logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Niemiecki model integracji dzieli Unię

Poniedziałek, 27 czerwca 2016 (19:14)

Z prof. Karolem Karskim, byłym sekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, posłem do Parlamentu Europejskiego z PiS, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak ocenia Pan to, że po Brexicie szefowie sześciu państw założycielskich Unii Europejskiej spotykają się we własnym gronie, aby ustalać strategię, ale bez Polski?

– To jest jeden z symboli tego, co doprowadziło do Brexitu a w szerszym znaczeniu do zniechęcenia wielu państw przed integracją z Unią Europejską. Proszę zwrócić uwagę, że skrajnie centralistyczny model integracji europejskiej – zaproponowany przez Niemcy – doprowadził  już wcześniej do odstąpienia od negocjacji akcesyjnych przez kilka państw zachodniej Europy, które uprzednio aspirowały do członkostwa we Wspólnocie, jak przykładowo Islandia. W tej chwili dochodzi do tego, że kolejne państwa nie są zainteresowane obecnym kształtem i modelem funkcjonowania UE, która jest berlinocentryczna. I to powoduje, że decyzje o „rozwodzie” z Unią podejmują także państwa członkowskie, w tym wypadku Wielka Brytania, która chciała być członkiem organizacji międzynarodowej, a nie częścią składową strefy wpływów ubranej jedynie we wspólnotowe szaty. Według mnie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie istotniejszy jest może nie tyle sam fakt, że spotykają się ministrowie spraw zagranicznych państw założycielskich EWG, ale to, gdzie się spotykają. Fakty są takie, że to Niemcy wzywają do Berlina wybranych przez siebie partnerów – według klucza, który zapewnia im zgodność i to, że nikt z tych wybranych nawet nie wspomni, że to niemiecki model integracji dzieli Unię i doprowadza do tego, że powoli odpadają państwa niezainteresowane takimi zasadami wzajemnego współistnienia.

Czy to oznacza, że Unia nie jest w stanie wyciągnąć wniosków z tego, co się stało, a Niemcy wykorzystają to do zwiększenia swojej dominacji?

– Komunikat, jaki płynie z tego spotkania, jest jasny, że właściwie to nic się nie stało. Wielka Brytania odchodzi, ale my dalej będziemy rozwijać UE. I tak to wygląda. Oczywiście jest pewna obawa, że Niemcy będą chciały teraz dominować w znacznie większym stopniu niż dotychczas, dlatego tym bardziej potrzebne jest porozumienie się z innymi państwami członkowskimi co do tego, jak w przyszłości ma wyglądać UE.

Traktaty regulujące funkcjonowanie Unii Europejskiej powinny ulec zmianie?

– Zmiany traktatowe po wyjściu Wielkiej Brytanii są potrzebne, czy wręcz konieczne, chociażby z tego prostego powodu, że należy zmienić system głosowania. I bez zmian traktatowych się nie obędzie, choćby nawet Berlin zapierał się rękami i nogami. Negocjacje muszą zostać otwarte. Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt, a mianowicie w komunikacie po spotkaniu szefowie MSZ sześciu państw założycielskich EWG oświadczyli, co mają i co dalej będą robić wszystkie 27 państw członkowskich. Taki dyktat nie mieści się w klasycznej formule funkcjonowania organizacji międzynarodowych. Oczywiście można to przynajmniej po części wytłumaczyć szokiem, który w jakimś stopniu opanował niemieckich polityków, którzy wypowiadają różnego rodzaju stwierdzenia, bardziej lub mniej krytyczne wobec Wielkiej Brytanii, narzucając swoją wolę pozostałym państwom członkowskim. Tak czy inaczej taka retoryka najpełniej oddaje ducha, który przemawia przez Niemcy. W mojej ocenie należy do tego podejść w sposób rozważny, nie ulegać przekazom polityczno-medialnym wychodzącym z Berlina, a jednocześnie nie zapominać, co doprowadziło do tej sytuacji.

No właśnie, czy zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że jedność UE rozbiła kanclerz Angela Merkel, pozwalając na niekontrolowany napływ imigrantów muzułmańskich, a tym samym budząc obawy o bezpieczeństwo w poszczególnych państwach?

– Do Brexitu doprowadziła arogancja, imperialna polityka narzucania swojej woli innym przez Niemcy. To przejawiało się m.in. w żądaniach etnicznego samobójstwa przez narody Europy poprzez niekontrolowanie i niepohamowane przyjmowanie imigrantów z innych, obcych nam kręgów kulturowych, którzy w żaden sposób nie chcą asymilować się z miejscowym społeczeństwem. Co więcej, nie chcą też podporządkować się prawu, które obowiązuje w kraju, do którego przybywają jako goście. Narzucają swoje prawo i swoje zwyczaje, prezentując jednocześnie postawę bardzo roszczeniową. To jest to, co powoduje, że Unia jest osłabiona, aczkolwiek jest pewna obawa, granicząca z pewnością, że – jak wspomniałem – Niemcy będą chciały wykorzystać tą sytuację dla wzmocnienia swej pozycji w krajach UE. 

Czy Brexit nie wynika też ze słabego przywództwa w UE i czy największym wrogiem trwałości Unii nie są jej obecne władze, elity biurokratyczne w Brukseli?

– No właśnie, spróbujmy się przyglądnąć poszczególnym aktorom tej brukselskiej sceny. Szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker to luksemburski polityk z niemieckojęzycznego państwa, które zawsze było poddane woli Niemiec, było w przeszłości wręcz jednym z niemieckich księstw, dawało też Niemcom wielu cesarzy. Z kolei Donald Tusk już jako premier Polski okazał się politykiem proniemieckim i po objęciu fotela szefa Rady Europejskiej nic się w tej materii nie zmieniło. W strukturach unijnych nie ma żadnego silnego przywództwa, a poszczególne funkcje piastują osoby wyznaczone przez Niemcy, osoby, które już wcześniej w słowach i czynach wykazały się uległością wobec Berlina.

Mamy ponaglenia o jak najszybsze opuszczenie szeregów Unii przez Brytyjczyków, a więc znów dyktat. Czy teraz bez zmian, bez refleksji UE jest w stanie przetrwać?

– Ze strony rządu niemieckiego mamy próbę wykorzystania tego, co się wydarzyło do posunięcia naprzód swoich spraw w kierunku pogłębienia integracji. Mamy też demonstrację wobec innych państw: Francji, czy Holandii, jak przegania się tego, kto się ośmielił nie pozostawać dłużej w szeregach zjednoczonej niemieckiej Europy. Natomiast jak to będzie wyglądać w praktyce i czy Unia przetrwa i w jakiej formule, to pokaże czas.

Wspomniał Pan, że Niemcy próbują wykorzystać sytuację do zwiększenia swojej dominacji, ale czy może to być także okazja dla nas, aby zwiększyć rolę Polski w UE?

– Polska po Brexicie jest już nie szóstym, a piątym państwem Unii i jak sądzę, możemy tu odegrać pewną rolę w procesie odpowiedniego wyważenia tego, jak ma wyglądać UE. I tak też odbieram inicjatywę zaproszenia przez min. Waszczykowskiego do Warszawy przedstawicieli państw, które nie zostały „zaproszone” do Berlina. Mamy zatem do odegrania ważną rolę. Unia jest wartościowym mechanizmem, organizacją bardzo nam potrzebną, natomiast kilkanaście ostatnich lat pokazało, że jedno państwo próbuje zdominować pozostałe i całą tą organizację międzynarodową. Przejawia się to chociażby w nawet tak banalnych kwestiach jak nominacje urzędnicze w instytucjach unijnych, gdzie szereg najwyższych stanowisk obejmują ostatnio obywatele jednego państwa – można się łatwo domyśleć jakiego. Mamy zatem przewodniczącego Parlamentu Europejskiego z Niemiec, sekretarza generalnego PE również z Niemiec i to te osoby doprowadziły do powołania na stanowisko zastępcy sekretarza generalnego PE, bez wymaganego co do zasady konkursu, zresztą również Niemca. Ten model UE nie jest z pewnością optymalny i to trzeba zmienić.

Czy decyzja Wielkiej Brytanii może spowodować w Europie efekt domina i czy gdyby takie referenda odbyły się w innych krajach, to czy wynik mógłby być podobny?

– Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wiemy natomiast, że gdyby takie referenda odbyły się we Francji czy w Holandii, to dałyby taki sam wynik, a być może nawet przyjęty jeszcze bardziej znaczącą większością. We Francji niedługo odbędą się wybory prezydenckie i mogą one zaowocować dojściem do władzy sił opowiadających się za wystąpieniem tego kraju z szeregów UE. Z kolei w Holandii istnieje prawo, które pozwala określonej grupie obywateli zażądać referendum w sprawach dotyczących umów międzynarodowych, w tym także umów związanych z członkostwem w UE. Ostatnie takie referendum odbyło się nad traktatem stowarzyszeniowym UE z Ukrainą i wynik tego plebiscytu w Holandii był negatywny. Przeprowadzone badania poglądów Holendrów pokazały, że jest to wyraz negatywnej oceny nie tyle samego traktatu UE z Ukrainą, ale w ogóle co do dalszego członkostwa Holandii we Wspólnocie na obecnie obowiązujących zasadach. Pamiętajmy, że nie każdy w Europie jest Niemcem i nie każdemu podoba się to, co prezentuje obecnie UE podporządkowana woli Berlina. 

Wielka Brytania jako członek UE zawsze była krajem, który ma równy dystans wobec Niemców i wobec Rosji. Co oznacza wystąpienie Brytyjczyków ze Wspólnoty właśnie z tego geostrategicznego punktu widzenia?

– Wielka Brytania jest mocarstwem nie tylko na skalę europejską, ale też w wymiarze ogólnoświatowym. I jeśli którykolwiek kraj może pretendować do tego miana – poza Stanami Zjednoczonymi, to właśnie Wielka Brytania. Jest ona również stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ obok Stanów Zjednoczonych, Rosji, Francji i Chin. I tak jak wspomniałem wcześniej, rozwód Londynu z UE oznacza wzmocnienie pozycji Niemiec w Unii poprzez to, że nie będą prezentowane odpowiednio mocno poglądy odmienne na integrację europejską i politykę zewnętrzną UE. Chciałbym też podkreślić, że nie jestem przeciwko integracji europejskiej czy przeciwko UE jako całości, i co do tego podobne jest także stanowisko wyrażone przez Brytyjczyków, natomiast wynik referendum pokazuje dezaprobatę wobec obecnego kształtu integracji europejskiej.

Coraz więcej państw wyraża pogląd, że nie jest to już ta sama Unia, do której wstępowali

– Zgoda, w sposób oczywisty nie jest to też ta sama UE, do której w 1973 r. wstępowała Wielka Brytania. I tutaj musi nastąpić pewna refleksja. Jeśli zaś chodzi o nasze bezpieczeństwo międzynarodowe w wymiarze politycznym, militarnym i gospodarczym, to jest ono zabezpieczane przez UE, ale także w o wiele większym stopniu przez nasze członkostwo w Sojuszu Północnoatlantyckim, który ma się dobrze. Niebawem odbędzie się szczyt NATO w Warszawie, ponadto obserwujemy rozmieszczanie oddziałów amerykańskich w Europie Środkowej i Wschodniej, w tym na terytorium Polski, i to jest to, co w znacznie większym stopniu zabezpiecza nam bezpieczeństwo niż zakotwiczenie w UE.

Czy to oznacza, że Unia to już zgrana karta?

– Oczywiście nie. Nie oznacza to też, że nie musimy dbać o wzmocnienie naszego członkostwa w Unii czy o rozwój tej organizacji. Są to mechanizmy wzajemnie się uzupełniające i wspomagające. Prezes Jarosław Kaczyński zaproponował, aby przyjąć nowy traktat unijny, który w sposób oczywisty musi być rozważany po Brexicie chociażby z uwagi na to, że konieczna jest nowa alokacja głosów w instytucjach unijnych. Daje to także możliwość dyskusji na inne tematy oraz uczynienia z UE organizacji międzynarodowej działającej na równoprawnych zasadach. Niemcy wprawdzie środkami pokojowymi, ale chcą zdominować Europę, a prawem innych jest nie akceptować takiego modelu działania i podejmować odpowiednie ku temu środki zaradcze. UE powinna być silna siłą swoich suwerennych państw członkowskich i to jest kierunek, w którym powinniśmy zmierzać. Unia ma sens pod warunkiem, że będzie organizacją równoprawną. Niestety, odpadają z niej poszczególne, wysoce rozwinięte państwa najpierw wspomniana już wcześniej Islandia, która definitywnie zamknęła procedurę akcesyjną, a teraz przenosi się to także na państwa członkowskie. Może to spowoduje otrzeźwienie naszego zachodniego sąsiada, który uświadomi sobie w końcu, że dopychanie wszystkiego na siłę kolanem czy wywieranie presji krzykiem nie zawsze daje dobre efekty.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl