logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Sławni z obrażania katolików

Piątek, 15 lipca 2016 (02:15)

Z Janem Marią Jackowskim, senatorem Prawa i Sprawiedliwości, zastępcą przewodniczącego senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu, rozmawia Rafał Stefaniuk.

Bronienie czci Jana Pawła II przez Witolda Tomczaka zostało uznane przez sąd za winę. Jak Pan przyjął środowy wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia?

– Wydaje się, że sąd nie rozpatrzył wszystkich aspektów tej sprawy, a przede wszystkim nie wziął pod uwagę motywacji czynu pana posła Witolda Tomczaka. Było to działanie powstałe w wyniku porywu serca w obronie świętego Kościoła katolickiego i Największego z Polaków. Myślę, że poseł Tomczak bardzo poważnie rozważy apelację od wyroku, bo on, w moim odczuciu, jest niesprawiedliwy.

Od wydarzenia z Zachęty minęło już 16 lat. Przez ten czas w miejscach kultury ciągle pojawiają się czy to sztuki teatralne, czy eksponaty, które stoją w opozycji do dobrego smaku. Przypomnę tylko kwestię „Golgota Picnic” czy zaangażowanie aktorów porno w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Skąd ten kicz w kulturze?

– To jest pokłosie działania wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Przez ostatnie lata organy ścigania były wyjątkowo pobłażliwe dla osób, które zasłaniały się tzw. wolnością twórczą. Nie spotkały kary także te osoby, które w swojej działalności zawodowej – a w tym przypadku mówimy o kulturze – obrażały osoby wierzące, szczególnie katolików. To wynika z zaniedbania. Stosowne paragrafy są zapisane w kodeksie karnym i cywilnym, ale sądy interpretowały je na korzyść twórców, czyniąc dogmatem wolność twórczą. Wobec tej spolegliwości sądów osoby obrażające uczucia religijne innych mogły czuć się bezkarne. Ale wobec owej spolegliwości sądy nie są konsekwentne. W sytuacjach, gdy obraża się uczucia wyznawców: judaizmu, islamu, prawosławia czy każdej innej religii, poza chrześcijaństwem, sądy potrafią działać stanowczo. To jest jedna ze spuścizn PRL, gdzie panowało przekonanie, że chrześcijan, a zwłaszcza rzymskich katolików, można obrażać. Sprawa Witolda Tomczaka dobrze to obrazuje.

Jesteśmy więc świadkami terroryzmu w kulturze, gdzie mniejszość narzuca się większości?

– To, co obserwujemy, ma swoje korzenie w ideologiach postmodernistycznych. Lewackie myślenie zadomowiło się w naszej przestrzeni publicznej, doprowadzając do tego, że księża, ludzie wierzący, a nawet Pan Bóg znaleźli się na celowniku „postępowych artystów”. Część z nich obrała taką drogę jako najprostszą ścieżkę do kariery, a inni robią to cynicznie, tłumacząc, że wiara nie jest modna. Ludzie dla kariery czy majątku są w stanie zrobić wiele. Ich działanie staje się łatwe, gdy tylko dobrzy ludzie swoją pasywnością im na to pozwalają.

Jak wielki problem we współczesnej kulturze wywołują dotacje państwowe? Wydaje się, że pewni wpływów finansowych artyści nie muszą przejmować się frekwencją, i tak są w stanie przedstawić wszystko.

– Każde państwo prowadzi swoją politykę kulturalną, więc gdy jakiekolwiek wydarzenie kulturalne mieści się w założeniach władz, to znajduje wsparcie z budżetu. Przyznanie grantów czy stypendiów też opiera się na określonych warunkach. Tak funkcjonuje to w wielu krajach europejskich. Jeżeli ktoś obraża uczucia innych, to podejmuje działania bezprawne. Państwo powinno na bieżąco weryfikować wszystkie zgłoszenia od widzów i podejmować zdecydowane kroki. Promowanie niemoralnych sztuk czy wystaw odbija się na autorytecie państwa.

Widzi Pan jakiś sposób, aby kultura polska była pisana dużą literą? Aby znowu kojarzyła się z czymś wysokim.

– Liczę na to, że ministerstwo kultury opracuje i przedstawi jasną i klarowną politykę kulturalną państwa. Ona powinna zawierać wskazania, co instytucje państwowe będą wspierać, a co nie. Przede wszystkim należy odczyścić to, co obecnie mamy. A więc z miejsc kultury powinny zniknąć inicjatywy uderzające w wyższe wartości, m.in. religię, czy sztuki teatralne, które w rzeczywistości są publicystyką polityczną. Dużo zależy od środowiska ludzi kultury, od ich odpowiedzialności, od sposobu realizacji ich wolności. Nie podważam wolności artystów. Uważam, że wszyscy powinniśmy im zagwarantować wolność twórczą. Ale każdy z nich musi czuć się obywatelem Rzeczypospolitej i tak ukierunkować swoją pracę, aby nasz kraj był wielki.

Minister kultury prof. Piotr Gliński rozpisał konkurs na scenariusz do filmu o historii Polski. Zaczynamy nowe otwarcie w budowaniu tożsamości narodowej?

– Powoli zbliżamy się do bardzo ważnej rocznicy. W 2018 r. będziemy świętować setną rocznicę odzyskania niepodległości. Nasza kinematografia stworzyła wiele ciekawych pozycji, ale ciągle brakuje rzetelnych filmów historycznych, które przedstawiałyby wybitne postacie czy ważne wydarzenia w historii Polski. Cieszę się, że mamy wielu ambitnych twórców, którzy uciekają od kiczu w stronę interesujących projektów. Teraz czekamy na premiery filmów o tragedii smoleńskiej czy o ludobójstwie wołyńskim. Artyści sięgają więc po trudne tematy. Nie chodzi o to, żeby było to kino będące impresją artystyczną czy polityczną, ale żeby oddawało prawdę o wydarzeniach w sposób atrakcyjny. Punktem odniesienia może być dla nas kinematografia amerykańska. Niejednokrotnie filmy wyprodukowane przez Amerykanów stają się hitami o ogólnoświatowym zasięgu. Polska ma jeszcze wiele do zrobienia.         

Dziękuję za rozmowę.

Rafał Stefaniuk

NaszDziennik.pl