennie jego matki, siostry i najmłodszego brata. „Rój” w 1945 r., po zamordowaniu przez Sowietów starszego brata, dowódcy oddziału NSZ na Mazowszu, zorganizował własny oddział i walczył do 13 kwietnia 1951 r., kiedy mając 26 lat, zginął w ok. 300-osobowej obławie LWP i KBW we wsi Szyszki. Chcąc dotrzeć do ludzi młodych, szybko zrozumiałem, jak ważna jest dla mnie jego młodość, zapragnąłem opowiedzieć, jak rodziła się na Mazowszu legenda „Roja”, który był postrachem komunistów. Kiedy w 2007 r. pisałem scenariusz, „Rój” nie był jeszcze kultowym partyzantem. Stał się nim trochę przy okazji tego wszystkiego, co wydarzyło się z filmem.

Czy w filmie wiernie trzyma się Pan faktów?

– Losy bohaterów mojego filmu są po części oparte na faktach, po części na mojej wyobraźni, są kompilowane w takim sensie, że poszczególne wydarzenia dotyczą wielu postaci albo dana postać związana jest z wieloma wydarzeniami. Podkreślam jednak – to nie jest film dokumentalny ani biograficzny. Film opowiada o losach oddziału „Roja” walczącego z komunistami w latach 1945-1951, przy czym oddział ten staje się metaforą losów pokolenia Żołnierzy Wyklętych. Zasadą konstrukcyjną filmu jest konflikt między partyzantami a ich byłym kolegą z oddziału, który został ubekiem i dąży do ich zlikwidowania. Film siłą rzeczy ma walor edukacyjny. Jednocześnie mój film i przedstawiona w nim obława na partyzantów staje się metaforą obławy z lat 2000-2015 na polski patriotyzm, na „dorzynanie watahy”, jak sformułował to jeden z przedstawicieli ówczesnej władzy. Jest też opowieścią o wolności, bez której życie traci sens.

„Historia Roja” ma być hołdem złożonym wszystkim Żołnierzom Wyklętym?

– Oczywiście. Przez dziesięciolecia dokonywano na nich okrutnego mordu zapomnienia, wymazując ich z historii, z kultury i zbiorowej pamięci. Czynili to ci, którzy ich wcześniej torturowali i mordowali. Do dzisiaj mamy do czynienia z podziałem Polski na pokolenia postubeckie i pokolenia ofiar. Wciąż daleka jest droga, zanim w sposób godny oddamy należny honor Żołnierzom Wyklętym, a przez to własnemu patriotyzmowi i Narodowi. Wciąż nie odnaleziono ciała Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja”, który być może spoczywa na powązkowskiej Łączce. Pewne jest bowiem, że jego ciało zostało przewiezione na Rakowiecką i pokazane jego matce, która więziona była w tamtejszym więzieniu, w celu rozpoznania.

Wielokrotnie mówił Pan, że chce przekonać głównie młodych ludzi do swojego filmu. W jaki sposób?

– Sprawą podstawową jest, by ich nie okłamywać. Zaobserwowałem przez ostatnie lata, że „Historią Roja” interesuje się bardzo wielu młodych ludzi, dla których Żołnierze Wyklęci stali się bohaterami. Im bardziej świat proponowany przez rządzących z Platformy Obywatelskiej stawał się pusty, tym mocniej młodzi ludzie poszukiwali wobec niego alternatywy. Miałem poczucie, że bez wiedzy o Żołnierzach Wyklętych, bez prawdy i mitu o nas, jako o ludziach walczących o swoje państwo, młodzi nie mają szans zrozumieć swojego miejsca w historii i w teraźniejszości. Wydaje mi się, że mój film trafia do obu środowisk młodych ludzi – tych przekonanych, którzy wynieśli podstawową tożsamość z domu, oraz tych „zawieszonych”, pozbawionych tożsamości. Mam nadzieję, że jednych i drugich wciągnie barwna opowieść o oddziale „Roja” opowiedziana współczesnym językiem, znanym im z przygodowego kina akcji.

Muzykę do filmu stworzył Michał Lorenc.

– Muzyka rzeczywiście wspaniale dopełnia obraz, jest zarówno bardzo mocna, heroiczna, ale bywa też i romantyczna, a nawet humorystyczna. Film bowiem zrealizowany jest w kilku konwencjach – heroiczna dotyczy losów głównych bohaterów, groteskowa zaś ścigających ich ubeków. Film jest bowiem dwubiegunowy w przekazie świata, nie martwię się w nim rozterkami ubeków, którzy nie wiedzą, czy mają kogoś zabić, czy nie zabić, nie pytam, kto ma rację, po prostu ją stwierdzam. Muzyka Michała świetnie dopowiada przesłanie filmu.

Będzie przedpremierowy pokaz filmu przed jego wejściem do kin?

– Tak, odbędzie się on 29 lutego w Kinotece w PKiN w Warszawie, w czterech salach jednocześnie. Zrealizowaliśmy również pięcioodcinkowy serial telewizyjny, którego emisja rozpocznie się, mam nadzieję, 1 marca 2017 roku, w kolejne święto Żołnierzy Wyklętych. „Historia Roja” będzie również dostępna na DVD.

Dziękuję za rozmowę.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik