Środowiska nieprzychylne lustracji dotąd najczęściej lekceważyły argument, że akta SB mogą służyć do szantażowania byłych tajnych współpracowników. Czy ujawnienie akt agenta „Bolka” w domu Czesława Kiszczaka definitywnie rozstrzyga tę kwestię?
– Myślę, że przez wiele lat było już wiele takich wydarzeń, które powinny zrewidować tego typu sposób myślenia, zwłaszcza od kiedy powstał Instytut Pamięci Narodowej i stopniowo stały się dostępne nasze archiwa. Natomiast dzisiaj to jest ten ostateczny moment, kiedy wszyscy ci, którzy wątpili w sens lustracji, powinni się przekonać. Jest kilka powodów lustracji, ale jednym z nich jest przecięcie możliwości szantażu, wpływania na rzeczywistość przy wykorzystaniu wiedzy z tamtej epoki. Dzisiaj ciężko mi sobie wyobrazić, by ktokolwiek jeszcze wątpił w takie zagrożenie.
Czy w świetle nowych dowodów na współpracę Lecha Wałęsy z SB może się coś zmienić w jego statusie pokrzywdzonego?
– Ten status został nadany przez IPN Lechowi Wałęsie w związku z treścią wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że osobie, która najpierw współpracowała, a potem angażowała się w działalność opozycyjną i była represjonowana, taki status się należy. Warto też pamiętać, że od nowelizacji naszej ustawy w 2007 roku ten status już nie istnieje.
Prokurator zabezpieczył w domu Kiszczaka sześć pakietów z dokumentami. Czym właściwie są te pakiety?
– Prokurator, prowadząc czynności, znalazł sporą ilość różnego rodzaju materiałów o różnym charakterze: rękopisy, maszynopisy, fotografie. Okazało się, że zgodnie z oczekiwaniami prokuratora materiałów podlegających zabezpieczeniu jest dużo i nie będzie on w stanie opisać wszystkich na miejscu, bo trwałoby to zbyt długo. Stąd prokurator podjął decyzję, że należy cały ten zgromadzony materiał zapakować w worki, które zostały opieczętowane. To właśnie te pakiety. Przewieziono je do siedziby Instytutu Pamięci Narodowej i tu trwają oględziny. Na razie pierwszych dwóch pakietów. One będą kolejno, sukcesywnie otwierane i ich zawartość będzie opisywana przy udziale specjalistów archiwistów i członków rodziny, żeby nie było żadnych wątpliwości. Będziemy o tym informować opinię publiczną, a także sukcesywnie już opisane materiały będziemy udostępniać w naszym archiwum.
Gdzie dokładnie są teraz te materiały?
– Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie ze względów bezpieczeństwa.
IPN obawia się próby ich wykradzenia?
– Dmuchamy na zimne.
Jest Pan pewny, że to wszystko, co miał w prywatnym archiwum Czesław Kiszczak?
– Trudno spekulować, nie ma już kogo zapytać. Żona nie wydaje się dobrze zorientowana w tej kwestii. Nie wiemy, czy Czesław Kiszczak nie zdeponował u kogoś jakichś materiałów albo ich się nie pozbył.
Dlaczego tyle czasu zwlekał Pan ze spotkaniem z Ma- rią Kiszczak? Przecież trwało już śledztwo w sprawie podejrzenia posiadania przez nią dokumentów podlegających przekazaniu do IPN.
– Nie uważałem, żeby było wskazanym traktowanie jej inaczej niż innych gości. Poza tym wyglądało to tak, że ona przyszła, zostawiła swój numer telefonu strażnikowi na portierni z informacją, że chciałaby się spotkać z prezesem IPN, i poszła. Więc kiedy ta kartka dotarła do mojego sekretariatu, to ona już opuściła siedzibę Instytutu. Mój asystent zadzwonił, proponując szybkie, w zasadzie natychmiastowe spotkanie z jednym z moich doradców, który by mnie reprezentował. Ona się na to nie zgodziła, chciała rozmawiać ze mną osobiście. Zgodziłem się, przedstawiono jej kilka terminów, w których było to możliwe, i wybrała akurat 16 lutego o 10.30.
Czego się Pan spodziewał po tym spotkaniu?
– Prawdę mówiąc, nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym spotkaniu, wiedziałem tylko, że nie mogę go odbyć w cztery oczy i stąd dwie inne osoby uczestniczyły w nim.
Ta rozmowa była nagrywana?
– Nie, nie mamy w Instytucie zwyczaju nagrywania jakichkolwiek spotkań.
Zastanawiające są motywy tego kroku Marii Kiszczak. Nie obawia się Pan, że to jakiś podstęp, prowokacja?
– Oczywiście musimy rozważać i taki wariant, że to jest jakaś ostatnia gra generała Kiszczaka, dlatego bardzo ostrożnie podchodzimy do tej sprawy, bardzo pieczołowicie pilnujemy wszystkich możliwych procedur z nią związanych. Czasem to powoduje ich wydłużenie, a przez to opóźnianie się informacji. Wstępna opinia specjalistów archiwistów nie daje na razie podstaw do podejrzeń, że jest to próba uwiarygodnienia jakichś nieprawdziwych dokumentów. W tej chwili skupiamy się na opisaniu tych dokumentów, ale zaraz po zakończeniu tych czynności stworzymy możliwość korzystania z nich dla historyków i dziennikarzy i nasi badacze będą się bardzo wnikliwie przyglądać, analizując treść i prowadząc dodatkowe badania.
Spodziewa się Pan, że jest więcej takich prywatnych archiwów akt służb specjalnych PRL?
– To podejrzewaliśmy od dawna. Teraz mamy niezbity dowód. Skoro były w jednym domu, to dlaczego mielibyśmy zakładać, że nie ma ich w innych domach.
Ile jest obecnie tego typu śledztw?
– To jest w tej chwili jedyne śledztwo.
Ale możemy się spodziewać wkrótce podobnych akcji?
– Nic nie mogę powiedzieć na ten temat.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

