logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Walczmy po to, aby coś z siebie dać

Wtorek, 1 marca 2016 (03:11)

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Rafał Stefaniuk

Dziś przeżywamy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Nowa władza oferowała dużo tym, którzy chcieli ją wspierać. Dlaczego las okazał się atrakcyjniejszy?

– To była kwestia honoru. Na początku władza oferowała rzeczywiście bardzo dużo, ale jak się później okazało, te oferty nie były do końca prawdziwe. Niestety na to nabrała się część kadry dowódczej organizacji niepodległościowych, w tym Armii Krajowej. Dochodziło do tego, że żołnierzy pozostawiano samych sobie w lesie, bez zaopatrzenia czy finansów. Oni wprost nawoływali, że z kadrą dowódczą trzeba się szybko rozprawić. Doszło też do takich absurdów, że pierwszy prezes zarządu głównego WiN płk Jan Rzepecki poszedł na współpracę z władzą i jako pułkownik LWP szkolił komunistów do walki ze swoimi dawnymi podwładnymi. Ludzie, którzy pozostali w konspiracji, wiedzieli, że mają rację.

Komunistyczna propaganda to jedno, a stanowisko Zachodu to drugie. Kraje zachodnie do końca mamiły nas wizją wolnej Polski.

– Na początku walczący o naszą wolność patrioci nie zdawali sobie sprawy z uwarunkowań międzynarodowych. A to już w 1943 r. los Polski został przekreślony. Roosevelt i  Churchill postanowili, że Europę Środowo-Wschodnią oddadzą Stalinowi jako zapłatę za udział Związku Radzieckiego w wojnie z Niemcami. Ich to w ogóle nie interesowało, że wojna wybuchła m.in. dlatego, że ZSRR było jednym z lepszych przyjaciół III Rzeszy. Sowieci Zachodowi nie robili szkody. Zajmowali Litwę, Łotwę, Estonię i Polskę. Atakowali Finlandię. To było daleko od świata zachodniego, więc wydawało się to egzotyczne. Kiedy Niemcy uderzyli na ZSRR, Stalin został zmuszony do współpracy z Zachodem, stając się przy tym bardzo atrakcyjnym sojusznikiem o potężnej armii. Przy bezwzględności tej wojny wysiłek sowiecki bardzo się liczył bez względu na ofiary. Polacy nie zdawali sobie z tego sprawy. Myśleliśmy, że to, co mieliśmy zagwarantowane na początku, a więc suwerenność, nietykalność granic czy wolne wybory według przez siebie wybranych wzorów, to wszystko jest pewne. Okazało się jednak, że tego nie będzie, to fikcja. Przez dłuższy czas po zakończeniu wojny byliśmy podtrzymywani w tej fikcji. Ale później ta bańka pękła.

Kiedy już stało się jasne, że Zachód nas opuścił, ta walka trwała. Niewielu złożyło broń.

– Ludzie, którzy byli w konspiracji, szczególnie tej głębokiej, w lesie, nie mieli wyjścia. Ci, którzy się ujawniali, byli przetrzymywani, torturowani, musieli wydawać swoich podwładnych, przełożonych, towarzyszy. Zmuszano ich do ujawniania siatek konspiracyjnych, gdzie była organizowana pomoc, kwatery, w których można było się zatrzymać, wyspać, zmienić ubranie. Także gdzie były szpitale polowe. Ludność, która pomagała, była zagrożona, że ktoś ją wyda. Wyjście z lasu i przedłużenie swojego życia o kilka miesięcy powodowało, że krąg ofiar powiększał się. Człowiek zatrzymany, torturowany albo innymi metodami zmuszony do składania zeznań powodował nieszczęścia, które szły jak kręgi po wodzie, do której wrzuci się kamień. Było więc ich wielokrotnie więcej, niż się na początku przypuszczało. Wyciągnięta podczas tortur wiedza sprawiała, że część osób była aresztowana i także zmuszana do składania zeznań. W ten sposób komuniści pacyfikowali społeczeństwo. Krąg tych ofiar, szczególnie krwawych, śmiertelnych, powiększał się. Ludzie, którzy honor i inne wartości cenili sobie ponad życie, wiedzieli, że innej drogi nie mogą wybrać. To jest postawa m.in. Danuty Siedzikówny „Inki”: „Zachowałam się jak trzeba”. Co to znaczy? Że nie składam zeznań. Zginę, ale nie doprowadzę do śmierci innych osób.

Jaki wpływ ich postawa miała na naszą państwowość? Gdyby nie Wyklęci oraz ksiądz Prymas Stefan Wyszyński, jak bardzo prawdopodobne jest to, że w kilka lat po wojnie stalibyśmy się kolejną republiką ZSRR?

– Można dokonywać tego typu ocen i porównań, ale są to rzeczy niesprawdzalne. Tak naprawdę nie wiemy wprost, jakie byłoby przełożenie. Natomiast istnieje coś takiego, co nie jest do końca uchwytne i co da się zmierzyć. To jest etos, to jest życie wartościami, który powoduje, że ludzie zachowują się inaczej niż w zwykłej społeczności, gdzie nie ma świata wartości. Wyobraźmy sobie, że nie ma tej wielkiej, pięknej tradycji i nie ma polskich bohaterów narodowych. Kim właściwie jesteśmy i do czego nasze życie się sprowadza? To jest dobrze widoczne w społeczeństwach zachodnich. Jestem tu i teraz. W ogóle nie obchodzi mnie to, co robili dziadkowie. Nie obchodzi mnie, kim byli moi rodzice, czy się poświęcili i czy mieli szczególne zasługi dla społeczeństwa. To było kiedyś, to nie jest moje życie, to jest historia. W związku z tym te społeczeństwa obumierają. Natomiast w Polsce mamy szczególne odrodzenie patriotyzmu, które jest spowodowane tym, że w ostatnich latach, czyli tych po zakończeniu wojny, a jest to historia niedawna, bo jeszcze żyją świadkowie tamtych wydarzeń, żyły osoby, których życie pełne jest pięknych postaw, że ludzie ci potrafili się przeciwstawić złu. Nawet tam, kiedy musieli się liczyć z przegraną. Ale to była naturalna postawa – złu należy stawiać tamę.

Mimo to wciąż można usłyszeć stwierdzenie, że ich walka i tak nie miała sensu, komunizm był silny, a ich pozostawiono samych sobie.

– To jest prawda, komunizm był silny, miał poparcie Zachodu. Ich z kolei pozostawiono samych sobie. To także jest prawda. Natomiast to nie uwłacza ich godności, ich pamięci. To, że ja będę chciał udzielić komuś pomocy na ulicy, a wszyscy wkoło uciekną, to nie znaczy, że ja mogę zapomnieć o wartościach. Mogę uciec, nie każdy musi być bohaterem. Ale jeżeli ja się przeciwstawię i sam poniosę konsekwencję tej napaści, to to nie jest postawa, którą należy potępiać i odrzucać. Wprost przeciwnie. To jest najbardziej szlachetne ze wszystkich zachowań – pomóc innym, gdy sam ucierpisz. Przede mną zawsze stoją słowa zwykłego żołnierza NZW z Białostocczyzny, który mówi: „My nie walczyliśmy o coś i dlaczegoś, aby coś z tego mieć. My walczyliśmy dlatego, żeby coś z siebie dać. Nawet złożyć ostateczną ofiarę”. Prości ludzie, ale to wiedzieli od razu. Dzisiaj tzw. intelektualiści siedzą, kiwają głowami i udają, że filozofują. Niech przejdą to, co ci ludzie przeszli, i wtedy oceniają.

Minister Zbigniew Ziobro podpisał akt utworzenia Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w areszcie śledczym na warszawskim Mokotowie. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale zaryzykowałby Pan stwierdzenie, że jesteśmy świadkami przełomu?  

– To jest zdecydowany przełom. To był postulat środowisk niepodległościowych po roku 1989. Oczywiście nikt ich nigdy nie brał na poważnie. Jeżeli teraz ktoś w nie się wsłuchał, to należy się cieszyć, ale zawsze będzie ta szkoda, że tak późno. Jeszcze nazwa nie jest zbyt odpowiednia. To nie chodzi o więźniów PRL, a więźniów komunizmu. Formy państwowości zmieniały się, była Polska Ludowa, była Polska Rzeczpospolita Ludowa. Poza tym tu działały instytucje i organy obcego państwa – Związku Radzieckiego. To nie byli tylko więźniowie Polski Ludowej, ale więźniowie w Polsce Ludowej. Także tego państwa, które nas najechało i kontrolowało.

Z jednej strony przywracamy godność m.in. Witoldowi Pileckiemu, a  z drugiej, mimo faktów, pewne środowiska oskarżają Romualda Rajsa „Burego” o zbrodnię ludobójstwa. Anomalia?

– To nie jest anomalia, to jest chore. Ale to wszystko bierze się z tego, co zrobiono w Polsce po 1989 r. To jest zaprzeczenie tego, co działo się po 1918 r., gdy powstawała II Rzeczpospolita. Wtedy całkowicie zerwano łączność z państwami zaborczymi. Natomiast teraz uznano PRL za normalne państwo. Wszystkie instytucje, cały system prawny, obsada kadrowa przeszły w sposób łagodny do III Rzeczypospolitej. Bez konsekwencji i rozliczeń. Ludzie, którzy piastowali wysokie stanowiska w poprzedniej epoce, cały czas awansowali, dochodząc do szczytów w instytucjach, w których pracowali. Jednocześnie wciągali tam ludzi ze swojego środowiska i otoczenia, a nawet ze swoich rodzin. To się powielało. PRL istnieje w sposób nieformalny.

Często  powtarza Pan, że „trzecie pokolenie UB walczy z trzecim pokoleniem AK”. Na trzecim się skończy? A może czwarte też chwyci za broń?

– Przypuszczam, że się nie skończy. Druga strona jest znacznie silniejsza. Poza tym dwóch rzeczy trzecie pokolenie AK nie ma – to są wielkie centralne media i instytucje finansowe, gdzie ich przeciwnicy siedzą mocno okopani i korzystają z naszych zasobów na własny użytek. Ta walka będzie jeszcze długo trwała.

Więc jaką przyszłość Pan widzi?

– To, czego nie zrobimy, to tego nie będzie. Nikt nam tego nie da, a szczególnie władza, każdej barwy. A co i ile robimy? Zawsze musimy oskarżać samych siebie, że robimy za mało. Musimy wstawać z myślą, że dziś muszę zrobić więcej niż wczoraj. A potem? A potem robić swoje. Tak jak Żołnierze Wyklęci walczmy po to, aby coś z siebie dać, nawet do ostatecznej ofiary.

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl