Ubiegłotygodniową uchwałę Sejmu o ludobójstwie na Wołyniu poprzedziła burzliwa debata. Czy w tak oczywistej sprawie konieczne było głosowanie, czy ta uchwała nie powinna być przyjęta przez aklamację?
– Owszem, tak powinno być, ale niestety tak się nie stało. Jako środowiska kresowe z wielką radością odnotowaliśmy fakt, że za przyjęciem tej ważnej uchwały zagłosowało 432 posłów, nikt nie był przeciw, a tylko, bądź może aż 10 posłów: trzech z Platformy i siedmiu z Nowoczesnej wstrzymało się od głosu. Ten niejednogłośny wynik pokazuje, że jednak w Polsce znaleźli się parlamentarzyści, którzy swoim sprzeciwem i wnioskami spowodowali, że zamiast aklamacji konieczne było głosowanie. Zważywszy na podziały, jakie obserwujemy na polskiej scenie politycznej, sam fakt przyjęcia uchwały o ludobójstwie na Wołyniu i uznaniu dnia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP, uważam za wielki sukces. To pokazuje, że ta oczywista prawda dotarła niemal do wszystkich parlamentarzystów.
Wynik tego głosowania nie oddaje jednak tego, jak trudna była droga do tego celu…
– Z informacji kuluarowych, jakie do nas docierały, wynika, że sprawa ważyła się niemal do ostatniej chwili i wcale nie było pewności, że ta uchwała zostanie przyjęta przez Sejm RP. I to jest prawda, że droga była – można powiedzieć – wyboista. Już sam fakt, że polski Sejm 19 kwietnia 2005 r. przez aklamację, a więc jednogłośnie przyjął uchwałę w 90. rocznicę rzezi ormiańskiej, nazywając tę zbrodnię ludobójstwem, a nie czystką etniczną o znamionach ludobójstwa, jak to zresztą do niedawna było w przypadku rzezi wołyńskiej, pokazuje, jak wiele czasu musiało upłynąć i jak wiele wysiłku trzeba było włożyć na różnych polach, żeby uznać tę – wydawałoby się oczywistą – oczywistość. Ze strony polityków jest to symptom czegoś w rodzaju nienormalnego podejścia do własnej historii.
Zbrodnia ludobójstwa została nazwana zgodnie z prawdą i tak jak Pani mówi, nie byłoby to możliwe, gdyby nie presja wielu środowisk, głównie kresowych. Czy po latach starań, odbijania się od ściany do ściany, czuje Pani dziś ulgę?
– Czuję ogromną satysfakcję chociażby dlatego, iż miałam wielkie obawy, że to się po prostu nie uda. Mimo wielu pism i szeregu apeli kierowanych przez całe lata do polityków, mimo manifestacji przed Sejmem, nasz głos niestety nie był słyszany. Ta sprawa stawała na forum Sejmu kilka razy, ale bez skutku. Teraz Sejm przeprowadził tę uchwałę i w końcu mamy dzień pamięci ofiar ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich, co ważne, 11 lipca, a nie 17 września – jak sugerowali niektórzy politycy, czym zresztą usiłowano niejako połączyć wszystkie zbrodnie, także sowieckie dokonane na Kresach Wschodnich od początku II wojny światowej. Takie podejście groziło rozmyciem zbrodni wołyńskiej, na co nie mogło być naszej zgody. Mimo tak długiej i niełatwej drogi chcę wyrazić dziś wielką wdzięczność wobec wszystkich, którzy swoją pracą doprowadzili do stanu, że mamy to upamiętnienie, podziękowania, należą się także tym parlamentarzystom, którzy oddali głos za prawdą.
Z jednej strony zbrodnia wołyńska zostaje nazwana przez Sejm po imieniu – ludobójstwem, a z drugiej niejako dla równowagi w tej uchwale pojawia się zdanie: „Przypominając zbrodnie ukraińskich nacjonalistów, nie można przemilczeć ani relatywizować polskich akcji odwetowych na ukraińskie wioski, w wyniku których także ginęła ludność cywilna”.
– Ten zapis został wprowadzony na wniosek posła Platformy Marcina Święcickiego dla tzw. równowagi. Zresztą rola tego parlamentarzysty przy procedowaniu tej uchwały też była znamienna. Wyraźnie dało się odczuć, że poseł Święcicki dba o dobre samopoczucie gloryfikatorów zbrodniarzy – tak trzeba to nazwać. Jak bowiem inaczej nazwać fakt, że nie chciał uznać tych zbrodni za ludobójstwo, po drugie, wyraźnie stawiał znak równości między ludobójstwem na Wołyniu a akcjami odwetowymi, co jako niezgodne z prawdą historyczną jest oczywiście nie do przyjęcia także z moralnego punktu widzenia. Tym samym rola posła Święcickiego była tu, nie owijając w bawełnę, haniebna. Wnioskodawcy i przeprowadzający uchwałę przez Sejm zgodzili się na tę poprawkę do projektu Prawa i Sprawiedliwości tylko dlatego, żeby ta uchwała w ogóle nie wypadła poza burtę. Był to zatem pewien kompromis, nieszczęsny wprawdzie, ale mimo wszystko kompromis. Mnie to sformułowanie razi, ale przyjmuję wytłumaczenie, że nie było innego wyjścia. Osobiście ujęłabym to inaczej.
A zatem…?
– Ujęłabym to w ten sposób: – ubolewając nad ofiarami polskich odwetów, zwracamy uwagę, że nie można stawiać znaku równości pomiędzy akcjami odwetowymi sprowokowanymi ludobójstwem a samymi zbrodniami ludobójstwa dokonanymi przez ukraińskich nacjonalistów, które były zaplanowane i skutecznie przeprowadzone. Dopiero takie sformułowanie stwarzałoby rozróżnienie, że czym innym jest odwet, a czym innym jest ludobójstwo, zarówno jeśli chodzi o charakter, jak i skalę zbrodni.
Wiele mówi się, że jeśli przyjaźń między Ukrainą i Polską w ogóle ma być, to musi być ona oparta na prawdzie o tragedii wołyńskiej. My, Polacy, mamy wolę bycia w dobrych relacjach z Ukrainą, co przejawia się chociażby we wspieraniu tego kraju w dążeniach niepodległościowych, ale czy mamy pewność – zważając na odradzającą się ideologię i kult Bandery, że Ukraina nigdy więcej nie powróci do zbrodniczych praktyk sprzed lat?
– Słowa o „wielkiej przyjaźni” czy strategicznym partnerstwie między Ukrainą a Polską są głoszone głównie przez polskich polityków. Przyznam, że nie spotkałam się z tak jednoznacznymi deklaracjami po stronie ukraińskiej. Natomiast reakcja, jakie na Ukrainie wywołała uchwała polskiego Sejmu w sprawie ludobójstwa na Wołyniu, jest bardzo symptomatyczna. Dokument ostro skrytykował ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca. Ukraińcy nazywają decyzję naszych posłów „historycznym nieporozumieniem”, mowa jest również o narastającej „antyukraińskiej histerii” w Polsce. Ta retoryka ukraińskich polityków różnego szczebla, w tym również ze strony prezydenta Poroszenki, jest wypowiadana w bardzo nieprzyjemnym tonie.
O czym to, Pani zdaniem, świadczy?
– To znaczy, że na Ukrainie nie ma nawet mowy o jakiejkolwiek refleksji, jeśli chodzi o działalność OUN-UPA, że Ukraińcy w dalszym ciągu tkwią na stanowisku, że członkowie tej zbrodniczej organizacji mają być bohaterami Ukrainy. Natomiast każde zdanie odrębne jest uważane za wrogie działanie przeciwko Ukrainie, co z kolei powinno się spotkać z ostrą reakcją. To są bardzo symptomatyczne sygnały, które powinny wzbudzić refleksję u polskich polityków, co więcej, spowodować więcej ostrożności w naszych relacjach z Ukrainą. Ponadto na Ukrainie występują – niestety coraz częściej – zjawiska wrogie w stosunku do Polski, o czym nasze media nie donoszą. Co więcej, wszelkie próby zwrócenia uwagi naszym władzom czy mediom, że takie sytuacje mają miejsce, są – o dziwo – lekceważone, mało tego, uznawane za zjawiska marginalne, które nie mają żadnego znaczenia.
Czy ma to znaczenie…?
– Oczywiście, że tak. Proszę pamiętać, że te formacje nacjonalistyczne, które zostały uznane na Ukrainie za bohaterskie i jako takie zasługujące na wprowadzenie do świadomości społecznej i do historii, były formacjami antypolskimi i to silnie antypolskimi, odpowiedzialnymi za ludobójstwo. W związku z tym, jeżeli państwo ukraińskie podnosi do rangi bohaterów ludobójców Polaków, to znaczy, że uznaje, iż ich wyrzynanie miało uzasadnienie. Skoro miało uzasadnienie w przeszłości, to równie dobrze – z jakichś powodów – w przyszłości też można będzie zbrodniczo wystąpić wobec Polaków czy wobec Polski.
Chyba nie bez powodu mówi się, że Ukraina, zwłaszcza jej zachodnia część, jest czerwono-czarna…?
– Tak rzeczywiście można dzisiaj powiedzieć. O ile na dzisiejszej Ukrainie można i owszem znaleźć ludzi, którzy są życzliwi wobec Polski i nie identyfikują się z nacjonalizmem ukraińskim, to trzeba przy tym powiedzieć, że nie mają oni nic do powiedzenia. Ci ludzie nie są żadną siłą, która równoważyłaby czy też byłaby w stanie przeciwstawić się odradzającemu się nacjonalizmowi ukraińskiemu. Oni są przyduszeni i na dobrą sprawę nie mają odwagi publicznie zadeklarować innego punktu widzenia. Przeważa retoryka wrogości wobec Polski i Polaków. Eksponowanie i wystawianie na piedestał nacjonalistycznych, zbrodniczych formacji, tworzenie kultu Bandery i OUN-UPA, jest bardzo na rękę Rosji. I dziwi mnie, że ukraińskie elity polityczne tego nie dostrzegają. OUN-UPA oczywiście były antysowieckie i antyrosyjskie, a skoro tak, to niewykluczone, że w związku z agresją Rosji na wschodnią Ukrainę uważa się, że temu państwu są dziś potrzebni tacy „bohaterowie” i taki duch. Ale to daje argumenty Putinowi, któremu łatwiej jest przekonać naród rosyjski, że Ukraina stała się państwem faszystowskim, które zagraża zarówno Rosji, jak i całemu światu. I taka jest retoryka rosyjskiej propagandy, a w związku z tym uzasadniona jest agresja i prowadzenie wojny przeciwko takiemu państwu jak Ukraina.

