logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Walczymy o sprawiedliwość

Wtorek, 24 maja 2016 (18:59)

Aktualizacja: Wtorek, 24 maja 2016 (21:09)

Sybiracy czekają na uregulowania prawne, które będą zadośćuczynieniem za krzywdy doznane na zesłaniu w ZSRS

Osada wojskowa Trauguttówka (woj. wołyńskie). 10 lutego 1940 r. 11-letni Mieczysław Pogodziński, jego rodzice i sześcioro rodzeństwa słyszą walenie do drzwi. – Przyszło po nas dwóch uzbrojonych żołnierzy sowieckich i trzech Ukraińców reprezentujących miejscowe władze. Dali nam pół godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Powiedzieli tylko, że będziemy przesiedleni, ale dokąd, nikt wtedy nie wiedział – wspomina tamte dramatyczne chwile przewodniczący Związku Sybiraków Oddziału Warszawskiego. – Pamiętam niesamowity harmider, płacz, krzyki i zbieranie się na rozkaz – dodaje.

Droga w nieznane

Furmankami miejscowych Ukraińców podjechali do najbliższej stacji kolejowej w Rafałówce. Tam zapakowano ich do wagonów towarowych. W każdym przebywało ok. 30 osób. – W pobliżu drzwi stał malutki żelazny piecyk, tzw. koza, z wyprowadzoną rurą na zewnątrz. W podłodze na środku był otwór o średnicy 15 cm – nasza toaleta. Spaliśmy bezpośrednio na deskach – opowiada pan Mieczysław. – Wszystko zaryglowane, okienka malutkie, zamarznięte, bo były przecież mrozy. Rozpalaliśmy piecyk, żeby się ogrzać. W takich skandalicznych warunkach przebywaliśmy ok. 4 tygodni – podkreśla. Nie wiedzieli, gdzie ich wiozą i dlaczego. Pociąg zatrzymywał się co jakiś czas. Wybrane osoby z wagonu mogły wtedy napełnić wiadra z wodą dla wszystkich. Zwykle dwa. – Przez cały czas odczuwaliśmy wielki brak wody i gotowanych posiłków. Dostawaliśmy tylko chleb – relacjonuje Sybirak. Wszechobecny brak higieny, lekarstw i jedzenia. W takich warunkach szybko szerzyły się choroby, szczególnie wśród osób starszych i dzieci.

– Zawieźli nas w okolice Wołogdy do posiołku Pieredwiżnoje. Od razu wszyscy dorośli musieli pójść do pracy przy wycince drzew. Nie każdy to potrafił, często zdarzały się więc wypadki. Drzewa przygniatały ludzi, mocno ich okaleczając lub nawet zabijając – opowiada Mieczysław Pogodziński. Polacy nie mieli też odpowiedniej odzieży na trudne warunki w tajdze. – Nasze ubrania nadawały się do spacerów w mieście, a nie do pracy od świtu do nocy w lesie. Ratunkiem było palenie ogniska, ale i tak dochodziło do odmrożeń – przyznaje zesłaniec.

Do tego jednostajne, głodowe racje wyżywienia. Przysługiwały tylko chleb i gorąca woda. W tej sytuacji łatwo było o wyniszczenie organizmu i choroby. Szerzył się szkorbut i kurza ślepota. Powszechna była też czerwonka, wynikająca z braku elementarnej higieny. Choroby zaczęły niemal natychmiast zbierać śmiertelne żniwo. Zmarła matka pana Mieczysława. W posiołku nie było też lekarza. Tylko w szczególnych przypadkach wywożono chorego do sąsiedniej osady. – Mieszkaliśmy w barakach zbudowanych z ociosanych z kory bali. Między bale wkładano mech dla uszczelnienia, a to było siedlisko dla insektów – mówi pan Mieczysław. – Karaluchów było tak dużo, że trzeba się było do nich przyzwyczaić. Nie było innego wyjścia, nie dało się ich wytępić – zaznacza. W barakach nie było żadnych sprzętów ani mebli. Ludzie spali na podłodze. Mieszkały w nich po cztery rodziny.

Trudne powroty

– W 1943 r. ojciec poszedł na front. Zostaliśmy bez rodziców, zdani na pastwę losu. Rozpocząłem pracę w lesie, o szkole nie było mowy, bo u nas jej nie było. Wróciliśmy w 1946 r. Te kilka lat na Syberii bez edukacji było potem trudno nadrobić – zaznacza Mieczysław Pogodziński. – Gdybym tego nie doświadczył, to może bym nie uwierzył, bo to są rzeczy nieprawdopodobne – dodaje.

Po powrocie do kraju też nie było łatwo. – Trzeba się było jakoś urządzić, z czegoś żyć, uzupełnić braki w edukacji – wylicza. Większość sybiraków rozpoczęła pracę, głównie fizyczną, bo nie mieli wykształcenia. Teraz mają kiepskie emerytury, średnio ok. 1 tys. zł miesięcznie. Do tego pobyt na Syberii na trwałe odbił się na nasz zdrowiu psychicznym i fizycznym. – Z wiekiem nasz stan zdrowia jeszcze się pogarsza, potrzebują coraz więcej lekarstw – zaznacza pan Mieczysław.

Uhonorować żyjących

Za doznane cierpienie zesłańcy do dziś nie doczekali się odpowiednich rekompensat od Federacji Rosyjskiej. Przedstawiane propozycje były dotychczas niesatysfakcjonujące. – Można spodziewać się, że kwestia odszkodowań od Federacji Rosyjskiej w najbliższym czasie nie znajdzie pozytywnego finału, dlatego przed polskimi władzami stoi zadanie zapobieżenia sytuacji, iż wszelkie rozmowy na ten temat staną się bezprzedmiotowe, gdyż osoby, które owe odszkodowanie miałyby otrzymać, umrą – zaznaczają sybiracy i czekają na powrót do propozycji złożonej przez Lecha Kaczyńskiego.

W 2009 r. prezydent Kaczyński skierował do Sejmu projekt ustawy o świadczeniu substytucyjnym przysługującym osobom represjonowanym w latach 1939-1956 przez ZSRS. Koalicja PO – PSL wyrzuciła go do kosza. Projekt przewidywał wypłacenie z budżetu państwa ofiarom sowieckich represji tzw. świadczeń substytucyjnych w wysokości 400 zł za każdy miesiąc stwierdzonego pobytu na zesłaniu. Świadczenie miałoby być przyznawane i wypłacane przez Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. Z szacunków sybiraków wynika, że ustawą taką objęto by ok. 23 tys. osób. Koszt wejścia w życie nowego prawa to ok. 40 mln zł przy wypłacie w jednym roku.

Organizacje chcą też, by wszystkim sybirakom kombatantom przyznano status osoby represjonowanej, co daje im uprawnienia do renty inwalidy wojennego. Obecnie posiada je ok. 88 proc. sybiraków. Ich inwalidztwo potwierdzili orzecznicy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, uznając, że schorzenie wynikło z powodu pobytu na zesłaniu. Jednak 12 proc. nie uzyskało odpowiedniego zaświadczenia. Takich osób jest ok. 3 tys. Tymczasem opinie medyczne wyraźnie wskazują, że „stres u zesłańców spowodowany ciągłym głodem, chorobami, złymi warunkami higienicznymi, urazami psychicznymi związanymi z kontaktami z funkcjonariuszami NKWD i rozłąką z najbliższymi, praca ponad siły i niedostosowanie do srogich warunków wywarły nieodwracalne, negatywne zmiany w ich organizmie”. To opinia zawarta m.in. w stanowisku przewodniczącego Międzynarodowej Komisji ds. Inwalidztwa Wojennego prof. Adama Szymusika z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. W jego ocenie, nie jest możliwe po kilkudziesięciu latach po wojnie miarodajne ustalenie, w jakim stopniu zsyłka wpłynęła na osoby represjonowane. Zarząd Główny Związku Sybiraków szacuje, że roczny koszt wprowadzenia rent dla wszystkich zesłańców bez świadczeń z tytułu inwalidztwa to ok. 32 mln zł.

– Przedstawiliśmy nasze propozycje w Kancelarii Prezydenta. Spotkaliśmy się na początku maja z ministrem Wojciechem Kolarskim. Sprawa jest więc uruchomiona. Teraz ma ją prowadzić minister Andrzej Dera. Co roku umiera ok. 2 tys. sybiraków. Wprowadzenie tych dwóch ustaw byłoby aktem solidaryzmu społecznego i uhonorowaniem tych żyjących – konkluduje Mieczysław Pogodziński.

Drogi Czytelniku,

zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w sklepie elektronicznym

Aneta Przysiężniuk-Parys

Nasz Dziennik