logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Niebezpieczna gra Putina

Piątek, 22 kwietnia 2016 (03:11)

Z gen. dyw. Romanem Polką, byłym dowódcą jednostki specjalnej GROM, w latach 2006-2008 zastępcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Szczyt NATO – Rosja zakończył się brakiem porozumienia i jak stwierdził sekretarz generalny Sojuszu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg, zarówno w sprawie porozumień z Mińska, jak i zakończenia konfliktu na Ukrainie. Jaki jest sens zapraszać do stołu negocjacyjnego Rosję, skoro i tak wiadomo, że nie uznaje ona kompromisu?

– Kwestie bezpieczeństwa międzynarodowego są bardzo ważne, stąd mimo głębokich różnic między NATO a Rosją nie należy zrywać rozmów. Przeciwnie, warto i należy podtrzymywać kontakty, zwłaszcza na tak wysokim szczeblu, chociażby po to, żeby nie doprowadzać do rozszerzenia czy wzrostu napięć. To, że spotkanie w Brukseli nie przyniesie większych rezultatów, było tak na dobrą sprawę wiadomo już wcześniej. Żeby były efekty w postaci konkretnych porozumień, potrzeba wielu negocjacji, spotkań, ustaleń urzędników. Jeśli tego się nie wypracuje wcześniej, to trudno oczekiwać konkretów po jednym spotkaniu i, przypomnijmy, długiej przerwie w rozmowach między NATO a Rosją. Co zaś się dotyczy kwestii Ukrainy i zawieszenia broni między stronami konfliktu, to proszę zwrócić uwagę, że nie ma tam ani strefy buforowej, nie słyszymy też nic na temat niezależnych obserwatorów chociażby OBWE czy innych, którzy kontrolowaliby zarówno działania „partyzantów” z Donbasu, jak i granicę rosyjską, przez którą są nocą przerzucane transporty. Skoro ustalenia „Mińsk I” czy „Mińsk II” nie są realizowane, to trudno się dziwić, że ta granica ciągle krwawi.

Jak należy ocenić incydenty na Morzu Bałtyckim z udziałem rosyjskich samolotów wojskowych, które niebezpiecznie zbliżyły się do amerykańskiego niszczyciela rakietowego USS Donald Cook. Czy to tylko testowanie NATO, czy może dojść do eskalacji konfliktu?

– Mamy do czynienia z testowaniem NATO, ale dodajmy, że jest to bardzo niebezpieczne zjawisko, które sami Amerykanie określili mianem nieobliczalnych i agresywnych manewrów. Ten symulowany atak, który miał miejsce, choć eksperci od lotnictwa czy marynarki twierdzą inaczej, to agresywne działanie – oblatywanie czy też, jak mówią, litewskie służby specjalne, że mieliśmy do czynienia z przekroczeniem przez siły specjalne rosyjskie granicy na Mierzei Kurońskiej, to wszystko pokazuje, że Rosja testuje nasze systemy obronne, nasz sposób reagowania, postępowanie NATO i szuka tego „miękkiego podbrzusza”, szuka słabych punktów, potencjalnych elementów, które w wypadku rzeczywistego ataku mogłyby pozwolić im uzyskać efekt zaskoczenia. Tak należy na to spojrzeć z wojskowego punktu widzenia. To nie przypadek, ale mamy do czynienia z działaniem świadomym, prowokacyjnym, stwarzającym realne niebezpieczeństwo. Oczywiście jest to też rozpoznanie przy pomocy agresywnych zachowań potencjalnego, przyszłego obszaru działań, które oby nigdy nie miały miejsca.

Czy tego typu zachowania mogą mieć związek także ze zbliżającym się szczytem NATO w Warszawie, czy ten szczyt drażni Moskwę?

– Uważam, że są to działania wypływające z ogólnej sytuacji geopolitycznej na świecie, także związane z lipcowym szczytem NATO w Warszawie. Putin zna dobrze mentalność zachodnich przywódców i w tym upatruje swoją szansę. Warto przypomnieć, że wszystkie jego dotychczasowe działania nie spotkały się z wystarczająco ostrymi, zdecydowanymi notami dyplomatycznymi. Możliwe, że poprzez takie agresywne działania Putin chce wpływać bezpośrednio, chce wywrzeć presję na poszczególne państwa Sojuszu Północnoatlantyckiego, aby nie podejmowały jakichkolwiek rzeczywistych działań na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO. To taka gra, choć nie ukrywam, że bardzo niebezpieczna.

Czy to oznacza, że im bliżej szczytu NATO w Warszawie, możemy się spodziewać częstszych tego typu incydentów z udziałem Rosji?

– Każda nasza aktywność jako Sojuszu spotyka się od razu z agresywną reakcją ze strony Moskwy. Wszystkie dotychczasowe rosyjskie prowokacje kończyły się szczęśliwie, ale może się zdarzyć tak jak w Turcji, że ktoś w końcu nie wytrzyma i wydarzy się tragedia. Jestem przekonany, że Rosja jest przygotowana na taką ewentualność i może chcieć wykorzystać to propagandowo na swoją korzyść. Dziwi fakt, że niektórzy nie dostrzegają tego, co robi Rosja, co nawet niewtajemniczony może ocenić gołym okiem.

Podczas gdy NATO dość spolegliwie podchodzi do incydentów na Bałtyku, to minister Macierewicz zdecydowanie nazwał je demonstracją siły ze strony Rosji. Jaka wobec tego powinna być odpowiedź NATO?

– Putin, jak wspomniałem, od dawna testuje NATO. Przykładem jest brak zdecydowanej reakcji Sojuszu na wydarzenia w Donbasie, które go jeszcze bardziej rozzuchwaliły i dały mu poczucie bezkarności. Gdyby tam była mocna reakcja, to musiałby przystopować. Dzisiaj realną odpowiedzią na prowokacyjne zachowania Rosji są wspólne ćwiczenia wojsk NATO. Odpowiedzią powinna być także realizacja założeń ze szczytu w Newport, gdzie NATO owszem uznało, że zagrożenie ze strony Rosji jest bardzo realne, ale wciąż nie ma praktycznego zgrywania sił szybkiego reagowania na zagrożonych kierunkach. Konieczne jest utworzenie konkretnych brygad i innych jednostek, które na wypadek nasilenia się zagrożenia będą gotowe do użycia. Potrzebne są poważne wspólne ćwiczenia i manewry wojskowe, bo tylko one mogą być odpowiedzią na realne zagrożenie za naszą wschodnią granicą.

Balon z oczekiwaniami wzmocnienia wschodniej flanki NATO jest pompowany, ale czy nie obawia się Pan, że nasze oczekiwania i ustalenia ze szczytu NATO mogą się znacznie rozminąć i pozostaniemy nadal w sferze deklaracji?

– Na pewno trzeba zabiegać o to, żeby odpowiednie kroki zostały poczynione, a nie tylko potakiwać głową. Taka ugodowa postawa przed szczytem w Newport czy w ogóle w ostatnich ośmiu latach doprowadziła do tego, że mamy sytuację trudną. Europa, można powiedzieć, sama się rozbroiła, również sami przespaliśmy swoją szansę na wzmocnienie potencjału obronnego. Nie może być tak, że dla poszczególnych państw NATO własne interesy są ważniejsze od obrony, i to należy pokazywać, należy o tym głośno mówić. Nie ma znaczenia, czy to będą bazy stałe, czy obecność rotacyjna wojsk NATO, ale jest to konieczne. Trzeba wykazywać krótkowzroczność, poprawność, z jaką mamy do czynienia. Świat musi wiedzieć, że za wschodnią granicą Sojuszu Północnoatlantyckiego czyha niebezpieczeństwo, realne zagrożenie, i układanie się z Rosją prowadzi donikąd, do eskalacji działań Putina, który jest nieobliczalny i za wszelką cenę będzie dążył do przejęcia kontroli nad krajami dawnego bloku wschodniego. Gołym okiem widać, że Putin jako ten despotyczny władca chce i dąży do odbudowania Rosji jako imperium, a Polska ma być znów w rosyjskiej strefie wpływów. Musimy głośno to artykułować i domagać się zwiększenia naszego bezpieczeństwa, bo tak naprawdę walczymy o naszą niepodległość.

Przejawem tej walki o naszą niepodległość i bezpieczeństwo naszych granic ma być wczorajsza zapowiedź ministra Antoniego Macierewicz dotycząca zwiększenia liczebnego polskiej armii. Jednak już pojawiają się głosy, że nie w liczebności leży dziś siła wojska. Tak czy inaczej czy jest to krok w dobrą stronę?

– Bezpieczeństwo można sobie wywalczyć zarówno jakością wojsk, jak i ich liczebnością. Jedno z drugim idzie w parze. Trzeba też zacząć inaczej, niż to miało miejsce na przestrzeni ostatnich ośmiu lat, wydawać pieniądze na szeroko rozumianą obronność. Mam tu na myśli także modernizację polskiej armii, bo za rządów koalicji PO – PSL robiono to bez ładu, składu i bez strategicznego myślenia. Świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński mówił o ok. 150-tysięcznej armii, która byłaby w stanie zagwarantować nam bezpieczeństwo. O podobnej liczbie mówi też minister Macierewicz. To jest cel i zadanie, do którego realizacji trzeba dążyć krok po kroku, ewolucyjnie. Działania w kierunku modernizacji armii i poprawy jej liczebności muszą być spójne. Tu potrzebna jest ewolucja, a nie rewolucja, potrzebne są działania, nie tyle pod presją polityczną, ale mądre i racjonalne.   

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl