W sobotę, w Warszawie odbył się protest lekarzy rezydentów. Zacznijmy od tego, kto to jest lekarz rezydent?
– Tego tak naprawdę nikt nie wie, bo ten model funkcjonuje jedynie w Polsce. Mamy sytuację, kiedy lekarz rezydent niby jest pracownikiem szpitala, ale płaci mu Ministerstwo Zdrowia, powinien się uczyć, tymczasem jest tanią siłą roboczą, którą dyrektorzy szpitali zapychają wszystkie dziury – inna sprawa, że tych dziur mają sporo. Rezydent jest niby lekarzem, ale niewiele może. Jeszcze jako stażysta taki młody lekarz po studiach ma ograniczone prawo wykonywania zawodu, później niby może trochę więcej, ale musi pracować pod nadzorem, choć jednocześnie dyrektorzy szpitali podpisują z takim lekarzem rezydentem umowy podobnie jak z samodzielną firmą. Jest w tym wszystkim wiele sprzeczności i brak logiki, a w związku z tym wracamy do punktu wyjścia nie bardzo wiedząc, kim tak naprawdę jest lekarz rezydent. Można powiedzieć, że jest wytworem systemu ochrony zdrowia tak samo bezsensownym jak cały ten system.
Kim zatem powinien być lekarz, który kończy studia medyczne?
– Lekarz, który kończy sześcioletnie studia medyczne, powinien być teoretycznie przygotowany do zawodu. Natomiast w ciągu trwającego 13 miesięcy stażu podyplomowego powinien nabyć pewnych umiejętności praktycznych, poznać specyfikę poszczególnych specjalności i w oparciu o te doświadczenia zdecydować się – o ile już wcześniej tego nie zrobił – na konkretną specjalizację, która jest mu najbliższa, która najbardziej go interesuje, w której chciałby się spełnić jako lekarz specjalista. To jednak wszystko teoria, która niestety mija się z rzeczywistością.
Dlaczego…?
– Przede wszystkim dlatego, że rezydent ma ograniczony wybór specjalizacji właściwie sprowadzający się do takich kierunków, które resort zdrowia w danym roku finansuje. Ponadto jest ograniczona liczba miejsc rezydenckich i nie ma możliwości, aby każdy, kto kończy staż, dostał się na rezydenturę. Często jest tak, że w miejscu, gdzie młody lekarz mieszka, nie ma rezydentur ze specjalności, w jakiej chciałby się kształcić, a jest, dajmy na to, na drugim krańcu Polski, co stanowi poważny problem.
O co walczą ci młodzi lekarze?
– Oględnie mówiąc, walczą o to żeby, było normalnie.
Co to znaczy normalnie?
– Przede wszystkim żeby lekarz rezydent był traktowany po ludzku jak człowiek, bo póki co jest traktowany jako współczesny niewolnik w centrum Europy. Nie ma żadnych praw, za to same obowiązki, wszyscy dookoła robią mu łaskę, że go zatrudniają, płacą mu, a później każą mu jeszcze zwracać pieniądze. Rezydenci mają umowy z poszczególnymi szpitalami i świadczą pracę, wykonują zabiegi i za to wszystko powinni otrzymywać normalne wynagrodzenie, a nie jałmużnę, którą później – jak straszy ministerstwo – będą musieli jeszcze zwracać. Ponadto rezydenci powinni mieć możliwość zmiany specjalizacji, gdyby się np. okazało, że nie jest to ten właściwy kierunek. Tymczasem teraz podpisują umowy z resortem zdrowia i w trakcie nie można jej zmienić na inną, co więcej – nawet nie można jej przenieść do innego ośrodka. To wszystko sprawia, że lekarz rezydent staje się praktycznie niewolnikiem.
Na starcie każdy zawód może być trudny, co zmienia się z czasem. Tak czy inaczej panuje przekonanie, że lekarz to zawód, który wiąże się z wysokim uposażeniem i pewnym standardem życia. Ile zarabia młody lekarz?
– Wynagrodzenie rezydenta to obecnie ok. 70 proc. przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku za ubiegły rok. Wysokość zasadniczego wynagrodzenia miesięcznego w pierwszych dwóch latach rezydentury wynosi niecałe 3,2 tysiąca złotych, po dwóch latach rezydentury pensja wzrasta do ponad 3,4 tysiąca złotych oczywiście brutto. Przy czym prawo w Polsce jest – przepraszam za określenie – tak głupie, że dany lekarz rezydent, jeśli się uczy, a powinien, aby zrobić specjalizację, co oznacza kursy, szkolenia często wiążące się z wyjazdami, to wszystko musi pokrywać z własnych pieniędzy. Rachunku za kurs, za dojazd, za hotel, za zakup książek czy prenumeratę prasy fachowej, które muszą ponosić lekarze w związku z wykonywaniem zawodu, nie mogą odliczyć od przychodu odmiennie od innych zawodów. Lekarz pokrywa te wszystkie koszty z własnej kieszeni. To tak, jakby należał do koła, dajmy na to filatelistycznego czy związku wędkarskiego i uprawiał swoje hobby. I to jest drugie świństwo: pierwsze to, że lekarze rezydenci mało zarabiają, a drugie, że nawet kosztów, które ściśle wiążą się z wykonywaniem tego zawodu, nie mogą odliczyć jako kosztów uzyskania przychodu. Przynależność do Izby Lekarskiej, która jest również obowiązkiem przewidzianym ustawą i wiąże się z opłatą składki w wysokości 60 złotych, też nie może być odliczona od przychodu. Jest to skandal i największe świństwo, że coś takiego funkcjonuje jeszcze w środku Europy niczym w republice bananowej.
Wielu lekarzy rezydentów w trosce o swoje rodziny musi dorabiać. Jak częste jest to zjawisko i jak to się ma do nauki, bo nie jest tajemnicą, że lekarz to zawód, który wymaga ciągłej edukacji?
– Owszem spora część tych młodych lekarzy ma już rodziny na utrzymaniu i jeśli chcą oni zabezpieczyć pewien standard życia sobie i swoim bliskim, to ogrom czasu spędzają oni w pracy, co bardzo niekorzystnie wpływa na trwałość związków. Lekarze pracują w różnych podmiotach, sieciowych przychodniach, w pogotowiu, biorą dyżury oddziałowe i to sprawia, że są przemęczeni, na nic nie mają czasu także, żeby się uczyć. W takich warunkach nie da się uczyć zawodu lekarza. Przepisy regulujące program specjalizacji powodują, że rezydenci często uczą się od swoich starszych kolegów lekarzy, którym najpierw asystują, a później sami operują, uczą badać, rozpoznawać, diagnozować, wypełniać dokumentację. I to wszystko wymaga chłodnej głowy i wypoczętego umysłu, a jeśli ktoś nie śpi dwie czy więcej dób, to jak w takich warunkach ma się uczyć. I to jest kolejny skandal, bo jaka w tych warunkach rysuje się przed nami przyszłość polskiej medycyny. Czarno to widzę.
Czy niskie zarobki i brak perspektyw w Polsce są najczęstszym powodem, że wielu lekarzy już w trakcie studiów medycznych myśli czy też podejmuje decyzję o wyjeździe zagranicę?
– Myślę, że tak. Zresztą dziwię się tym, którzy zostają, bo gdybym kiedyś miał wiedzę i doświadczenia te, które mam dzisiaj, to zapewniam pana, że nie mieszkałbym i nie pracowałbym w Polsce. Ostatnio zbulwersowała mnie wypowiedź marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, który w jednej z audycji radiowych powiedział wprost, że lekarze wykształceni w Polsce właśnie tutaj przez 15, 20 lat powinni odpracować swoje studia, co więcej, że kwestie te powinny być regulowane przepisami. Nie chciałbym uczestniczyć w nagonce, jaka ma miejsce na partię obecnie sprawującą władzę w Polsce, ale taka wypowiedź nie świadczy dobrze o senatorze, w końcu także o lekarzu.
No tak, ale prawdą jest, że kształcimy lekarzy za pieniądze polskiego podatnika, podczas gdy profity z tego i korzyści z naszych lekarzy mają później inne kraje…
– Dlaczego niby tylko lekarz miałby odpracowywać studia w Polsce? Kiedy aktor, architekt, nauczyciel czy człowiek z inną specjalnością zdobytą, wyuczoną w Polsce wyjeżdża zagranicę, to nikt nie robi z tego afery. Co więcej, słyszymy, że jest w porządku, że to w końcu wolny człowiek. Nikt takim ludziom nie zazdrości, przeciwnie – ceni się ich za zaradność, za przedsiębiorczość, ale kiedy wyjeżdża lekarz, to mówi się o nim wprost, że to świnia i że powinien zwrócić pieniądze za studia. Wychodziłoby na to, że lekarze mają jakiś specjalny przywilej od państwa, które wyłącznie im funduje studia, dlatego powinni być za tą łaskę dozgonnie wdzięczni. Taka nagonka jest niezrozumiała i niesprawiedliwa. Wracając jednak do samego wyjazdu lekarzy zagranicę, to gdybym był młodszy, wówczas sam wyjechałbym, aby móc choćby kilka czy kilkanaście lat popracować w normalnych warunkach, a nie udowadniać całemu temu systemowi, że nie jestem wielbłądem.
Czy grozi nam deficyt lekarzy?
– Nie grozi nam deficyt lekarzy, bo on tak naprawdę już jest tyle, że ukryty. W Polsce brakuje lekarzy. Mamy średnio 2,1 lekarza na tysiąc mieszkańców, gdzie średnia w Europie to czterech lekarzy. Jesteśmy na ostatnim miejscu w Unii Europejskiej pod względem liczby lekarzy. Już byłby krach polskiej medycyny, gdyby polscy lekarze pracowali tylko na jednym etacie. Co więcej, wzrasta średnia wieku lekarzy w poszczególnych specjalnościach, np. w ginekologii przekracza ona 55 lat. Co więcej, jest luka pokoleniowa. Nie ma corocznych uzupełnień tylko w oddziale jest przykładowo pięciu, sześciu lekarzy powyżej 55 lat, a później są dopiero rezydenci w wieku 27 czy 28 lat. Jeśli nic z tym nie zrobimy, to za chwilę będzie dramat. Tymczasem władza i nie mówię tego pod adresem tego rządu, który dawał nadzieję na zmianę myślenia. Póki co przynajmniej w medycynie jest to, co było.
Czy sobotni protest rezydentów poprzedziły rozmowy z resortem zdrowia?
– Rozmawialiśmy z ministrem Radziwiłłem ponad miesiąc temu – nawiasem mówiąc dobrze, że taka rozmowa w ogóle miała miejsce, bo za minister Kopacz czy za ministra Arłukowicza nie było żadnych rozmów, ale usłyszeliśmy starą, zdartą płytę. I dlatego, jeśli to się nie zmieni w zdecydowany sposób, jeśli nie będzie kompleksowych, systemowych zmian, a nie tylko doraźne, jeśli nie zmieni się filozofia myślenia, to za kilka lat pacjenci, chcąc się leczyć, będą polowali na lekarzy, bo będzie ich tak mało. Choć z drugiej strony może to i dobrze, bo w końcu zaczną nas cenić. Kiedy pracujemy w kilku różnych miejscach, to niedobór lekarzy jest jakoś maskowany, ale jak ci starsi lekarze, którzy byli do tego urzędniczego bata przyzwyczajeni, odejdą, to młodzi już tacy naiwni nie będą. Oni już tego bata na swoje plecy nie przyjmą i wtedy się okaże, że jest dramat w polskiej ochronie zdrowia. Żeby do tego nie doszło, konieczne są mądre zmiany, żebyśmy znów nie musieli się posiłkować przysłowiem: „Mądry Polak po szkodzie”.
Co zrobić, aby lekarzy zatrzymać w kraju czy jest to tylko kwestia wynagrodzeń?
– Oczywiście, że nie jest to tylko sprawa wynagrodzeń, które są niejako zwieńczeniem antylekarskiej polityki, ale jeśli coś chce się zrobić, naprawić, to należy do sprawy podejść poważnie – czyli przeanalizować wszystkie czynniki złe i dobre, zło wykluczyć, a dobre poprawić. Podczas sobotniej manifestacji lekarzy rezydentów widziałem napis „Jeśli się dba o łabędzie, to trzeba dać im jeść, a nie podcinać skrzydła”, który pokazuje stosunek do lekarzy. To, co zafundowała nam była minister zdrowia i była premier Ewa Kopacz, to była antylekarska rewolucja. Jeżeli lekarz ma się obawiać wypisania recepty nie ze względów merytorycznych, że np. przepisze zły lek, tylko że zapisze błędny poziom refundacji, albo dajmy na to, pomyli się w adresie czy popełni literówkę i za coś takiego zostanie ukarany karą 200 złotych, to to jest zbrodnia. Czemu to ma służyć...? Informatyzacja ma usprawnić pracę wszystkim, a nie być dodatkowym obowiązkiem, tym bardziej że dokumentacja papierowa istnieje nadal. Czy to jest coś dobrego, co lekarza zatrzyma w kraju…? Z pewnością nie! Do tego dochodzą niskie płace i wszechwładza urzędników NFZ, ZUS, samorządowych czy Ministerstwa Zdrowia.
Czy mimo wszystko przyzwyczajanie do protestu w końcu młodych lekarzy już na starcie zawodowej drogi nie jest demoralizujące?
– Nie, to nie jest żadna demoralizacja, ale jest to forma wsparcia, pomoc, żeby nie dali się wciągnąć do kieratu. Jeżeli dadzą się wciągnąć, to tak samo przepadną w tym biurokratyczno-represyjnym systemie jak my starzy. Demoralizujące jest natomiast to, że człowiek wykształcony za wysoko wykwalifikowaną pracę obarczoną ogromną odpowiedzialnością otrzymuje pensję niewiele wyższą od minimalnego wynagrodzenia w kraju. To jest demoralizujące i niedopuszczalne.
Czy jeśli ten protest nie zaowocuje i nie będzie podwyżek, jeśli warunki pracy lekarzy rezydentów się nie poprawią, to możemy się spodziewać ogólnopolskiej akcji protestacyjnej?
– Osobiście nie jestem zwolennikiem strajku. Przecież ludzi musi ktoś leczyć, nie chcemy też żeby obarczono nas winą za panujący bałagan w ochronie zdrowia, bo my nie braliśmy w tym udziału. Natomiast to, co w tej chwili jest w ochronie zdrowia, nie ma i nie może mieć poparcia ani samorządu lekarskiego, ani związków zawodowych. Jeśli nie będzie już wyjścia, to rozstaniemy się z systemem, ale w cywilizowany sposób: kładziemy kwity na biurko, mija czas i żegnamy się. Wówczas tzw. nasi pacjenci będą pacjentami wyłącznie NFZ i będą się leczyć w Funduszu. Dopiero wtedy władza być może pójdzie po rozum do głowy.
Przez pół roku lekarze nie podejmowali akcji protestacyjnych, czy to był czas dla rządu, aby coś zmienił na lepsze?
– Lekarze rezydenci przeprowadzili akcję pn. „Adoptuj posła”, podczas której spotkali się z ponad 130 posłami głównie z PiS, ale też z Ruchu Kukiz’15. W trakcie bezpośrednich rozmów poza bardzo nielicznymi przypadkami parlamentarzyści przyznali młodym lekarzom rezydentom rację, że zmiany są konieczne. Ale co z tego, kiedy w nowelizacji ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty w zasadzie nic się nie zmieniło w zakresie płacy lekarza rezydenta. To pokazuje, że jeśli jest dyscyplina partyjna, to nawet jak ktoś ma przekonanie, że dłużej tak nie powinno być, to i tak głosuje zgodnie z dyscypliną. To pokazuje, że nawet przekonanie do swoich słusznych racji ponad 130 posłów niczego w zasadzie nie zmienia. Ponadto ileż można czekać. Ochrona zdrowia nie może być dłużej skansenem PRL w normalnym państwie.
Czy ten protest lekarzy rezydentów to bardziej próba skarcenia tego rządu, czy może próba zmobilizowania go do bardziej aktywnej pracy?
– Chcę podkreślić, że nie był to protest antyrządowy, bo był pozbawiony haseł politycznych. My nie uważamy, że to rząd PiS zrobił nam źle, bo ta ekipa jeszcze za krótko rządzi. Tylko że do tej pory nie zrobiono właściwie nic, tymczasem przy okazji zmiany ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty można było poprawić uposażenia lekarzy rezydentów. Dlatego uważamy, że rząd idzie dalej tą samą drogą, co poprzednicy. Nie będziemy czekać na kolejną czy następną kadencję, gdzie ewentualnie nowa-stara władza – czyli ci sami z Platformy czy PSL, którzy jeszcze rok temu nas prześladowali, znów nam coś obiecają, a później nie dotrzymają słowa i wypną się na nas, a ci, co dzisiaj rządzą – wtedy już w opozycji – dalej będą składać deklaracje. Szkoda naszych nerwów, szkoda czasu, szkoda pacjentów, którzy zasługują na lepszy system, gdzie lekarz będzie ich leczył, a nie zajmował się bzdurnymi procedurami wymyślonymi przez ludzi takich jak Kopacz czy Arłukowicz, którzy kompletnie rozminęli się z rzeczywistością.

