Przeżywamy w Kościele Rok Miłosierdzia. Przywołuje nam on często na myśl ludzi biednych. Dzieci nienarodzone są najuboższymi tego świata?
– Dzieci poczęte są tymi najuboższymi z najuboższych, także na poziomie materialnym – np. w Kanadzie nie mają żadnych praw w tym podstawowym wymiarze ochrony życia, które w każdej chwili może być im odebrane. Skoro pozbawia się je prawa do życia, to również do zdrowia. W Kanadzie życie poczęte nie jest w żaden sposób chronione, dziecko w łonie matki można zabić na każdym etapie ciąży, jeżeli matka np. nadużywa w ciąży alkoholu, także nic nie można zrobić. Jeśli ktoś już narodzony jest w takiej sytuacji jak poczęte dziecko w Kanadzie – opuszczony, bez praw, bez ochrony, to i tak ma nieporównywalnie lepiej. Bo go widzimy. Możemy zareagować, może on nas przejąć swoją historią, dziecka nienarodzonego nie widzimy. Ono jest ukryte, czasem nawet przed samą matką. Jeśli kobieta używa działających poronnie środków antykoncepcyjnych, może ona zabić w ten sposób swoje dziecko, nawet o tym nie wiedząc, nie wiedząc w ogóle o jego istnieniu.
Bogate społeczeństwa, w których dziecko jest postrzegane jako wróg i problem, są z kolei dotknięte duchową biedą. Jakie są oblicza tej duchowej nędzy w Kanadzie?
– Na podstawowym poziomie możemy na pewno mówić o zerwaniu relacji z Bogiem, o braku świadomości Boga, potrzeby Boga. Kanada jest bogatym państwem, ludziom żyje się dobrze i jest pokusa poczucia, że jesteśmy samowystarczalni, że nie zależymy od nikogo, także od naszego Stwórcy. Są oczywiście ludzie bogaci, którzy nie odwracają się od Boga, pamiętają o tym, skąd pochodzą, ale przeważnie dominuje materializm i dbanie o wygodę.
Wspominasz, że dzięki temu, iż Twoja rodzina żyła w skromnych warunkach, budowałaś swoją wrażliwość na potrzeby innych ludzi.
– To prawda. Dochody mojego taty, który był nauczycielem, nie były nie wiadomo jak wysokie, starczało nam na wszystko, ale nasza rodzina była duża, rodzice wychowywali także pięcioro dzieci adopcyjnych, zatem nie byliśmy zamożni.
Czego możemy się uczyć od biednych ludzi?
– Kiedy mamy możliwość odwiedzania materialnie biednych państw, odkrywamy radość, która tam panuje. Matka Teresa często mówiła o tym, jak wspaniałymi ludźmi są ludzie biedni. Ona dzieliła ich życie i była dla nich jak matka. Opowiadała wielokrotnie historie osób, które nie miały niemal nic, a umiały się tym dzielić. Dwanaście lat temu miałam okazję być w Meksyku, poznałam wspaniałego człowieka, który był nauczycielem w szkole średniej, uczył dzieci z katolickich, bogatych domów, ale często rozbitych, i chciał im dać szansę poznania ubogich rodzin. Wybrałam się z nimi do najuboższych dzielnic Meksyku. To były piękne biedne rodziny, przyjęły nas w zadziwiający sposób, nie miały niemal nic, ale w jakiś sposób udało im się przygotować wspaniały posiłek dla nas. Ci młodzi ludzie z bogatych domów byli niezmiernie poruszeni. Byli przygotowani na to, że obdarują tych biednych ludzi, żyjących naprawdę na skraju nędzy, mieli pudła prezentów, ale prawda jest taka, że sami otrzymali znacznie więcej.
„Błogosławieni ubodzy w duchu” – powiedział Pan Jezus. To recepta na dzisiejszy kult siły, posiadania i samowystarczalności? Co dla Ciebie znaczy być ubogim w duchu?
– Mieć świadomość, że zależę od Boga – to jest klucz, wiedzieć, że jestem nicością, nie mam niczego, co by od Boga nie pochodziło, że jestem żebrakiem. Jeśli jestem ubogi w duchu, to jestem też zdystansowany, w tym sensie, że wiem, iż wszystko otrzymałem od Boga i wszystko jest darem, zostało mi powierzone, a nie przeze mnie zdobyte w sensie egoistycznym, a więc nie jest przeznaczone tylko dla mnie. Matka Teresa mówiła, że powinno się przyjmować to, co Bóg daje, i dawać to, co On bierze. Jedno i drugie z radością i uśmiechem. To wydaje mi się ubóstwem w duchu, gdy robię, co On chce. Jeśli chce, abym żyła w zamku, żyję w zamku, a jeśli chce, żebym żyła w chatce, żyję w chatce.
Za co dziękujesz Bogu?
– Przede wszystkim dziękuję za dar wiary. Nie wiem, czy gdyby wiara nie została mi przekazana w dzieciństwie, dziś nie walczyłabym z Bogiem. Z tej wiary jestem dumna i dziękuję za wszystko to, co pomaga mi w niej trwać. Dziękuję za to, czego się nauczyłam poprzez trudne doświadczenia. One są radarem, który przypomina o modlitwie płynącej z wiary.
Trwają Światowe Dni Młodzieży. Jak mówić młodym, pełnym radości ludziom o krzyżu, który jest wpisany w pójście za Jezusem?
– Tylko w świetle zmartwychwstania. Myślę, że warto także zawsze zaczynać od naszego własnego doświadczenia, dzielić się nim. Świadectwo to zawsze dobry początek rozmowy. Osobiste historie poruszają, budzą zachwyt, ludzie zaczynają się zastanawiać, skąd ta osoba to ma. I wtedy odkrywają jej „sekret”. „To Jezus” – jak mówiła Matka Teresa. Nikt nie kocha krzyża dla samego krzyża, bo to nie ma żadnego sensu. Jeśli widzimy krzyż w perspektywie zmartwychwstania, to nawet jak go widzimy w perspektywie naturalnej, że jest śmierć i zmartwychwstanie, możemy odnosić do krzyża nasze małe doświadczenia, nawet z dzieciństwa. Życie przypomina trochę bieg z przeszkodami. Żeby biec szybko, trzeba się zdobyć na to, żeby skakać. Dla nas prawdziwą przeszkodą jest brak ufności. W sercu każdego z nas jest pragnienie dobra, prawdy i miłości. To pragnienie miłości pozwala każdemu, gdy za nim podąża, kochając innych, odkryć miłość Jezusa. I wtedy poznaje się, że to jest dopiero prawdziwa miłość, ta, którą widać w Jego ranach. Ale po tym jest zmartwychwstanie.
Spotykasz w Kanadzie ludzi, którzy pytają Ciebie, „skąd to masz”?
– Kobiety, z którymi byłam w więzieniu, pytały, czy ja naprawdę w to wierzę. Odpowiadałam, że tak, ale to jest mała wiara i muszę się modlić. Mówić tak jak ojciec, który przyprowadził do Jezusa swojego chorego syna. Jezus zapytał go: „Czy wierzysz?”. A on odpowiedział uczciwie: „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu”.
Wielu młodych może mieć dziś poczucie, że gdy pójdą za Jezusem, to coś stracą – może znajomych, może dobrą pracę. Ty z powodu obrony życia nienarodzonych spędziłaś sześć lat w więzieniu. Miałaś poczucie, że coś tracisz?
– Mogę odpowiedzieć tak: boimy się coś utracić w tym wymiarze, który znamy, który daje nam poczucie bezpieczeństwa, ale nie wiemy, że jest inny wymiar szczęścia, który daje nam Bóg, kiedy Mu się poddajemy. Ktoś powiedział, że ten się cieszy z kałuży, kto nie widział nigdy oceanu.
Błogosławisz tym, którzy Cię prześladują?
– Staram się ich kochać bardziej, bo wiem, że to jedyna droga, by czynić świat lepszym – tak mówi Ewangelia. To Jezus powiedział nam, że gdy jesteśmy prześladowani, mamy błogosławić. Łaskę błogosławienia tych, którzy nas prześladują, daje Bóg.
Tylko życie dla innych ma sens? Nie mam czasu, mam własne sprawy – tym często usprawiedliwiamy brak zainteresowania bliźnim obok, choćby losem dzieci poczętych.
– W niektórych przypadkach może nie być takiej możliwości, by działać na rzecz innych. Ludzie mogą mieć trudną sytuację, każdy przypadek jest inny. Każdy sam musi zadać sobie szczerze pytanie, czy powinien robić coś więcej, żyć bardziej intensywnie. Musimy, każdy w sumieniu, rozstrzygnąć, „kto jest moim bliźnim” w konkretnej życiowej sytuacji i do czego Bóg mnie wzywa.
Poruszasz w swych wypowiedziach dotykający współczesnych katolików problem racjonalizacji wiary. Co przez to rozumiesz?
– Posłużę się przykładem – nie znam żadnego farmaceuty w Toronto, który nie sprzedaje środków wczesnoporonnych. Może ktoś taki jest, ale ja go nie spotkałam. A wiemy, że one powodują aborcję. Sprzedają je nawet farmaceuci deklarujący wiarę i postawę pro-life. Bardzo trudno się z nimi rozmawia, ponieważ przyjmują oni to, co wynika z wiary, tylko do pewnego poziomu. Bo weszli w taką koleinę myślenia, że skoro wszyscy tak postępują, może to nie jest takie złe, może ja nie mogę nic zmienić. Spotkałam kiedyś farmaceutę, który jest Żydem i odmawia sprzedaży pigułki „dzień po”. Kiedyś pewna katoliczka prosiła go, by przestał je sprzedawać. Przypomniała mu, czym był holokaust. Natychmiast zdjął wtedy te tabletki z półki i trwa to już sześć lat. Rozmawiałam z nim i powiedział, że musi jednak kierować pytających się o te środki do innych farmaceutów, żeby być w zgodzie z prawem – taki jest poziom jego ustępstw.
Co powiedziałabyś politykom, którzy deklarują wiarę, ale są przeciwni pełnej ochronie życia, argumentując, że mogą wówczas stracić władzę, nie zrobią iluś dobrych rzeczy?
– Powiedziałabym im: spójrzcie na św. Tomasza More’a, który powiedział: „Jestem dobrym sługą króla, ale najpierw jestem sługą Boga”. Kiedy dochodzimy w życiu do punktu konfliktu między naszą wiarą a tym, co wydaje mi się obowiązkiem w związku z wypełnianiem urzędu, to powinno być jasne, że tu nie powinno być konfliktu, jeśli wiem, jaka jest prawda i kim sam jestem. To kwestia wierności sobie i tego, że nie mogę się odwrócić od prawdy. Jeśli ktoś naprawdę chce służyć ludziom, to może to czynić tylko zgodnie z prawdą. A głosowanie na coś, co sprzeciwia się prawdzie, w szczególności przeciwko życiu, jest ze szkodą dla społeczeństwa, nawet jeśli wydaje się, że tak chce większość. Większość też może się mylić. Jeśli naprawdę chcesz służyć, to musisz mieć odwagę się sprzeciwić. Mamy wiele przykładów takich odważnych ludzi – św. Tomasz More, św. John Fisher i wielu innych. Tomasz More miał żonę i pięcioro dzieci, a został uwięziony i zabity. Dziś jednak politykom nie grozi taka kara za wierność swojej wierze.
Trzeba być gotowym na to, że wierne trwanie przy prawdzie oznacza czasem samotne trwanie – tak jak w Twoim przypadku?
– Tak się może zdarzyć, podobnie jak to, że polityk nie zostanie ponownie wybrany. To się może zdarzyć. Ważniejsze jest to, że jeśli ktoś chce służyć, a odwraca się od prawdy, to znaczy, iż stracił integralność. Człowiek powinien opowiadać się za tym, w co wierzy. I wyborcy chcą na takich ludzi głosować.
Wiemy, że zachwyciłaś się podczas tej wizyty w Polsce bł. ks. Jerzym Popiełuszką. Jacy inni święci są Ci szczególnie bliscy?
– Święty Maksymilian Kolbe, od razu przeczytałam książkę na jego temat, gdy tylko o nim usłyszałam. Bardzo kocham także św. Teresę, bł. Matkę Teresę z Kalkuty, św. Tomasza More’a, św. Jana Pawła II, św. Jana, który stał pod krzyżem jako umiłowany uczeń. Wszyscy oni powiedzieli „tak” Jezusowi, „tak” wezwaniu do modlitwy, „tak” wezwaniu, by „głodnych nakarmić, chorych odwiedzać, przyjmować bezdomnych”. A najważniejsze jest „modlić się”, bo jeśli to się pominie, to traci się najistotniejsze.
Dziękuję za rozmowę.
Drogi Czytelniku,
zapraszamy do zakupu „Naszego Dziennika” w wersji elektronicznej

