Na miejscu zbiórki oprócz uczestników wyprawy stawili się również rodzice Kasi oraz ojcowie pijarzy. Przed wyjazdem doszło jeszcze do tradycyjnego podziału na trzy grupy, którego również dokonał Emil według następującego schematu: pierwsza grupa to tzw. zawodowcy, czyli osoby mające na swoich stopach buty SPD, druga grupa to tzw. nieprzejmujący się opinią innych, czyli osoby jadące w skarpetkach i… sandałach, grupa trzecia to tzw. cała reszta, czyli cała reszta. Po uroczystym podziale i gorącym pożegnaniu grupa o godz. 6.00 ruszyła w drogę.
Przy sprzyjającej pogodzie i świetnych nastrojach pierwsze 50 km minęło bardzo szybko. Grupa dojechała do miejscowości Jarosław, w której to o. Tomek zarządził pierwszy postój. W czasie przerwy atmosfera w grupie nieco się zagęściła, ponieważ uczestnicy zaczęli sobie uświadamiać, że to już za parędziesiąt kilometrów każdy z nich będzie musiał przekroczyć pewną bardzo ważną dla świata granicę, a mianowicie granicę między Polską a Ukrainą, ale również granicę strefy Schengen, jak i granice UE. Trzeba tu wspomnieć, że osoby, które uczestniczyły w wyprawie na Syberię 3 lata temu, bardzo niemiło wspominały to miejsce. Po 30 minutach przerwy i podładowaniu akumulatorów uczestnicy wsiedli na rowery, podzielili się na swoje grupy i pojechali… niestety każda grupa w swoją stronę. Nie było to oczywiście spowodowane jakąś kłótnią bądź rozłamem w grupie, ale całkiem zwyczajnym nieporozumieniem i niedogadaniem. Po zebraniu wszystkich do tzw. kupy i kilku twardych ustaleniach o. Tomka grupa mogła w końcu ruszyć, aby po chwili znów się zatrzymać z powodu pękniętej dętki w rowerze wspomnianego już na początku dzisiejszego dnia Emila, który stanął jednak na wysokości zadania i w ekspresowym tempie poradził sobie z usterką.
Podczas kolejnych 45 km, które prowadziły w kierunku napawającego lękiem przejścia granicznego w Medyce, pewnie niejeden wyprawowicz rozmyślał nad przekraczaniem swoich życiowych granic i lękami z tym związanymi. „Jezu, ufam Tobie”, „Miłosierdzie” to piękne hasła, ale ile trzeba odwagi i jakie swoje granice trzeba pokonać, aby okazać miłosierdzie względem tych, z którymi nam nie po drodze. A przecież Miłość powinna być pierwsza…
Po dojechaniu w pobliże przejścia stwierdzili, że jest gorzej, niż zakładali… Po pierwsze, mieli nadzieję, że w kolejce do granicy odpoczną, a tu nic, kolejki nie było. Po drugie, doznali wielkiego upokorzenia gdyż ich: rowerzystów – posiadaczy kółek, skierowano na bramki dla pieszych. I po trzecie, (to najstraszniejsza informacja): ostatnie wspomnienie Ojczyzny, nasza „polska” Biedronka okazała się zamknięta z powodu remontu. Rowerzyści bardzo liczyli na kantor, który się tu znajdował, a tymczasem zostali bez możliwości wymiany gotówki.
I znowu „Jezu, ufam Tobie”. Jestem ciekawy, jak często uczestnicy powtarzali tę krótką modlitwę tego dnia. W każdym razie ich modlitwy zostały wysłuchane i to, co napawało wielkim lękiem, okazało się błahym problemem, z którego można sobie pożartować. Normalnie, jak w życiu…
Pierwsze kilometry pokonywane po drogach Ukrainy okazały się szokiem. Dla starszych uczestników był to szok związany z bardzo dobrą jakością dróg, a dla tych młodszych z tym, że poczuli się jak bohaterowie filmu „Powrót do przeszłości”, widząc na drogach samochody z epoki młodości ich rodziców.
Po przejechaniu 15 km drogami Ukrainy dojechali do miejscowości Mościska i tam na rynku w cieniu celebrowali Mszę św., zjedli obiad oraz zrobili drobne zakupy. Spotkali też pierwszych lokalnych mieszkańców, wśród których wzbudzili duże zainteresowanie. Część z nich była bardzo pozytywnie nastawiona do całej wyprawy NINIWA Team, ale znalazł się jeden taki, który uznał, że to, co robią, nie ma sensu i lepiej żeby wracali do domów. No cóż, proponuję dziesiątkę Różańca w jego intencji i kolejną wyprawę rowerową przyjmie pewnie do swojego ogródka na noc.
Podczas ostatniego 50-kilometrowego etapu dzisiejszej jazdy doszło do małej awarii w rowerze Krzysztofa Duka. Jednak złamany bagażnik nie zatrzymał grupy na długo i w końcu dotarli do małej wioski 20 km od Lwowa, gdzie zostali przyjęci przez pierwszego napotkanego gospodarza. Ten zaoferował im swoją łąkę pod namioty i kąpiel z węża. Później okazało się, że pan gospodarz był już kiedyś w Polsce, i to nie z byle jakiej okazji, bo odwiedził Kraków, aby spotkać się z Papieżem Benedyktem XVI w czasie jego pobytu w Polsce.
Zdaniem jednego z członków wyprawy Piotrka Bąka, atmosfera w grupie jest bardzo dobra i po pierwszych problemach z przejściem na ty ze starszymi uczestnikami już teraz czują się jedną grupą i czerpią ze swoich doświadczeń. Szczególną osobą jest w grupie Pan Leon (73 lata), który swoją postawą motywuje młodszych uczestników.

