logo
logo

Zdjęcie: Ewa Sądej/ Nasz Dziennik

To Janowi Pawłowi II Polska zawdzięcza wolność

Niedziela, 3 kwietnia 2016 (20:24)

Ze Stanisławem Markowskim, artystą fotografikiem, filmowcem, twórcą muzyki do hymnu „Solidarności”, rozmawia Mariusz Kamieniecki

W ostatnich dniach i godzinach Janowi Pawłowi II towarzyszył m.in. ks. abp Mieczysław Mokrzycki, który wspominał, że z chwilą odejścia Papieża stracił ojca. Czym dla Pana było odejście Jana Pawła II?

– Chyba trudno określić to głębiej, niż uczynił to ks. abp Mokrzycki. Dla mnie osobiście śmierć Jana Pawła II była jakby po raz drugi utratą ojca. Mój tatuś zmarł w 1998 r., a mamusia w 2005 r., miesiąc po śmierci Papieża. Mamusia była tak jak Jana Paweł II z 1920 r., a tatuś o siedem lat starszy. Miałem bardzo dobrych rodziców, bardzo dobrego ojca, stąd kiedy myślę „ojciec”, to tak jakby się nakładały dwie, a właściwie trzy postaci: mojego tatusia, zatroskanego św. Józefa, który uosabiał dobroć ojca, jak to przedstawia obraz u OO. Kapucynów w Krakowie jako sędziwego człowieka przytulającego małe dziecko, i na ten obraz nakłada mi się św. Jan Paweł II. Bardzo boleśnie przeżyłem śmierć Papieża. Zaraz na drugi dzień zdałem sobie bowiem sprawę, że stało się coś, co jest nieodwracalne. Zdałem sobie też sprawę z utraty kogoś, kto był mi bliski. Ta utrata sprawia, że człowiek czuje wtedy osamotnienie i de facto staje się sierotą. Tak czuło chyba wielu Polaków.

Od lat znał Pan Ojca Świętego…

– Tak osobiście miałem to szczęście znać Jana Pawła II, zanim jeszcze został Papieżem, kiedy był kardynałem, metropolitą krakowskim. Mój starszy syn Dominik chodził do przedszkola na Pędzichowie, które prowadziły siostry zakonne ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości. Siostra Maria Goretti Nowak przygotowywała przedstawienia z okazji różnych rocznic kościelnych i narodowych dla ks. kard. Wojtyły z udziałem dzieci, gdzie były śpiewy i tańce. Miałem okazję uczestniczyć w kilku takich spotkaniach dzieci z ks. kard. Wojtyłą w Pałacu Arcybiskupów Krakowskich. Zresztą wiele zdjęć wówczas zrobiłem, które dokumentują te szczególne chwile. Widziałem, z jaką miłością on te dzieci przytulał do serca. Już wtedy dało się wyczuć, jak wielką cierpliwość ma do dzieci. Nikogo nie pominął, nikomu nie przerywał, umiał słuchać. Co więcej, nigdy się nie spieszył i na wszystko znajdował czas. I ten nasz ojciec już jako Papież często odwoływał się do Polski – Ojczyzny jako do swojej Matki. Dla niego jedność z Polską ze swoimi braćmi w Kościele była bardzo ważna. Pamiętamy, jak wytykając nam przywary, wady, grzechy, a także stając w naszej obronie wobec działań komunistycznych władz, wołał: „Polska to jest moja Ojczyzna, Polacy to moi bracia”.

Ale ta troska Papieża – ojca o swój Naród nie narodziła się z chwilą wyboru na Stolicę Piotrową?

– Oczywiście. W obronie praw człowieka łamanych przez komunistyczne władze występował już jako metropolita krakowski. Chwilę po zabójstwie Staszka Pyjasa, w czerwcu, podczas procesji Bożego Ciała – pamiętam to, bo robiłem zdjęcia – otwartym tekstem nazywał rzeczy po imieniu. Kto dziś z hierarchów kościelnych potrafiłby powiedzieć jak ks. kard. Wojtyła: To jest Ojczyzna moja, to jest matka moja, co z nią wyprawiacie, dlaczego ją tak szkalujecie na zewnątrz? Dlaczego walczycie z braćmi? Ten krzyk musi się pojawić, musi wybrzmieć, bo to jest krzyk ludzki wynikający z naszej głębokiej wiary. Musi wybrzmieć prawda o tym, że są normy moralne, których nie wolno przekraczać, że jest prawo Boże, którego nikomu nie wolno łamać. Pojednanie jest konieczne. W tej sytuacji jakże ważne, głębokie, jakże doniosłe i wymowne są słowa ks. abp. Józefa Michalika o współczesnej Targowicy wypowiedziane podczas Mszy św. rezurekcyjnej w Przemyślu. To było – wreszcie – niejako dotknięcie struny, która mówi, że hierarchów boli to, co się dzieje w Polsce, i że są temu przeciwni. To, że nasi hierarchowie wiedzą o tym, że znają sytuację, to za mało. Potrzeba nam dzisiaj tej niesamowitej miłości ojcowskiej, jaką miał wobec nas Jan Paweł II. Tą miłość utożsamiał z Kościołem i takiej miłości nam dzisiaj w Ojczyźnie bardzo potrzeba.

Dotyka Pan problemu braku autorytetów, ale ten brak jest odczuwalny w wielu dziedzinach…

– Niestety nie ma teraz takich autorytetów, nie ma takich osobowości jak Jan Paweł II. I to jest tragedia naszych czasów, że brakuje ludzi kochających sercem jeden drugiego, i to boli. Oczywiście znam wielu biskupów i księży oddanych Kościołowi i ludziom, ale trudno dorównać autorytetowi ojca, jakim był św. Jan Paweł II dla nas i dla całego świata. Jan Paweł II był ojcem Kościoła, a jednocześnie był naszym bratem. Być takim jest niesamowicie trudne. Żeby zrozumieć Ojca Świętego, trzeba umieć, trzeba się nauczyć kochać wszystko to, co on kochał – Matkę Bożą, Kościół, historię Polski, kochać Polskę mu współczesną, Naród, a nawet grzeszników, bo – jak wiemy – do wszystkich podchodził z miłością. Żeby takim być, trzeba kochać sercem. Jan Paweł II był mistykiem i kiedy stawał przy ołtarzu, miał świadomość, że na tym ołtarzu jest żywy Chrystus. Ta pokora i miłość do Boga pozwalała mu kochać ludzi tak wiernie. I dzisiaj tego mi brak, dlatego czuję się osierocony. Wraz ze śmiercią Jana Pawła II utraciłem bardzo bliskiego mi człowieka – jak wcześniej powiedziałem – ojca.

Przejawem tej miłości Jana Pawła II do nas, Polaków, i do Ojczyzny – Polski było pragnienie naszej wolności. I chyba nie będzie przesady w stwierdzeniu, że to przede wszystkim Jan Paweł II „wywalczył” wolność dla Polski. Tymczasem tę zasługę przypisują sobie inni…

– To, co mówią niektórzy, przypisując sobie zasługę wywalczenia Polsce wolności, to bzdura i niedorzeczność. To przejaw pychy, którą obserwujemy na wielu frontach – począwszy od Wałęsy, poprzez jego otoczenie, Borusewicza i innych, którzy wpisywali się w tę fantastyczną ideę „Solidarności”, a dzisiaj się zachowują niegodnie. Mamy sytuację, kiedy grupa kilku czy kilkunastu osób przypisuje sobie zasługi milionów Polaków, w tym przede wszystkim zasługi św. Jana Pawła II. Papież był tym człowiekiem, który uruchomił za sprawą Bożą, mocą Ducha Świętego całą tę lawinę przemian w Polsce i w świecie. Dzisiaj to widzimy, bo wszystko, co było potem budowane, co wynikało z pychy, która przechodzi w pogardę wobec innych, wszystko to, co było budowane bez fundamentu wiary, bez Boga, sypie się jak domki z kart. To Jan Paweł był motorem przemian i dzięki niemu, bardziej nawet niż dzięki „Solidarności”, zawdzięczamy wyzwolenie z okowów komunistycznej niewoli. To Janowi Pawłowi II Polska zawdzięcza wolność.

Dlaczego dzisiaj nie potrafimy z tej wolności korzystać?

– Przyczyn jest kilka. Są przyczyny wewnętrzne dotyczące każdego człowieka z osobna i zewnętrzne. Pierwsze wynikają z tego, co człowiek ma w sercu, co ma w duszy. Wszystko zależy od jego sumienia, które jest kształtowane przez wiele czynników, zaczynając od najważniejszego, czyli rodziny, w której rodzimy się i dojrzewamy. Dzisiaj rodzina jest na rozdrożu i jest to efekt lat sześćdziesiątych, kiedy rozpoczęła się regularna walka z Bogiem i Kościołem. Bóg i Kościół przeszkadzały w łamaniu czy wichrowaniu kręgosłupa moralnego człowieka i wyprowadzaniu go na manowce, dlatego rozpoczęto walkę z Kościołem. Wtedy też zaczęła się powolna pauperyzacja – upadek duchowy człowieka, i wielu poległo na tym polu. Wolność, która przyszła, wolność źle pojmowana jako „róbta, co chceta”, też była zgubna. Jan Paweł II to widział, rozumiał, czym jest prawdziwa wolność, że musi być ona pojmowana jak zdolność „do czegoś”, a nie „od czegoś”, i to starał się nam wpajać. Niestety, nie do końca słuchaliśmy wskazań Papieża, idąc we własną stronę. Efekt jest taki, jak widzimy. I choć i tak nie jest u nas aż tak źle jak w innych krajach Europy, gdzie np. nie ma zupełnie szacunku dla życia ludzkiego, to nie znaczy, że jest dobrze.

A druga przyczyna, która sprawia, że z wolnością jesteśmy na bakier?

– Druga obok tych predyspozycji czysto ludzkich dotyczy otwarcia się Polski na świat i pochłaniania – często bezkrytycznie – wszystkiego, co przychodzi z Zachodu. Tam mamy ewidentną walkę z Bogiem nawet za cenę utraty prawdziwej wolności, tożsamości poszczególnych narodów czy całej chrześcijańskiej Europy. Ten totalny upadek to efekt kampanii, wręcz programowej, prowadzonej z premedytacją walki, która idzie przez szkoły, media i to wszystko oddziałuje na ludzi. Wpaja się człowiekowi, że sam sobie jest sterem i okrętem, że jest bogiem. W ślad za tą ignorancją idzie zło, wchodzi diabeł i myślę, że dzisiaj większość świata czy Europy jest w jakimś stopniu opętana przez diabła. Europa i świat wymaga wielkich egzorcyzmów. Nic nie może wytłumaczyć fali nienawiści, jaka przetacza się przez świat, także przez Polskę. Mamy szydzenie z katastrofy smoleńskiej i z tych, którzy czują ból po stracie swoich bliskich. Tak było przez ostatnie sześć lat. Żeby wyjść z tej matni, z tego zakrętu, który wiedzie w przepaść, trzeba nam mądrych, pobożnych, świętych kapłanów i biskupów – pasterzy na wzór św. Jana Pawła II.

    

Niebawem zamieścimy drugą część rozmowy ze Stanisławem Markowskim.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl