Jak Pan ocenia ostatnią sprawę w Komisji Weneckiej dotyczącą Polski? Jako jedyny złożył Pan zdanie odrębne.
– W jednej ważnej kwestii muszę się przyłączyć do zdania całej komisji, z czym też zgodzili się przedstawiciele Polski, mianowicie, że sytuacja jest krytyczna. To rodzaj kryzysu konstytucyjnego. Jeśli dwie ważne instytucje, ramiona państwa, tracą wzajemne zaufanie, nie jest dobrze. Oczywiście jest pytanie o to, kto zaczął. Opinia komisji dotyczy poprawek do ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Zgadzam się jednak, że nie możemy mówić o tej ustawie bez wzięcia pod uwagę składu Trybunału i całej chronologii zdarzeń, które do tej sytuacji doprowadziły, a więc od czerwca poprzez październik, listopad, grudzień itd. Była różnica zdań pomiędzy mną a resztą komisji, która sprowadzała się do zaakceptowania orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 3 grudnia 2015 r. stanowiącego, iż trzech sędziów wybrano w październiku zgodnie z Konstytucją, a dwóch niezgodnie. W konsekwencji dwaj sędziowie z grudnia są prawidłowo wybranymi sędziami, a trzej – nie są. W tle tego wyroku był argument, że prezydent powinien przyjąć ślubowanie trzech sędziów z października. I to jest kwestia, w której moje zdanie jest odmienne.
Dlaczego?
– Moim zdaniem, jeśli weźmie się pod uwagę treść polskiej Konstytucji, nie można powiedzieć, że prezydent Polski jest jakby pomnikiem, przed którym się kłaniamy, ale nie słuchamy tego, czego chce. Prezydent uczestniczy w przypadającej na niego części procesu nominacji sędziów. Nie jest tak, że ma ich automatycznie zaakceptować. Przynajmniej według polskiej Konstytucji. Zapoznałem się dokładnie z jej treścią – dostarczono nam jej angielskie tłumaczenie – oraz innymi związanymi ze sprawą ustawami i stanowiskiem polskiego rządu. Powiedziałem podczas sesji komisji, że prezydent ma prawo ocenić, zastanowić się, nie jest zobligowany do automatycznej akceptacji. Prezydent ma obowiązek być strażnikiem Konstytucji – tak mówi ona sama. A więc nie jest bezwolną figurą, ale częścią systemu kontroli i równowagi, którego każdy element ma szczególną rolę. Może jest tak, że w 99 proc. za mianowanie sędziów odpowiada Sejm, ale jest ten co najmniej 1 procent, który należy do prezydenta, i nie możemy mówić, że zero. To było moje zdanie odrębne. Inną kwestią sporną jest, kiedy właściwie był początek tej całej sprawy: w czerwcu, październiku czy listopadzie. Opinia komisji wygląda trochę tak jak w dowcipie o dwóch uczniach, którzy pobili się w szkole. Nauczyciel pyta, kto zaczął. Na to Jaś odpowiada: „Jacek, on pierwszy mi oddał”. No więc nie możemy nie zauważyć, że byli sędziowie wybrani w sposób co najmniej problematyczny w październiku. Oczywiście kolejni sędziowie też zostali wybrani w sposób problematyczny. Ale trzej sędziowie „październikowi” i trzej sędziowie „grudniowi” nie są w tej samej sytuacji. Ponieważ proces mianowania „październikowych” nie został zakończony, a proces mianowania „grudniowych” został zakończony, jeśli mamy czynić między nimi jakąś różnicę, to na rzecz tych, których proces nominacyjny został zakończony. Komisja nie podzieliła tej opinii.
Czy ktoś podjął z Panem jakąś polemikę, przekonywał do odmiennego punktu widzenia?
– Nie, mój głos odrębny również nie został opublikowany. Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że była to sytuacja niezwyczajna. Nie ma takiej zasady, że nikt nie może mieć odrębnego zdania, ale w praktyce odrębne zdania się nie zdarzają. Zazwyczaj wygląda to tak, że podczas debaty każdy może wyrazić swoje zdanie, ale kiedy przychodzi do przyjęcia opinii, prowadzący pyta: „Czy ktoś ma jeszcze jakieś zastrzeżenia?” i praktycznie jest tak, że nikt nie podnosi ręki, więc każda opinia jest przyjmowana jednomyślnie.
Tym razem Pan zburzył tę milczącą zgodę i podniósł rękę.
– Wstałem i powiedziałem to, co się przy takich okazjach mówi w Sądzie Najwyższym USA: „Z całym szacunkiem mam odrębne zdanie”.
I co się wtedy stało?
– Nic. Właśnie nic się nie stało. Inni byli trochę zdziwieni. Później niektórzy koledzy mówili: „Rozumiem twój punkt widzenia” albo „Twoje stanowisko nie jest takie złe, ale rozumiesz…”.
Co właściwie się kryje za tym „ale rozumiesz”?
– Matthew Parish w książce „Miraże międzynarodowej sprawiedliwości” pisze, że każda instytucja międzynarodowa stara się podtrzymywać przekonanie o swoim znaczeniu, prestiżu i niezbędności. A jak można to realizować, gdy powstają odrębne opinie? Komisja nie jest sądem, ale jako sędzia i przez wiele lat prokurator mogę powiedzieć, że jest to bardzo podobne. W normalnym procesie oskarżonym jest osoba, której czyny są oceniane, i decyduje się o jej losie, w Wenecji mamy państwo, którego sytuacja jest omawiana. I właśnie to decyduje o znaczeniu tej instytucji międzynarodowej. A poza tym wiem, co to znaczy znaleźć się samotnie na ławie dla obrońców.
Skoro Pan został adwokatem Polski, to kto był oskarżycielem?
– Można powiedzieć, że byłem jakby adwokatem. Z tym, że zrobiłem to, co czułem, że trzeba zrobić w odniesieniu do tej sytuacji i w oparciu o racje prawne. Nie było to działanie wyłącznie z sentymentu do waszego kraju. Trudno wskazać konkretnego oskarżyciela. Mogę powiedzieć, że opinia komisji jest jednostronna. Jeśli chodzi o państwa Grupy Wyszehradzkiej, to przedstawicielka Czech była jednym ze sprawozdawców, więc jej opinia była jasna od początku. Nie wiedziałem, jak się zachowa Słowacja. W tym państwie też był problem z Trybunałem Konstytucyjnym. Na Słowacji prezydent wybiera spośród dwóch lub trzech kandydatów zaproponowanych przez parlament, tymczasem zdarzyło się, że prezydent nie chciał zatwierdzić żadnego. Lecz członek komisji ze Słowacji postanowił być cicho. W efekcie zostałem sam i muszę się zmierzyć z licznymi wyrazami uznania z Polski – dostałem już ponad 100 listów w tej sprawie.
Co można zrobić, żeby zażegnać kryzys konstytucyjny w Polsce?
– Obawiam się, że nie mam dobrej odpowiedzi. Nie zgadzam się z tym. Każdy system prawny, konstytucyjny musi być skuteczny w warunkach konkretnego kraju. Jeśli chodzi o Polskę, to wydaje mi się, że jakoś musi zostać odbudowane zaufanie między Sejmem i Trybunałem Konstytucyjnym. Bez tego nic się nie uda. Prawo nie jest wartością absolutną. Owszem, jest ważną wartością dla społeczeństwa, jedną z najważniejszych, ale nie jedyną.
Trudno odbudować zaufanie, gdy spór prawny jest tylko formą wyrazu bardzo ostrego konfliktu politycznego. Nikt przy tym nie ma wątpliwości, że przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego sympatyzuje z opozycją.
– Myślę, że podejście do tego w USA jest zdrowsze. Tam nie oczekuje się od sędziów, że będą neutralni, ale niezależni, działający poprawnie i sprawiedliwie. Wiemy, że zmarły niedawno Antonin Scalia był bliżej Republikanów, inni są bliżej Demokratów. W Europie chcielibyśmy, żeby sędziowie byli jak gwiazdy: bez poglądów, bez wiary, bez sumienia, tylko patrzący w tekst.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

