W jeziorze Brożane, w okolicy którego doszło do największej bitwy obławy augustowskiej, rybacy wyławiali sieciami karabiny maszynowe i ludzkie szczątki.
O sprawie został powiadomiony białostocki oddział IPN. Najpierw zajmą się nią historycy.
Marian Tananis, były żołnierz oddziału AK Władysława Stefanowskiego "Groma", o broni i ludzkich kościach wyławianych z jeziora Brożane dowiedział się podczas ostatniej wizyty w miejscu bitwy, w której zginęła większość jego kolegów z oddziału.
- W Brożanem rozmawiałem m.in. z dwoma rybakami, którzy łowili na tym jeziorze w okresie powojennym - relacjonuje.
- Rybacy, dziś już staruszkowie, opowiadali mi, że wówczas w północnej części jeziora Brożane, z tej właśnie strony była bitwa, wyciągnęli sieciami m.in. dwa ciężkie karabiny maszynowe, innym razem znaleźli w sieciach ludzkie kości. Jak mi opowiadali, przerazili się tego znaleziska i wrzucili je do wody. Miejsce to później omijali, z szacunku dla poległych - mówi Marian Tananis. Zapewnia, że są również inni świadkowie, którzy mogą potwierdzić relacje rybaków.
Konieczna pomoc płetwonurków
O znaleziskach w jeziorze Tananis powiadomił IPN tydzień temu, w trakcie przesłuchania prowadzonego przez prok. Zbigniewa Kulikowskiego, szefa pionu prokuratorskiego białostockiego oddziału Instytutu.
Przesłuchanie dotyczyło ubeckich zbrodni popełnionych w Domu Turka, augustowskiej siedzibie UB. Tananis był tam więziony i torturowany. Prokuratorzy zainteresowali się sprawą znalezisk.
- To jest bardzo ciekawy temat. Zanim jednak prokuratorzy będą się nim mogli zająć, najpierw sprawę powinni zbadać historycy. Dlatego niezwłocznie przekażę ją naczelnikowi Biura Edukacji Publicznej IPN Białystok. I najpewniej to on podejmie pierwsze decyzje w tej sprawie - mówi Kulikowski.
Według informacji pozyskanych przez "Nasz Dziennik", pierwszymi czynnościami, jakie mogłyby być podjęte w celu sprawdzenia informacji przekazanych przez świadków, są prace poszukiwawcze prowadzone przez płetwonurków. Inne metody nie byłyby skuteczne w związku z głębokością jeziora Brożane, która w niektórych miejscach dochodzi nawet do 50 metrów.
Marian Tananis od czasu do czasu odwiedza jezioro Brożane i jego okolice. Wspomina czasy obławy i jej największą bitwę stoczoną tu przez żołnierzy z oddziału "Groma", do którego należał. Większość z nich tu właśnie zginęła. Tananisa przed śmiercią w bitwie uratowało to, że dzień wcześniej, kiedy wraz z kolegą szli na zgrupowanie oddziału w lesie nad Brożanem, zostali przez NKWD aresztowani i uwięzieni. Przebieg bitwy zna jednak dokładnie z relacji kolegów, którzy jako nieliczni przeżyli.
Do bitwy nad jeziorem Brożane, która trwała trzy dni, doszło już w pierwszych dniach obławy. 12 lipca 1945 roku oddziały NKWD, w sile kilku tysięcy żołnierzy, podeszły z kilku stron pod las przyległy do jeziora, od północnej strony. W lesie tym ulokowany był oddział Władysława Stefanowskiego (163 żołnierzy). Oddział był liczniejszy, ale przed obławą "Grom" wszystkich rannych i chorych umieścił we wsiach na kwaterach, w ten sposób ich uratował - relacjonuje Tananis, dziś 83-letni żołnierz oddziału "Groma". 12 lipca czerwonoarmiści rozpoczęli zmasowany ogień, kierowany w stronę lasu.
Użyto m.in. ciężkich karabinów maszynowych, granatów i moździerzy. Według relacji jednego z uczestników bitwy, w pierwszym dniu ogień był tak silny, że ani na chwilę nie można było podnieść głowy znad ziemi, "pociski leciały bez przerwy".
Rosjanie bali się wchodzić do lasu
Bitwa była nierówna. Oprócz ogromnej przewagi liczebnej, NKWD było doskonale uzbrojone i miało zapewnione stałe dostawy amunicji. Mimo to batalia trwała aż trzy dni. Dopóki żołnierzom "Groma" starczało amunicji, Rosjanie bali się wchodzić do lasu. AK-owców próbujących ucieczki na otwartą przestrzeń bądź do jeziora kładły serie z ciężkich karabinów maszynowych ustawionych na bardzo dogodnych pozycjach strzeleckich.
- Moich kolegów z oddziału, którzy jako nieliczni przeżyli masakrę, uratowała znajomość lasu, który łączył się z Puszczą Augustowską. Oni byli ludźmi miejscowymi, dlatego znali to przejście i nim uciekli - wspomina Tanansis. - Jednak większość oddziału to były osoby z terenu Augustowszczyzny, z ziemi wileńskiej i ogólnie ze Wschodu. Ci, nie orientując się w terenie, wychodzili z lasu, a tam czekała na nich śmierć - dodaje nasz rozmówca.

