logo
logo

Zdjęcie: portalsamorzadowy.pl/ Inne

Nasze zastrzeżenia są ciągle aktualne

Poniedziałek, 20 czerwca 2016 (03:15)

Aktualizacja: Poniedziałek, 20 czerwca 2016 (03:15)

Z Marianem Kokoszką przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w PZL Mielec, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Wciąż nie wiemy, jakie będą losy przetargu śmigłowcowego. Jaka atmosfera w związku z tym panuje w PZL w Mielcu?

– Oczekujemy konkretnej decyzji Ministerstwa Obrony Narodowej. Minęło już ponad pół roku od zaprzysiężenia rządu i w zasadzie nasze oczekiwania związane z deklaracjami, jakie składało PiS podczas kampanii wyborczej w związku z przetargiem na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii, są wciąż aktualne. Tym bardziej że niektóre nasze zastrzeżenia co do wyboru oferty francuskiego śmigłowca firmy Airbus Helicopters się potwierdziły.

Czyli…?

– Mam na myśli wypadek, do jakiego doszło niedawno w Norwegii, chodzi o katastrofę śmigłowca Eurocopter EC225 Super Puma zbudowanego na tej samej platformie, co helikopter EC-725 Caracal wyprodukowany przez koncern Airbus Helicopters, gdzie było kilkanaście śmiertelnych ofiar. Ta katastrofa spowodowała, że decyzją Urzędu Lotnictwa Cywilnego Norwegii wszystkie śmigłowce powstałe na tej platformie, zarejestrowane w Norwegii, zostały uziemione. Zresztą nie była to pierwsza katastrofa z udziałem tego śmigłowca od 2004 r., kiedy został on wprowadzony do użytku. Przecież nie można wykluczyć, że te wypadki są efektem poważnej wady konstrukcyjnej, a w związku z tym jej wykrycie może doprowadzić do uziemienia całej floty tych śmigłowców.

Co chce Pan przez to powiedzieć?

– Jeśli doszłoby do uziemienia tego typu maszyn, to może się okazać, że kupujemy sprzęt, który zamiast służyć polskiemu wojsku, będzie zalegał w hangarach. Oczywiście, nie przesądzając sprawy, można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że wybór jednej platformy śmigłowcowej – dokonany przez rząd PO – PSL był błędem. Nie wspominając już o dodatkowych argumentach, takich jak kwestie gospodarcze, ekonomiczne i społeczne, które także świadczą przeciwko wyborowi francuskiej oferty. Stąd nasze zastrzeżenia są ciągle aktualne. Co więcej, nie ma też ostatecznej decyzji polskiego rządu, stąd rozgoryczenie i niezadowolenie załóg firm lotniczych: PZL Mielec i nie tylko, bo podobne nastroje są w PZL Świdnik. Czekamy na konkretne decyzje, tym bardziej że czas płynie nieubłaganie. Żeby skonsumować środki przewidziane w tegorocznym budżecie MON w wysokości blisko dwóch miliardów złotych przeznaczone na zakup śmigłowców, decyzja dotycząca warunków techniczno-taktycznych musi zapaść – myślę – najpóźniej do końca sierpnia. Jeśli tej decyzji do tego czasu nie będzie, to tych środków nie skonsumujemy. I to jest poważny problem.

Jak ciągły brak decyzji wpływa na inwestycje i działalność PZL Mielec?

– Dajemy sobie jakoś radę i myślę, że nie w tym jest rzecz. Natomiast z całą pewnością nasi pracownicy liczyli, że PZL Mielec będzie beneficjentem tego przetargu, co znacznie zwiększyłoby możliwości produkcyjne w Mielcu, zresztą myślę, że dotyczy to również PZL Świdnik. To z kolei przełożyłoby się na dalszy rozwój tych dwóch firm i przyniosło wymierne korzyści pracownikom.

Pamiętam, z jakimi nadziejami patrzył Pan w przyszłość po objęciu władzy przez PiS, że nowa ekipa unieważni przetarg i Mielec będzie miał udział w podziale tortu wartego 13,5 mld zł. Czas mija i co dalej…?

– To fakt, nadzieje były duże, zresztą są nadal. Spotykaliśmy się wielokrotnie z szefostwem MON, jak i z premier Beatą Szydło. Miałem okazję rozmawiać z premier Szydło z końcem kwietnia podczas jej pobytu w Stalowej Woli i tam padały deklaracje co do unieważnienia tego przetargu, ale decyzja ostatecznie zapadnie dopiero po lipcowym szczycie NATO w Warszawie. Jeśli tak się stanie, to będzie jeszcze czas, żeby skonsumować pieniądze z tegorocznego budżetu na realizację zamówienia.

I to jest Pana zdaniem główny powód, że tej ostatecznej decyzji wciąż nie ma? Podobno „Solidarność” ma pewną wiedzę, ale nie może się nią dzielić…

– Właściwie to pełnej wiedzy nie mamy. Natomiast mogę się odnieść do niektórych doniesień prasowych. W jednej z gazet pojawiła się informacja, że szef Inspektoratu Uzbrojenia MON rozważa zmianę „Planu modernizacji technicznej Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2013-2022”, a zatem można się domyślać, że w ślad za tym możliwa jest zmiana priorytetów co do bieżących zakupów sprzętu.

Co za co…?

– Możemy mieć, dajmy na to, rezygnację z zakupu śmigłowców, a zakup innego sprzętu, który w ocenie MON jest na tę chwilę bardziej potrzebny w naszej armii. Sytuacja geopolityczna jest dynamiczna i wymusza pewne zmiany priorytetów, ale póki co są to bardziej dywagacje niż konkrety. Po prostu nie mamy wystarczającej wiedzy o planach modernizacyjnych. To z kolei rodzi uzasadniony niepokój, że jako producenci sprzętu lotniczego możemy zostać przesunięci na boczny tor, a zakup śmigłowców wielozadaniowych może być przesunięty na bliżej nieokreślony termin. Brak komunikacji sprawia, że nasze obawy są coraz większe.

Czy związki zawodowe próbują zasięgnąć wiedzy u źródła?

– Nie tak dawno spotkaliśmy się z wiceministrem obrony Bartoszem Kownackim, dokładnie było to 6 maja, i tam również padły deklaracje, że w ciągu trzech, maksymalnie czterech tygodni spotkamy się ponownie i wówczas odpowiemy sobie na nurtujące pytania. Tymczasem minął już miesiąc od tamtego czasu, do spotkania nie dochodzi i mimo monitów jakoś nie możemy się spotkać. I dlatego podkręcamy tempo.

Mówi Pan o ewentualnej korekcie planu modernizacji polskich Sił Zbrojnych i odłożeniu w czasie zakupu śmigłowców, tymczasem na poligonie w Drawsku podczas ćwiczeń NATO Anakonda-2016 prezentowana była uzbrojona wersja helikoptera S-70i Black Hawk, co mogłoby sugerować, że właśnie „Czarny Jastrząb” jest w centrum zainteresowania MON. Czy to nie sprzeczność?

– Wszystko się zgadza, tylko problem jest w tym, że w ślad za wysyłanymi „sygnałami” nie idą w parze żadne konkretne decyzje.  I tak jak wspomniałem wcześniej – poza propagandowymi kwestiami nie ma żadnych rozmów z przedstawicielami PZL Mielec czy PZL Świdnik w zakresie taktyczno-technicznych warunków rozstrzygnięcia tego przetargu. Powtórzę raz jeszcze – żeby skonsumować środki na ten rok, to uzgodnienia muszą zapaść jak najprędzej, inaczej będzie problem z realizacją tego zamówienia. Jest to zatem również problem czasowy.

Czy „Solidarność” sygnalizowała ten problem?

– Oczywiście. Mówiłem o tym podczas spotkania z wiceministrem Kownackim 6 maja, wskazując, że czas płynie nieubłaganie. I choć osobiście rozumiem, że z przyczyn politycznych cała ta sprawa nie może być publicznie roztrząsana, właśnie z uwagi na zbliżający się szczyt NATO w Warszawie, i ten argument jest dla mnie oczywisty, natomiast nic się nie dzieje na zapleczu tego przetargu śmigłowcowego i to jest niepokojące.

Czy Pana zdaniem PZL Mielec wciąż może liczyć na to intratne zlecenie?

– Głęboko wierzę w to, że obietnice składane w obu kampaniach wyborczych, prezydenckiej i parlamentarnej, w ubiegłym roku pozostają nadal aktualne. Ufam, że będą one realizowane, tym bardziej mam prawo tak sądzić, że południowo-wschodnia część Polski, gdzie funkcjonuje Dolina Lotnicza – znany nie tylko w Polsce, ale także na świecie klaster lotniczy skupiający firmy z branży, będzie jednak beneficjentem tego przetargu. Liczymy, że taka decyzja wzmocni również siłę gospodarki południowo-wschodniej Polski, która za rządów Platformy i PSL z uwagi na preferencje wyborcze była traktowana po macoszemu.

A może brak ostatecznej decyzji jest wynikiem zapętlenia przetargu śmigłowcowego przez koalicję PO – PSL, z czym obecny rząd nie może sobie poradzić tak, od ręki…?

– Oczywiście, nie kwestionuję takiego punktu widzenia. Wszyscy dobrze wiemy, na co było stać rząd PO – PSL, niemniej jednak obietnice składane przez PiS pozostają deklaracjami i oczekują na spełnienie. Zgadzam się, że tu nie może być podejścia zero-jedynkowego, ale skoro były deklaracje i zobowiązania, to trzeba je realizować. Nie tracimy zaufania do tej ekipy i liczymy na rozwiązanie problemu, ale jednocześnie zastanawiamy się, czy oczekiwanie, dalsze trwanie z założonymi rękami ma jakikolwiek sens. Osobiście nie jestem zwolennikiem radykalnych rozwiązań, ale czasem trzeba mocniej nacisnąć, żeby przypomnieć o swoich słusznych racjach. Tak już jest, a przynajmniej tak było do tej pory, że ten, kto stawiał sprawę na ostrzu noża i wytupał sobie nogami żądania, to miał, a jak nie, to stał, oczekując na bocznicy. Takie jest życie. Za dużo widziałem, żeby się dać łatwo wyrolować.

Dziękuję za rozmowę.

  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl