logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: M.Borawski/ Nasz Dziennik

PAP jak rosyjski spychacz

Sobota, 17 listopada 2012 (02:02)

Krystyna Kwiatkowska, wdowa po gen. Bronisławie Kwiatkowskim, szefie Dowództwa Operacyjnego Sił Zbrojnych, który zginął pod Smoleńskiem, apeluje o powołanie międzynarodowej komisji do zbadania katastrofy. Publikacji jej oświadczenia w tej sprawie odmówiła Polska Agencja Prasowa.

- Na pierwszym spotkaniu z panem gen. Parulskim usłyszałam, że przez pierwsze dwa tygodnie nikt z Polski nie był do końca przy naszych bliskich, że premier oddał to wszystko Rosjanom. Pomyślałam wtedy: jakiemu krajowi służył mój Mąż, że po śmierci nikt nie zadbał o niego? Dlaczego nie wysłali nikogo z Polski, żeby zabezpieczyć i samodzielnie udokumentować dowody lub chociaż uczestniczyć w procedurach? - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Krystyna Kwiatkowska.

"To, co dzieje się przez 30 miesięcy od katastrofy, przekracza wszelkie granice. Jak można tak traktować rodziny i najbliższych ofiar? Jak można nie dopełnić podstawowych formalności urzędowych związanych z identyfikacją i teraz, po niemal trzech latach, zrzucać winę na rodziny, na presję czasu? Dlaczego pomysł powołania międzynarodowej komisji byłby ujmą dla naszego rządu i państwa? Czyż nie jest ujmą fakt, że wrak Tu-154M i czarne skrzynki wciąż nie zostały nam zwrócone? Czy nie jest ujmą nasz raport, który w 90 procentach bazuje na danych MAK? Czy nie są ujmą fragmenty ciał zepchnięte spychaczem i przykryte płytami betonowymi tworzącymi drogę na miejscu katastrofy?" - pyta wdowa w apelu, którego publikacji odmówiła Polska Agencja Prasowa.

W ocenie Krystyny Kwiatkowskiej, tylko gremium złożone z międzynarodowych, nieuwikłanych w polityczne koterie naukowców jest w stanie rzetelnie wyjaśnić sprawę, przywrócić spokój rodzinom ofiar i uspokoić nastroje społeczne.

"Sądząc po zachowaniu niektórych osób z rządu, można wywnioskować, iż założyły, że w Smoleńsku zginęli jedynie ich przeciwnicy polityczni i sprawę można przemilczeć i zamieść pod dywan. Że czas ją wyjałowi, rozmyje. Jak widać, nie rozmywa, lecz nasyca ją coraz bardziej" - pisze wdowa po generale.

9 listopada w południe swoje arcyważne oświadczenie wysłała PAP. Rządowa agencja nie raczyła jednak podjąć tematu. Milczała, choć trzy dni później prokuratura wojskowa przeprowadziła zarządzone z urzędu ekshumacje ciał dwóch ofiar, które zostały pomylone w moskiewskim instytucie medycyny sądowej.

Dlaczego list wdowy po generale Wojska Polskiego, który zginął na służbie, lecąc na uroczystości 70. rocznicy mordu NKWD na polskich oficerach, w sprawie tak istotnej dla dobra publicznego został zignorowany?

- My nie publikujemy wszystkich oświadczeń. Robimy to tylko wówczas, gdy zajmujemy się jakimś tematem - usłyszeliśmy w odpowiedzi od jednego z redaktorów tzw. newsroomu PAP, do którego bezpośrednio Krystyna Kwiatkowska skierowała list.

Tymczasem jeszcze tego samego dnia, niespełna pół godziny przed otrzymaniem e-maila z oświadczeniem wdowy, agencja zamieściła informację dotyczącą katastrofy. Chodziło o rozmowę prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta z rosyjskim wiceprokuratorem generalnym Aleksandrem Zwiagincewem w sprawie przekazania próbek z wraku.

Kolejną zaskakującą odpowiedzią, jaką "Nasz Dziennik" usłyszał w PAP, była sugestia, jakoby redaktor odpowiedzialny za pracę serwisu informacyjnego nie był w stanie sprawdzić nadesłanego oświadczenia, bo w związku z "ogromną ilością nadsyłanych e-maili skrzynki są po każdym dniu opróżniane".

Później próbowano nas przekonywać, że oświadczenie Krystyny Kwiatkowskiej ma jeszcze szansę na publikację. Kiedy? Gdy redakcja będzie "zajmować się tym tematem". - E-mail na pewno został przekserowany do odpowiedniego działu i jak będziemy się zajmowali tym tematem, to na pewno to stanowisko uwzględnimy, bo zawsze tak robimy - usłyszeliśmy.

Ustawa o Polskiej Agencji Prasowej z 31 lipca 1997 r. (art. 1.1) mówi, że "Polska Agencja Prasowa, mająca charakter publicznej agencji prasowej, uzyskuje i przekazuje odbiorcom rzetelne, obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i z zagranicy".

- Gdy patrzymy na ten przykład, nasuwa się pytanie, czy PAP rzeczywiście rzetelnie wypełnia te swoje zadania - zastanawia się mecenas Piotr Pszczółkowski.

Na stronach PAP znajduje się także informacja dotycząca dystrybucji informacji zleconych. Czytamy tam: "Usługa Informacji Zleconych bazuje na unikalnym i masowym kanale dystrybucji informacji oraz materiałów prasowych do mediów. Na zlecenie firm, instytucji, organizacji i osób prywatnych PAP udostępnia w swoich serwisach oryginalne komunikaty tekstowe oraz pliki multimedialne - bez dokonywania zmian w treści. Dokumenty są zamieszczane w Codziennym Serwisie Informacyjnym - który jest najważniejszym źródłem informacji dla polskich mediów - oraz w serwisach tematycznych PAP.

Dzięki temu przekaz dociera bezpośrednio do redakcji mediów ogólnopolskich i regionalnych (prasa, radio, telewizja, internet)".

- Skoro w myśl ustawy PAP ma wszechstronnie informować obywateli, to z żalem należy stwierdzić, że oświadczenie w tak istotnej sprawie autorstwa wdowy po generale Wojska Polskiego, osoby, której poległy małżonek miał olbrzymie zasługi dla Polski, nie zostało przekazane opinii publicznej. Tym bardziej że informacja ta wydaje się być godną tego, by zamieścił ją serwis taki jak Polska Agencja Prasowa - podkreśla prawnik.

Zdziwiona brakiem zainteresowania PAP oświadczeniem wdowy jest też mecenas Krystyna Kosińska. - Co prawda PAP w swoim statucie ma obowiązek publikowania jedynie stanowiska Sejmu, Senatu, prezydenta i Rady Ministrów, jednak z racji tematu i jego rangi oraz z uwagi na osobę wdowy po generale Wojska Polskiego oświadczenie to jest również sprawą publiczną, będącą w publicznym zainteresowaniu i powinno zostać opublikowane - podkreśla.

Mecenas zaznacza, że głos w tej sprawie zabrała osoba bezpośrednio pokrzywdzona w wyniku katastrofy polskiego samolotu rządowego, której stanowisko powinno zostać przedstawione opinii publicznej. - Dziwię się więc, dlaczego w sprawie, która pozostaje w takim zainteresowaniu, to oświadczenie nie zostało w żaden sposób zamieszczone - akcentuje mec. Krystyna Kosińska.

Marta Ziarnik

Nasz Dziennik