logo
logo

Zdjęcie: NINIWA Team/ Inne

Przekraczać granice

Czwartek, 4 sierpnia 2016 (11:47)

Ten ciągle jeden z pierwszych dni wyprawy rozpoczął się bardzo wcześnie, bo o 4.45. Noc minęła spokojnie, a temperatura na zewnątrz namiotów pozwoliła na spokojny sen, który zregenerował ciała zmęczone po poprzednim dniu. Po szybkiej porannej toalecie, śniadaniu oraz zapakowaniu swoich rowerów o godz. 5.45 grupa stawiła się na wspólnej modlitwie, którą tego dnia poprowadził Emil Burdziłowski.

Na miejscu zbiórki oprócz uczestników wyprawy stawili się również rodzice Kasi oraz ojcowie pijarzy. Przed wyjazdem doszło jeszcze do tradycyjnego podziału na trzy grupy, którego również dokonał Emil według następującego schematu: pierwsza grupa to tzw. zawodowcy, czyli osoby mające na swoich stopach buty SPD, druga grupa to tzw. nieprzejmujący się opinią innych, czyli osoby jadące w skarpetkach i… sandałach, grupa trzecia to tzw. cała reszta, czyli cała reszta. Po uroczystym podziale i gorącym pożegnaniu grupa o godz. 6.00 ruszyła w drogę.

Przy sprzyjającej pogodzie i świetnych nastrojach pierwsze 50 km minęło bardzo szybko. Grupa dojechała do miejscowości Jarosław, w której to o. Tomek zarządził pierwszy postój. W czasie przerwy atmosfera w grupie nieco się zagęściła, ponieważ uczestnicy zaczęli sobie uświadamiać, że to już za parędziesiąt kilometrów każdy z nich będzie musiał przekroczyć pewną bardzo ważną dla świata granicę, a mianowicie granicę między Polską a Ukrainą, ale również granicę strefy Schengen, jak i granice UE. Trzeba tu wspomnieć, że osoby, które uczestniczyły w wyprawie na Syberię 3 lata temu, bardzo niemiło wspominały to miejsce. Po 30 minutach przerwy i podładowaniu akumulatorów uczestnicy wsiedli na rowery, podzielili się na swoje grupy i pojechali… niestety każda grupa w swoją stronę. Nie było to oczywiście spowodowane jakąś kłótnią bądź rozłamem w grupie, ale całkiem zwyczajnym nieporozumieniem i niedogadaniem. Po zebraniu wszystkich do tzw. kupy i kilku twardych ustaleniach o. Tomka grupa mogła w końcu ruszyć, aby po chwili znów się zatrzymać z powodu pękniętej dętki w rowerze wspomnianego już na początku dzisiejszego dnia Emila, który stanął jednak na wysokości zadania i w ekspresowym tempie poradził sobie z usterką.

Podczas kolejnych 45 km, które prowadziły w kierunku napawającego lękiem przejścia granicznego w Medyce, pewnie niejeden wyprawowicz rozmyślał nad przekraczaniem swoich życiowych granic i lękami z tym związanymi. „Jezu, ufam Tobie”, „Miłosierdzie” to piękne hasła, ale ile trzeba odwagi i jakie swoje granice trzeba pokonać, aby okazać miłosierdzie względem tych, z którymi nam nie po drodze. A przecież Miłość powinna być pierwsza…

Po dojechaniu w pobliże przejścia stwierdzili, że jest gorzej, niż zakładali… Po pierwsze, mieli nadzieję, że w kolejce do granicy odpoczną, a tu nic, kolejki nie było. Po drugie, doznali wielkiego upokorzenia gdyż ich: rowerzystów – posiadaczy kółek, skierowano na bramki dla pieszych. I po trzecie, (to najstraszniejsza informacja): ostatnie wspomnienie Ojczyzny, nasza „polska” Biedronka okazała się zamknięta z powodu remontuRowerzyści bardzo liczyli na kantor, który się tu znajdował, a tymczasem zostali bez możliwości wymiany gotówki.

I znowu „Jezu, ufam Tobie”. Jestem ciekawy, jak często uczestnicy powtarzali tę krótką modlitwę tego dnia. W każdym razie ich modlitwy zostały wysłuchane i to, co napawało wielkim lękiem, okazało się błahym problemem, z którego można sobie pożartować. Normalnie, jak w życiu…

Pierwsze kilometry pokonywane po drogach Ukrainy okazały się szokiem. Dla starszych uczestników był to szok związany z bardzo dobrą jakością dróg, a dla tych młodszych z tym, że poczuli się jak bohaterowie filmu „Powrót do przeszłości”, widząc na drogach samochody z epoki młodości ich rodziców.

Po przejechaniu 15 km drogami Ukrainy dojechali do miejscowości Mościska i tam na rynku w cieniu celebrowali Mszę św., zjedli obiad oraz zrobili drobne zakupy. Spotkali też pierwszych lokalnych mieszkańców, wśród których wzbudzili duże zainteresowanie. Część z nich była bardzo pozytywnie nastawiona do całej wyprawy NINIWA Team, ale znalazł się jeden taki, który uznał, że to, co robią, nie ma sensu i lepiej żeby wracali do domów. No cóż, proponuję dziesiątkę Różańca w jego intencji i kolejną wyprawę rowerową przyjmie pewnie do swojego ogródka na noc.

Podczas ostatniego 50-kilometrowego etapu dzisiejszej jazdy doszło do małej awarii w rowerze Krzysztofa Duka. Jednak złamany bagażnik nie zatrzymał grupy na długo i w końcu dotarli do małej wioski 20 km od Lwowa, gdzie zostali przyjęci przez pierwszego napotkanego gospodarza. Ten zaoferował im swoją łąkę pod namioty i kąpiel z węża. Później okazało się, że pan gospodarz był już kiedyś w Polsce, i to nie z byle jakiej okazji, bo odwiedził Kraków, aby spotkać się z Papieżem Benedyktem XVI w czasie jego pobytu w Polsce.

Zdaniem jednego z członków wyprawy Piotrka Bąka, atmosfera w grupie jest bardzo dobra i po pierwszych problemach z przejściem na ty ze starszymi uczestnikami już teraz czują się jedną grupą i czerpią ze swoich doświadczeń. Szczególną osobą jest w grupie Pan Leon (73 lata), który swoją postawą motywuje młodszych uczestników.

Marcin, NINIWA Team

NaszDziennik.pl