logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Odzyskują tożsamość i dobre imię

Sobota, 11 czerwca 2016 (04:29)

Z Leszkiem Żebrowskim, publicystą historycznym, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Kolejni bohaterowie polskiej wolności są wydobywani z dołów niepamięci. Przyzna Pan, że bardzo długo trzeba było długo na to czekać?

– Na ustalenie miejsc pochówków wielu Żołnierzy Niezłomnych zamordowanych przez reżim komunistyczny musieliśmy czekać ponad 20 lat. Co więcej, nie jest to koniec tego procesu, ale wciąż jesteśmy – można powiedzieć – na początku tej drogi. Musimy też zdać sobie sprawę z tego, że olbrzymiej większości szczątków ofiar komunistycznych represji niestety nigdy nie znajdziemy, a co za tym idzie – te osoby nigdy nie zostaną zidentyfikowane i godnie pochowane. Ich ciała zostały bowiem bardzo dobrze ukryte przez komunistów – można powiedzieć na zawsze. Na ich szczątkach polskich bohaterów zbudowano fabryki, obiekty przemysłowe, drogi, osiedla mieszkaniowe. Nazwiska tych ofiar, których szczątki odnajdujemy na cmentarzach, na terenach dawnych aresztów śledczych czy więzień komunistycznych owszem są do ustalenia, ale cała reszta niestety nie. Przecież ogromna większość zamordowanych nie była chowana na cmentarzach, ale nawet te pogrzebane w obrębie nekropolii nie były chowane w grobach, ale zostali bezładnie wrzuceni do jam grobowych. Być może zbiorowe mogiły uda się jeszcze odnaleźć przypadkowo, gdzieś w terenie, ale będzie to niezwykle trudne. Tak czy inaczej nie oznacza to, że należy zrezygnować z poszukiwań. Jesteśmy to winni tym ludziom.

Miejsc pochówków wielu ofiar komunistycznych zbrodni – jak Pan zauważył – nie udało się odnaleźć, ale jak powiedział prof. Krzysztof Szwagrzyk Ojczyzna nie spocznie, dopóki nie spełni obowiązku wobec swych bohaterów. Ilu Żołnierzy Niezłomnych wciąż czeka na wydobycie z dołów niepamięci, czy choć w przybliżeniu można podać jakąś liczbę?

– Tak naprawdę nie wiemy. Dlatego że chociażby w różnego rodzaju szczątkowych dokumentach komunistycznych, które się zachowały, bardzo często są informacje o obławach czy walkach, dalej pojawia się stwierdzenie, że umundurowani bandyci w mundurach Wojska Polskiego wzięci do niewoli mieli być przesłuchani, miały być sporządzone ich dane personalne, ale na rozkaz obecnego przy tych czynnościach szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zostali oni natychmiast rozstrzelani i zagrzebani gdzieś w lesie. Tak to wygląda. I w związku z tym nie wiemy kogo, nie wiemy dokładnie gdzie, a co za tym idzie – prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy tych osób. Trzeba by tego typu gruntowne badania przeprowadzić w całej Polsce, nie tylko w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej, ale także w archiwach powszechnych, czyli w archiwach lokalnych – archiwach powiatowych. Wszędzie można trafić na dokumenty, które mówią o zbrodniach w większości jednak nieznanych. Często jest tak, że w 1945 czy w 1947 r. np. sołtysi pisali do władz PPR pisma, że w związku z tym, iż jest ogłoszona amnestia, można wydobyć szczątki mieszkańców takiej czy innej wsi, pochować ich, a są to ofiary pacyfikacji NKWD. Jest tam podana przybliżona data czyli miesiąc i rok, ale często są też podane dane ofiar: imię, nazwisko i wiek, począwszy od małych dzieci po osoby w bardzo podeszłym wieku.

No tak, ale nie są to dane szczegółowe…

– Owszem są to dane cząstkowe, ale mogą być bardzo pomocne. Co więcej, dotychczas tego typu poszukiwania tym tropem nie były prowadzone na skalę ogólnopolską, stąd nie znamy skali ofiar zbrodni komunistycznych. Nie wiemy, ile osób po wojnie komuniści zgładzili, czy to było 100 tysięcy czy 150 tysięcy. Dodatkowym utrudnieniem jest także to, że musimy wziąć pod uwagę ofiary, które zginęły na terenach, które zostały Polsce zagrabione szczególnie przez ZSRS. Dzisiaj są to Litwa, Białoruś, Ukraina, ale przecież to kiedyś były tereny Polski, gdzie partyzantka działała i utrzymywała się do lat 50. Były ofiary, ginęła także ludność cywilna. I odkrywanie ich miejsc pochówków jest wciąż przed nami. Do tego należy uwzględnić jeszcze, że stan wojenny po przejściu frontu utrzymywany był do końca 1945 r., w związku z tym ofiary z tego okresu w znacznej części zaliczano do ofiar okupacji niemieckiej, co oczywiście jest niezgodne z prawdą, bo od 1945 r. tereny II RP nie były już we władaniu III Rzeszy Niemieckiej tylko wojsk NKWD, całego aparatu NKWD-owskiego i aparatu polskiego UB. Tym samym ludzie, którzy ginęli po wyjściu z Polski Niemców, są ofiarami terroru komunistycznego w tym są również Żołnierze Wyklęci. Ale jaki jest to rząd ofiar w liczbach, to nie pokusiłbym się o dokładne szacowanie. Stan liczebny oddziałów był bardzo płynny, nie wszyscy byli ujęci w dokumentacji, co więcej – w większości nie zachowały się dokumenty organizacyjne ugrupowań partyzanckich niepodległościowych.

Wracając jeszcze do czwartkowych uroczystości w Pałacu Prezydenckim – można powiedzieć, że przez lata rodziny tak na dobrą sprawę nie mogły się upomnieć o prawdę o swoich najbliższych. Dziś po identyfikacji mogą ich w końcu pogrzebać z godnością. Czy kiedykolwiek rozmawiał Pan z tymi ludźmi, którzy nie mogli zwyczajnie, po ludzku, móc się pomodlić czy zapalić znicz na grobie swoich ojców, braci, mężów, jak oni to odbierają?

– Tak, oczywiście rozmawiałem z takimi ludźmi. Jestem z pokolenia, które miało szansę i niewątpliwą przyjemność poznać ludzi z tamtego okresu. I muszę powiedzieć, że to było obcowanie z ludźmi innymi niż spotykamy dzisiaj. To byli ludzie niezwykli. Np. w Szwecji poznałem Romana Kobę, który był prezesem Polonii Szwedzkiej, od którego się dowiedziałem, że jego brat kpt. Władysław Koba ps. „Marcin”, „Rak”, „Tor”, „Żyła”, oficer służby stałej WP, uczestnik wojny obronnej 1939 r. Działacz konspiracyjny od jesieni 1939 r., oficer dywersji Obwodu AK Jarosław i dowódca plutonu dywersyjnego, wreszcie kierownik Wydziału Informacji Okręgu WiN Rzeszów aresztowany we wrześniu 1947 r. przez UB, został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Rzeszowie na karę śmierci i zamordowany 31 stycznia 1949 r. na Zamku w Rzeszowie. Roman Koba niestety nie doczekał chwili, kiedy szczątki jego brata zostały odnalezione i zidentyfikowane, ale mocno wierzył, że tak się kiedyś stanie i stało się wczoraj. I tak po kolei jak się docierało do poszczególnych rodzin, których krewnych komuniści zamordowali, to się okazywało, że ci ludzie żyją w pamięci swoich bliskich. Niestety współcześnie żyjący ich krewni byli bezradni, nie wiedzieli, gdzie szukać, nie mieli żadnych możliwości także z uwagi na represje aparatu reżimowego, ale to, co było najważniejsze, oni nigdy się nie pogodzili z tym, żeby o ich bliskich pozostała wyłącznie niepamięć. Dlatego przechowywali tę wiedzę w kręgu rodzinnym, wśród znajomych i wszędzie tam, gdzie się tylko udało, ją udostępniali. Nie dało się zatem – jak chcieli komuniści – zatrzeć pamięci bohaterów naszej wolności. Na całe szczęście, bo dzięki temu dzisiaj, dzięki rozwojowi nauki, dysponując materiałem genetycznym, mamy coraz większą szansę odnaleźć wielu naszych bohaterów i ich zidentyfikować z imienia i nazwiska.

Odnalezienie której z ostatnio zidentyfikowanych osób było dla Pana szczególnym zaskoczeniem?

– Dla mnie prawdziwą sensacją jest odnalezienie i zidentyfikowanie szczątków por. Jana Kaima ps. „Filip”, „Wiktor”, „Krzysiak”, który był postacią szczególną na tle ludzi, którzy mieli niewątpliwie duże osiągnięcia. Por. Kaim był uczestnikiem wojny obronnej 1939 r., dowódcą plutonu specjalnego KG NOW walczącego z Niemcami głównie na Kielecczyźnie. W czerwcu 1944 r. aresztowany przez Gestapo w Warszawie trafił m.in. do KL Mauthausen. Po wojnie był m.in. kurierem do władz RP na uchodźstwie, szefem siatki łączności między konspiracyjnym SN w kraju i na emigracji. Zatrzymany w 1947 r. w Szczecinie trafił do Więzienia Karno-Śledczego Warszawa I na Mokotowie, gdzie został poddany torturom. Świadkowie śledztwa, współwięźniowie nazwali go „męczennikiem Mokotowa”. Wyjątkową perfidią była jego rozprawa sądowa, gdzie został skazany na karę dożywotniego więzienia, bo nawet w świetle komunistycznego prawa nie można było przypisać mu rzeczy, z których mogłaby wynikać kara śmierci. Więc dostał najwyższy wymiar kary – dożywotnie więzienie, co jakby nie było, dawało jednak szansę na przeżycie. Jednak prezes Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie, sędzia Aleksander Warecki, ppłk sądownictwa komunistycznego, kiedy się dowiedział o sprawie Jana Kaima, podarł wyrok, kazał napisać nowy i skazać go na karę śmierci, co więcej – nakazał wyrok wykonać. Wyrok został wykonany w więzieniu na Mokotowie 18 lipca 1949 r. przez st. sierż. Piotra Śmietańskiego – „Kata Mokotowa”. Jan Kaim był niezwykłym bohaterem, szkoda tylko, że jest to postać w tej chwili w Polsce praktycznie nieznana.

Jakie znaczenie ma to, że w tym odkrywaniu bohaterów bierze udział prezydent Andrzej Duda, który choć przebywał z zagranicą, to w liście do rodzin, uczestników uroczystości napisał m.in., że „jest wielkim narodowym obowiązkiem, aby należycie zadbać o pamięć i cześć dla naszych rodaków i przodków, którzy oddali życie za niepodległą Rzeczpospolitą”?

– Teraz, kiedy w Polsce zmieniła się władza, ranga tych ekshumacji ofiar terroru komunistycznego, identyfikacji i sposób informowania rodzin jest zupełnie inna niż to bywało wcześniej. Za poprzedniej koalicji PO – PSL spychano epokę Żołnierzy Wyklętych i ich samych na margines. Jeśli już nie było wyjścia, to owszem mówiono o nich, ale jednocześnie przypisywano im łatki. Wystarczy tylko przypomnieć słowa poprzedniego prezydenta Bronisława Komorowskiego, który pozwolił sobie – nie wiem czy na żart, a jeśli tak to żart okrutny – mówiąc, że Żołnierze Wyklęci byli ofiarami Żołnierzy Wyklętych, co wskazywałoby, że sami się pozabijali. Te słowa wypowiedziane w marcu 2015 r. przez urzędującego wówczas prezydenta Polski podczas uroczystości, które miały upamiętnić tych, którzy swoje życie złożyli na ołtarzu ojczyzny wprawiły – myślę, że nie tylko mnie – w prawdziwe osłupienie i zażenowanie. Takie zachowanie można określić tylko chichotem historii i brakiem jakiegokolwiek wyczucia. Natomiast dzisiaj, kiedy prezydentem RP jest Andrzej Duda polityka historyczna nabiera właściwego znaczenia i takie jest nie do pomyślenia, żeby takie sytuacje – jak przeze mnie wspomniana – mogły w ogóle mieć miejsce.

Dziękuje za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl