Profesorowie z Akademickich Klubów Obywatelskich apelują o zaniechanie ataków na Polskę, wzywając opozycję i sędziów do zaprzestania wykorzystywania niektórych instytucji państwowych i osób z zagranicy w tę polityczną walkę. Czy jest szansa, że w końcu ten spór zostanie zażegnany?
– W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że szansa jest zawsze. Temu też służy nasza, Prawa i Sprawiedliwości, inicjatywa ustawodawcza, aby ten spór został zażegnany. Jednak po zachowaniu opozycji widać, że bardzo zależy im na tym, aby kryzys wokół Trybunału Konstytucyjnego trwał. Co więcej, żeby był podsycany. Zresztą ten kryzys to też paliwo, które pozwala opozycji trwać i funkcjonować w przestrzeni medialnej bez żadnego programu. Stąd poważne nasze obawy, czy opozycja – Platforma i Nowoczesna – jest zainteresowana zakończeniem tego sporu. Projekt, który w ubiegłym tygodniu został złożony przez PiS do laski marszałkowskiej, jest kompromisowym rozwiązaniem. Z pewnością trudno będzie tym naszym rozwiązaniom zarzucić niekonstytucyjność.
A zatem ta propozycja to niejako gest dobrej woli PiS?
– Można tak to ująć. Wiemy też, że pracuje zespół ekspertów i – jak zapowiadał marszałek Sejmu Marek Kuchciński – pierwsze efekty pracy tego gremium będą pod koniec czerwca. Warto zatem już rozpocząć prace legislacyjne. Warto również, żeby Komisja Ustawodawcza pracowała nad tym zaproponowanym projektem może nie w pośpiechu, bo pośpiech w tego typu sprawach nie jest wskazany.
Czym Pana zdaniem jest atak na prof. Kamila Zaradkiewicza, który jeszcze niedawno był chwalony jako wybitny specjalista przez prezesa Trybunału, a obecnie, po jego wypowiedzi na temat orzecznictwa TK, jest spychany na margines i proszony o ustąpienie ze stanowiska? Dla przypomnienia dodam, że również Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego zapowiedział, że stanie w obronie prof. Zaradkiewicza.
– To jest przykład na to, jak pewne środowiska, dzisiaj broniące TK, w tym wypadku sam zainteresowany prezes Andrzej Rzepliński, traktują wolności konstytucyjne. Tą wolnością konstytucyjną jest wolność wypowiedzi, wolność głoszenia swoich poglądów. Sam prezes Rzepliński nigdy nie wzbraniał się przed wypowiadaniem swoich sądów jeszcze przed wydaniem wyroku nawet na temat spraw zawisłych przed Trybunałem czy aktów, które były w TK skarżone, co wydaje się w przypadku sędziego co najmniej niewłaściwe. Natomiast w sytuacji, kiedy się wypowiada czy też wygłasza swoje opinie, osoba będąca ekspertem – co jest jak najbardziej naturalne – wygłasza poglądy niestety niewygodne dla prezesa Rzeplińskiego i dla tych, którym nie w smak była grudniowa nowelizacja ustawy o TK czy głosy pod adresem tego ostatniego rozstrzygnięcia TK w sprawie tej nowelizacji, to wówczas mamy oburzenie łącznie z sankcjami, które spotykają – jak w tym wypadku – prof. Kamila Zaradkiewicza, dyrektora Zespołu Orzecznictwa i Studiów Trybunału Konstytucyjnego. Tak być nie powinno.
Na ile TK w obecnej formie jest jeszcze strażnikiem prawa, a na ile narzędziem politycznym w rękach opozycji?
– Niestety nie tylko TK, bo – jak się ostatnio przekonaliśmy – również Sąd Najwyższy dał się wykorzystać i stanął po stronie sporu politycznego, podejmując uchwałę o stosowaniu orzeczeń TK mimo braku ich publikacji, co – jak wiemy – jest warunkiem wejścia ich w życie. W tym wypadku TK, który jakby przez osobę prezesa Rzeplińskiego, ale też przez część sędziów tegoż Trybunału daje się wykorzystywać w tej chwili stronie opozycyjnej. Na przyszłość dobrze to nie wróży, bo gdyby ze strony i prezesa Rzeplińskiego czy też niektórych sędziów nie było takich zaczepnych głosów, co więcej – gdyby nie było działań, które w sposób oczywisty wspierają tych wszystkich, którzy negują rządy PiS, wówczas pewnie łatwiej byłoby zażegnać cały ten kryzys, który narósł wokół TK.
Prezes Rzepliński nie przestaje – nazwijmy to – prowokować. Mam na myśli raut pożegnalny sędziego TK Mirosława Granata w jednej z warszawskich restauracji z udziałem kilku osób i wykwintnym menu za bagatela 9 tysięcy złotych. Złośliwi mówią, że prezes Rzepliński uczynił z TK swój prywatny folwark, a może jest w tym sporo racji?
– Trudno mi powiedzieć, jak wyglądały pożegnania poprzednich sędziów i czy tzw. służbowa kolacja nie jest pewnym zwyczajem, który wcześniej nie był tak nagłaśniany. Nie wiem też, czy należy to traktować jako coś w rodzaju manifestacji, czy też może jako coś w rodzaju tradycyjnej, konwencjonalnej w tym środowisku formuły pożegnania sędziego na zakończenie jego kadencji w Trybunale. Tak czy inaczej w tym wypadku to dostojne pożegnanie wyglądało jak pewna demonstracja, z której płynie taki oto przekaz: możemy robić, co chcemy, nikt nie będzie nam dyktował warunków, a co za tym idzie – nie będziemy się liczyć z głosami opinii publicznej.
A więc jednak mamy do czynienia z formą pewnej prowokacji?
– Niewykluczone, że mieliśmy do czynienia właśnie z prowokacją wymierzoną także w krytyków TK. Jednocześnie pokazuje to pewien podział wśród sędziów Trybunału, bo – jak słyszymy – nie wszyscy w tym raucie uczestniczyli. To rzuca też światło na atmosferę panującą w tej instytucji i w pewnym sensie arogancką postawę kierownictwa tego gremium. Lista gości podana przez „Rzeczpospolitą” też świadczy o tym, że nie były to osoby przypadkowe.
Jak podaje „Rzeczpospolita”, okazuje się, że rzekomo spontaniczne manifestacje KOD to w gruncie rzeczy obowiązek dla działaczy Platformy, której władze SMS-ami wzywają swoich działaczy do udziału w „błękitnym marszu”. Takie dobrowolne z przymusu pochody znamy z PRL, tyle że niewiele to miało wspólnego z demokracją, w obronie której staje dziś Platforma.
– Platforma mobilizuje siły, co zresztą widać gołym okiem. Co innego jest pomagać w uczestnictwie w różnego rodzaju manifestacjach, bo w interesie organizatorów jest, aby tego typu marsze były możliwie jak najliczniejsze. Jednak zupełnie czym innym jest wywieranie pewnej presji na ludzi. Mamy np. marsze w rocznicę katastrofy smoleńskiej i zdajemy sobie sprawę, że pewna grupa ludzi chce w nich uczestniczyć, ale zwyczajnie nie stać ich na pokrycie kosztów podróży. W związku z tym organizujemy wyjazdy autokarów, gdzie ci ludzie za niewielką opłatą mogą przyjechać do Warszawy. W takich przypadkach jest to jednak pewna forma pomocy. Czym innym natomiast jest wywieranie presji na członków partii, a następnie głoszenie, że przybywają oni spontanicznie na tego typu marsze czy manifestacje oburzonych.
Chce Pan powiedzieć, że Platforma inspiruje i reżyseruje manifestacje KOD?
– Oczywiście, że tak jest. Zresztą Platforma wcale tego faktu specjalnie nawet nie ukrywa. Przecież politycy, liderzy Platformy uczestniczą w tych manifestacjach od samego początku, ustawiając się w jednym szeregu z liderem KOD Mateuszem Kijowskim i liderami pozostałych ugrupowań opozycyjnych, jak Nowoczesna czy PSL. Trzeba też wziąć pod uwagę, że Platforma jest partią, która dysponuje największymi pieniędzmi i stać ją na organizowanie tego typu przedsięwzięć. Dlatego mnie udział tej formacji w organizowaniu tego typu przedsięwzięć – czy to pośrednio, czy bezpośrednio – zupełnie nie dziwi. Osobiście spotkałem się z wieloma apelami ze strony polityków Platformy w sprawie tego marszu. Dlatego to, że politycy tej partii są organizatorami czy współorganizatorami tego typu protestów wymierzonych w demokratycznie wybraną władzę, dla mnie nie ulega najmniejszej wątpliwości. To także pokazuje, o co im chodzi. Nie chodzi tu o żadną troskę o ład konstytucyjny czy obronę rzekomo zagrożonej demokracji, ale o obronę interesów, które po przejęciu władzy przez PiS czują się zagrożone. I w tę całą grę wplątuje się Polaków, przeciwstawiając jednych drugim, mamiąc ich hasłami. Ale kłamstwo ma krótkie nogi i prędzej czy później ci, którzy dzisiaj dają się wmanipulować w cały ten spektakl, przekonają się, jakie intencje kierowały Platformą, i wydadzą swój sprawiedliwy werdykt.

