logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Czekamy na prawdę

Piątek, 9 września 2016 (03:24)

Ze Stanisławem Piotrowiczem, posłem Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Pośle, po ponad dwóch latach starań Komisja Prawna Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy zajmie się przygotowaniem raportu ws. katastrofy smoleńskiej. Czy w tej sytuacji wystarczy powiedzieć lepiej później niż wcale…?

– Każde działanie zmierzające czy też sprzyjające rzetelnemu, a nie tylko pozorowanemu wyjaśnieniu katastrofy smoleńskiej jest warte uwagi. To dobrze, że międzynarodowe gremia chcą się zająć tą sprawą. Szkoda tylko, że działania te są podejmowane dopiero teraz – po ponad sześciu latach od tej największej w dziejach państwa polskiego tragedii. Przez tyle lat, kiedy rząd koalicji PO - PSL nie podejmował działań, które podjąć powinien, środowisko PiS czyniło starania i zabiegało o to, żeby międzynarodowe instytucje zajęły się tym, co się wydarzyło pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r. Oczekiwaliśmy, że powstanie międzynarodowa komisja składająca się z ekspertów, ale niestety nie powstała. Zgromadzenie Parlamentarne to jeden z dwóch głównych organów statutowych Rady Europy. Jest to zatem ciało, które oddziałuje bądź to przez rekomendacje kierowane do Komitetu Ministrów, bądź przez rezolucje i opinie. Nie ma jednak instrumentów sprawczych, a więc np. możliwości prowadzenia śledztw.

Co powinien zawierać raport, który ma powstać i ewentualna rezolucja Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy?

– Raport powinien odnosić się do faktów, a te są takie, że wydarzyła się największa w najnowszych dziejach Polski i w ogóle współczesnego świata katastrofa, która mimo upływu sześciu lat nie została wyjaśniona. Raport powinien odnosić się do przyczyn i okoliczności tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. Jeśli zaś chodzi o rezolucję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, która jest następstwem czy też kolejnym krokiem, to mam nadzieję, że zgodnie z prawem międzynarodowym wezwie ona Rosję do konkretnych działań, m.in. do zwrotu dowodów, które mimo iż są własnością państwa polskiego, to wciąż są na terenie Rosji.

Czy w tej sytuacji Rada Europy jest w stanie wpłynąć na Putina, który – jak pamiętamy – w sprawie Krymu ignoruje głosy wspólnoty międzynarodowej?

– Fachowcy powinni badać, dyplomaci winni podejmować wysiłki, a Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy może być wsparciem politycznym dla tego rodzaju przedsięwzięć. W moim przekonaniu, zgromadzenie to mogłoby stworzyć coś w rodzaju politycznej osłony dla tych działań. Nie jest jednak tym ciałem, które może dokonać ustaleń, nie może też badać, bo po pierwsze nie ma tam odpowiednich specjalistów, ale również instrumenty, jakimi dysponuje, nie są też odpowiednie do tego typu działań. Zresztą instytucje Unii Europejskiej w ostatnim czasie są skierowane przeciwko demokratycznie wybranym władzom w Polsce. Widać to chociażby po działaniach Komisji Europejskiej czy Komisji Weneckiej. Wszystko idzie w tym kierunku, żeby stłamsić prawicowy polski rząd. Mam nadzieję, że działania Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy nie będą czerpać z tych złych wzorców. Tak jak już wcześniej powiedziałem, wtedy, kiedy instytucje państwa polskiego nie podejmowały działań, kiedy były bardzo słabe i co tu dużo mówić niechętne, aby rzetelnie wyjaśnić katastrofę smoleńską, wówczas oczekiwaliśmy wsparcia międzynarodowego, ale go nie było. Dzisiaj rodzi się jakaś idea udzielenia takiego wsparcia z zewnątrz – to dobrze. Natomiast jeśli chodzi o wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej, to o to zabiega obecny rząd Prawa i Sprawiedliwości. I mam nadzieję, że działania podejmowane przez Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy pójdą w sukurs polskiemu rządowi.   

Co może skłonić Putina, żeby w końcu zmienił swoje podejście i udostępnił dokumenty i niezbędne dowody?

– Sądzę, że gdyby prezydent Rosji miał taką wolę, to już by to zrobił. Natomiast karygodnym błędem było to, że poprzedni rząd koalicji PO - PSL na to liczył. Przecież dowody trzeba było zabezpieczać wtedy, kiedy sprawa była gorąca, kiedy taka możliwość istniała, a więc bezpośrednio po katastrofie. Nie sądzę, żeby Putin był dziś skłonny udostępniać jakiekolwiek dowody, które mogłyby świadczyć przeciwko Rosji i przeciwko niemu samemu. Biorąc to pod uwagę, nie spodziewam się takiego gestu ze strony Rosji, natomiast liczę na współpracę tych europejskich i amerykańskich służb, które w moim przekonaniu dysponują pewną wiedzą i pewnymi dowodami, tyle że po 10 kwietnia 2010 r. nie bardzo miały komu te materiały przekazać. Pamiętamy chociażby zdjęcia, które przekazywała strona amerykańska Polsce, zdjęcia, które gdzieś zaginęły i przez długie miesiące ponoć nie można ich było znaleźć. A zatem Amerykanie też się zorientowali, że w Polsce po stronie rządzących nie było partnera do współpracy przy ustaleniu przyczyn katastrofy smoleńskiej. W tej chwili, odkąd rządy w Polsce sprawuje Prawo i Sprawiedliwość, sytuacja się zmieniła i liczymy na to, że służby specjalne innych państw, które w moim przekonaniu mogą dysponować pewnymi materiałami, udzielą Polsce takiego wsparcia.

Czy polskie służby specjalne nie dysponowały również materiałami, które mogłyby rzucić światło na to, co się wydarzyło 10 kwietnia pod Smoleńskiem?      

– Przecież samolot, którym na uroczystości w Katyniu udawał się prezydent Lech Kaczyński wraz z szeregiem osób ważnych dla państwa polskiego, patrząc z punktu widzenia służb specjalnych, był w tym momencie najważniejszym obiektem w powietrzu. I ten samolot powinien być monitorowany przez służby specjalne, co więcej powinien być utrzymywany stały kontakt z tym samolotem. Stąd jeżeli Amerykanie dysponują nasłuchami, to nie wierzę w to, żeby również polskie służby nie prowadziły takiego nasłuchu i tego, co się działo w kokpicie, i w ogóle w samolocie Tu-154M. Niestety Platforma wespół z PSL-em, które rządziły wówczas w Polsce, nie były zainteresowane czy też nie miały interesu w tym, żeby takie materiały ujawniać.

Jeszcze we wrześniu Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego ma ujawnić swoje pierwsze ustalenia. Czego się Pan spodziewa?

– Pewne informacje w tym kierunku już się pojawiły, m.in. min. Antoni Macierewicz wspominał o tym, że komisja ujawni prawdziwe nagrania z samolotu Tu-​154M, które pokażą rzeczywisty przebieg wypadków związanych z katastrofą w Smoleńsku. Wiele wskazuje na to, że skrywano pewne fakty przed społeczeństwem, nie dociekano też prawdy, a o mataczeniu prokuratury wojskowej już nie wspomnę, bo wielokrotnie to czyniłem w naszych rozmowach wcześniej. Zatem mam nadzieję, że również po stronie polskiej istniały dowody, które ze względów politycznych niestety nie ujrzały światła dziennego. Myślę, że będzie je można zestawić z tymi ustaleniami, które poczyniła komisja, na której czele stał ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller. Chcemy dotrzeć do prawdy.


22 stycznia polska delegacja z wiceministrem polskiego MSZ Markiem Ziółkowskim goszcząca w Moskwie usłyszała, że zwrot dowodów nastąpi po zakończeniu śledztwa i wspólnym uzgodnieniu przyczyn katastrofy. Co to oznacza?

– Stanowisko Rosji nie jest niczym nowym. To jest kontynuacja działań, jakie Rosja prowadziła od samego początku, a wynika ona także, a może przede wszystkim z zaniechań ówczesnego premiera Donalda Tuska, który zgodził się, podpisał memorandum, w którym wyraża zgodę, aby dowody, a więc wrak tupolewa, czarne skrzynki pozostały w Rosji do zakończenia nie śledztwa, ale postępowania sądowego. To oznacza, że Rosja może śledztwo prowadzić w nieskończoność, bo przecież nie ma żadnego terminu granicznego, a jeżeli nawet zakończyłaby śledztwo, to przecież zawsze może powiedzieć, że w grę może jeszcze wchodzić postępowanie sądowe, które jest następstwem śledztwa. A zatem rząd Donalda Tuska wyraził zgodę na to, żeby ważne dowody rzeczowe pozostały w Rosji. Dlatego dzisiaj Rosjanie dowolnie żonglują tą sprawą. Co więcej, chcę przypomnieć, że to już wtedy, w 2010 r., była mowa o tym, i taka była zgoda ze strony Polski, że sobie nie wyobrażamy ażeby śledztwo prowadzone po polskiej stronie i po stronie rosyjskiej nie doszło do tych samych ustaleń. Takie z góry były założenia, a zatem dzisiejsze stanowisko Rosji jest kontynuacją tego, co się stało zaraz po katastrofie, a więc przed sześciu laty.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl