logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / Inne

Czy warto się narażać?

Środa, 22 czerwca 2016 (04:15)

Aktualizacja: Środa, 22 czerwca 2016 (18:15)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czy wysyłanie polskich żołnierzy do Kuwejtu i Iraku i de facto włączenie się w zwalczanie tzw. Państwa Islamskiego to dobry pomysł?

– Wplątujemy się w wojnę, w której nasze siły są tylko pewnym symbolem. Stąd pytanie zasadnicze, które trzeba sobie w tym momencie zadać, to jaki jest nasz cel strategiczny w tym konflikcie. Gdyby nim była ochrona obozów, w których ukrywają się przed prześladowaniem chrześcijanie, to byłbym oczywiście za. Jednak obawiam się, iż jest to tylko kwestia zobowiązania wobec sojuszników.

Polskie siły, które wezmą udział w operacji Inherent Resolve w ramach Globalnej Koalicji do walki z tzw. Państwem Islamskim, mają mieć – jak zapowiedział min. Macierewicz – wyłącznie charakter szkoleniowy i wspierający poprzez dostarczanie informacji…

– Dobrze, ale nie wysyła się nowego kontyngentu narodowego, aby dopiero organizował sieć wywiadowczą, a co za tym idzie – dostarczać istotnych informacji nie będziemy. Kolejne ważne pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć, brzmi: gdzie będą operować polscy żołnierze? Jeżeli tylko w Iraku, to częściowo powracamy do przerwanej misji z poprzednich lat, a jeżeli także w Syrii, to czy mamy zgodę rządu tego państwa? Jeżeli jej nie mamy, to możemy zostać uznani za agresora i to niezależnie od tego, jak oceniamy obecnego prezydenta Syrii Baszara al-Asada.

Czy nasz udział w misji to może być cena kompromisu sojuszniczego, jaką musimy zapłacić za wzmocnienie wschodniej flanki NATO i za obecność wojsk amerykańskich w Polsce?

– Nie chcę tu być nazbyt cyniczny, ale czy nie obiecujemy sobie po pewnych deklaracjach polityków amerykańskich zbyt wiele? Do Stanów Zjednoczonych, mimo zabiegów od wielu lat, wciąż mamy reżim wizowy, ale mimo to jesteśmy pewni bezwarunkowego wsparcia naszego sojusznika. Tak naprawdę wzmocnienie wschodniej flanki o tysiąc żołnierzy pod względem militarnym jest takim samym symbolem jak wysłanie przez Polskę na wojnę z ISIS dwustu komandosów i kilka samolotów F-16. Obawiam się, iż w kwestii naszego bezpieczeństwa znajdujemy się nadal na poziomie jedynie gestów. Osobiście oczekiwałbym od polskiego rządu przede wszystkim realnego i widocznego wzmocnienia polskiej armii, a nie symbolicznych gestów ze strony sojuszników.

Czy solidarność ze Stanami Zjednoczonymi zakomunikowana w ten sposób i to w przeddzień dwóch ważnych wydarzeń o podniesionym ryzyku: jak szczyt NATO w Warszawie czy Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, to rozsądne działanie, czy może nie ma to większego znaczenia?

– Jest to nieodpowiedzialność i mówię to przy dużo większej sympatii do obecnego rządu niż do poprzedniego. Proszę zwrócić uwagę, że taka decyzja – zwłaszcza w przeddzień tych ważnych wydarzeń – niezwykle komplikuje pracę służb specjalnych. 

Dotąd Polska wspierała koalicję przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu humanitarnie i logistycznie. Czy wykraczanie poza te ramy Pana zdaniem było konieczne?

– Uważam, że nie. Gdyby to była misja w porozumieniu z państwem, na terenie którego mają nasi żołnierze operować, i gdyby naszym żołnierzom został postawiony istotny cel strategiczny, to wówczas można rozmawiać o celowości takiej misji. Obawiam się jednak, iż będziemy tam tylko przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, natomiast zagrożenie, które możemy wykreować dla Polski, może być istotne.

Czy to znaczy, że nasza aktywność może wzbudzić dodatkowo „zainteresowanie” Polską przez ISIS?

– Polska jako członek koalicji państw zachodnich jest już od dawna w centrum zainteresowania ISIS, ale podjęcie z tym ugrupowaniem otwartej wojny może dodatkowo spowodować przyspieszenie decyzji o symbolicznym przeniesieniu konfliktu do Polski w postaci zamachów terrorystycznych.

Mimo iż, jak mówi szef MON, polscy żołnierze nie będą zaangażowani bezpośrednio w działania bojowe, to Platforma będzie się domagać od premier Beaty Szydło informacji rządu w tej sprawie. Czy tzw. opozycji totalnej – jak twierdzi – zależy na życiu polskich żołnierzy, czy na podgrzewaniu atmosfery i czy właśnie nie to w tej sytuacji jest groźniejsze?

– Platforma wysyłała polskich żołnierzy na wiele misji, które nie były dla naszego państwa istotne i strategiczne. Co niezwykle ważne, nasze zaangażowanie nie przełożyło się na wymierne korzyści gospodarcze dla Polski, co więcej inni, którzy się nie zaangażowali w ogóle albo w mniejszym stopniu niż my – jak przyszło co do czego to uczestniczyli w podziale tego tortu profitów. Platforma podjęła totalną walkę z obecnym rządem i nie kieruje się już realnością interesów naszego państwa, a jedynie walką o odzyskanie władzy. Jestem przekonany, iż w przypadku, gdyby u władzy był dzisiaj rząd Platformy, to decyzja o wysłaniu polskich wojsk do zwalczania tzw. Państwa Islamskiego byłaby znacznie szybsza i dotyczyłaby większego kontyngentu.

Zmieniając temat, ostatnio Frank-Walter Steinmeier ćwiczenia Anakonda nazwał „wymachiwaniem szabelką”, co więcej, zamiast budowy siły odstraszania zachęca do dialogu i kooperacji z Rosją. Jak należy odczytać tego typu publicznie wyrażane opinie przez szefa MSZ Niemiec – jednego z czołowych państw NATO?

– W Niemczech, Francji, Włoszech czy Holandii już dawno zapadły decyzje o rezygnacji z sankcji wobec Rosji. Jedynym problemem tych krajów jest to, że za bardzo nie mogą jako pierwsze złamać zasady jedności Unii Europejskiej, gdyż w ten sposób dałyby asumpt oraz uzasadnienie Polsce i Węgrom do złamania solidarności w kwestii kryzysu migracyjnego. Warto też dodać, że jednym z elementów powrotu Niemiec do współpracy gospodarczej z Rosją jest dyskredytacja rozwoju infrastruktury NATO w Europie Wschodniej.

Czy dialog z Rosją jest w ogóle możliwy…?

– Według mnie tak. Dla Rosji stacjonowanie jakiegoś batalionu NATO w Polsce to nie jest realny problem, a bardziej medialny. Istotnym problemem jest natomiast amerykańska baza rakietowa, jaka ma powstać w Redzikowie. Rosja jest jednak pragmatyczna i wie, że Krym jest już poza debatą polityczną, za to ważną kwestią jest Ukraina, która może być problemem dla całej Europy. Proszę pamiętać, iż nie jest to Kosowo, które utrzymuje UE i Stany Zjednoczone, ale jest to państwo liczące ponad 40 milionów ludności, które zmierza do bankructwa. Kto będzie utrzymywał tak dużą społeczność? Bez Rosji i współpracy z nią nie da się tego problemu rozwiązać.

 

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl