logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Rosja testuje NATO

Poniedziałek, 18 kwietnia 2016 (04:27)

Aktualizacja: Poniedziałek, 18 kwietnia 2016 (04:27)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Amerykański sekretarz stanu John Kerry potępił incydent na Bałtyku z udziałem rosyjskich samolotów bojowych, które przeleciały w pobliżu niszczyciela rakietowego USS Donald Cook. Mamy do czynienia z kolejną prowokacją?

– Jest to dalszy ciąg demonstracji militarnej Rosji, a zarazem pokaz siły, która ma na celu ostrzeganie państw NATO, iż niebezpiecznie zbliżają się do linii mogącej doprowadzić do prawdziwego konfliktu. Działania te – wbrew powszechnej opinii – prowokacją nie są, gdyż nie były prowadzone w formie realnego ataku. Rosjanie obecnie ciągle testują państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego poprzez używanie sił powietrznych i morskich.

 

Rosjanie idą – mówiąc kolokwialnie – na zwarcie?

 – Może nie na zwarcie, ale jak wspomniałem, starają się wyznaczać czerwone linie dla państw NATO i demonstrują możliwości akcji odwetowych. Można to przedstawić w taki oto sposób: skoro wy pod względem bezpieczeństwa zbliżacie się do naszych istotnych obszarów, to my zbliżymy się do waszych. Gdyby te akcje miały charakter realnych zagrożeń stron, to odbyłyby się w innej formie i bez ostrzegania. 

Minister Waszczykowski, podobnie jak Pan, nazwał te rosyjskie działania testowaniem systemów obronnych NATO. Jaki może być cel tego testowania?

– W takim wypadku zazwyczaj testuje się systemy rozpoznawania wroga oraz procedury reagowania. Ważną kwestią jest także odpowiedź polityczna na tego typu akcje, która powinna być mądra i wyważona.

W tym kontekście szef polskiej dyplomacji zapowiedział reakcję na tego typu działania Rosjan. Jaka może być wspólna odpowiedź NATO?

– Realną odpowiedzią mogą być tylko manewry w „rosyjskiej” strefie interesów i bezpieczeństwa, ale jednak na wodach międzynarodowych lub w państwach członkowskich graniczących z Rosją.

Minister Antoni Macierewicz nazwał incydent na Bałtyku napaścią, stwierdził również, że „miało to kształt już nie ostrzeżenia, ale rzeczywistej agresji”. Zgadza się Pan z tą opinią?

-  Osobiście mówiłbym tu co najwyżej o stworzeniu zagrożenia wywołania mniej lub bardziej przypadkowego konfliktu.

Tak czy inaczej, czy nie jest to wyraz dezaprobaty i wyraźne wskazanie, że Rosjanie nie życzą sobie obecności Amerykanów w tej części Europy?

– Oczywiście tak, ale naiwnością byłoby sądzić, iż Rosjanie mogliby tego typu manewrami wywołać oczekiwany skutek. Był to element szerszej gry, w której uczestniczą także Amerykanie na Morzu Czarnym, gdzie przeprowadzają ćwiczenia w pobliżu granic Rosji.  Wyobrażam sobie reakcję Stanów Zjednoczonych na manewry Rosji w rejonie Kuby, a nawet Florydy.

Widać Rosja już nie tylko Morze Czarne, ale również Bałtyk traktuje jako swój poligon czy może strategiczny akwen…

– Rzeczywiście Rosja ma Flotę Bałtycką skupioną w Petersburgu i Kaliningradzie i znaczny obszar Morza Bałtyckiego o charakterze własnych wód terytorialnych. Państwa NATO podczas takich ćwiczeń próbują zgrywać poszczególne marynarki państw członkowskich, zapewne w kontekście udzielenia wsparcia państwom bałtyckim. Z kolei Rosja stara się pokazać, iż poradzi sobie z tego typu działaniami w razie realnego konfliktu. Mamy zatem do czynienia z prężeniem muskułów, i to po obu stronach.

Czemu takie działania mają służyć, w końcu może się zdarzyć, że którejś ze stron puszczą nerwy, i co wtedy?

– Obecne systemy walki powietrznej pozwalają określić, czy taktyka podejścia do okrętu ma charakter ofensywny, czy tylko jest to demonstracja siły. Dla praktyków jest jasne, iż do tak uzbrojonego okrętu, jakim jest niszczyciel rakietowy USS Donald Cook, nie podchodzi się samolotami nieuzbrojonymi w rakiety przeciwokrętowe. Zresztą na tak małym akwenie można przecież użyć systemów nadbrzeżnych. Ale ostatecznie o fakcie nierealności takiego ataku świadczą kwestie związane ze stanem całych sił zbrojnych Rosji w danym okręgu wojskowym. Jeżeli nie były one postawione w stan gotowości bojowej, to tylko świadczyło, iż nie ma realnego zagrożenia ze strony lotnictwa.

Czy obecność niszczyciela USS Donald Cook na tyle zmienia układ sił w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej, że może budzić obawy Rosjan?

– Jest to oczywiście zaplanowana nadinterpretacja Rosji i trudno byłoby się spodziewać innej retoryki ze strony Moskwy. Taki okręt nic nie zmienia w układzie sił na Bałtyku, a jest tylko elementem wsparcia sił NATO. Dla Rosjan także było jasne, iż ze strony niszczyciela nie ma żadnego zagrożenia.

W piątek podczas konferencji bezpieczeństwa w Bratysławie minister Waszczykowski nawiązując do incydentu na Bałtyku, stwierdził, że Rosja ma potencjał niszczenia krajów i z tego powodu stanowi zagrożenie egzystencjalne. Jednocześnie wezwał do rozmieszczenia wojsk NATO na wschodniej flance Sojuszu. Czy ten incydent może wpłynąć na taką decyzję Sojuszu i czy jest to wystarczający argument przed lipcowym szczytem NATO w Warszawie?

– Takie podejście jest bardziej życzeniowe niż możliwe do zrealizowania. Ten incydent nic nie wniesie do decyzji w sprawie obecności NATO w Polsce. Każda dyplomacja jednak wykorzystuje takie przypadki dla zobrazowania zagrożenia skierowanego do określonych społeczeństw. Jestem przekonany, że Rosja także wykorzystałaby takie zdarzenie dla swoich celów w komunikacji społecznej. Niezwykle ważne jest tylko, aby w takich sytuacjach ważyć słowa. 

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl