logo
logo

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Łączka odda kolejnych bohaterów

Środa, 21 września 2016 (04:12)

Aktualizacja: Środa, 21 września 2016 (04:12)

Z prof. dr. hab. Krzysztofem Szwagrzykiem, wiceprezesem Instytutu Pamięci Narodowej, dyrektorem Biura Poszukiwań i Identyfikacji IPN, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Z jakimi nadziejami przystępuje Pan ze swoim zespołem do prac poszukiwawczych ofiar zbrodni komunistycznych w kwaterze „Ł” na warszawskich Powązkach?

– Przede wszystkim cieszymy się, że po długim okresie niemocy, utrudnień, różnych komplikacji możemy wreszcie powrócić na Łączkę. Warto podkreślić, że od czasu, kiedy opuściliśmy kwaterę „Ł”, do dziś, kiedy rozmawiamy, a więc w momencie rozpoczęcia trzeciego etapu prac, minęło trzy lata. Pierwszy etap prac ekshumacyjnych miał miejsce w 2012 r., a drugi w 2013 r. Niestety tego czasu, który minął, nie da się nadrobić. Jednak fakt, że powracamy na Łączkę, powoduje, że w niepamięć odchodzi to, co było, i koncentrujemy się tylko i wyłącznie na pracy, która jest przed nami. Wierzymy, że te najbliższe trzy tygodnie przyniosą bardzo cenne ustalenia. Ufamy, że kolejne szczątki zostaną odnalezione. Przypuszczamy i mamy podstawy, żeby tak sądzić, że jesteśmy już blisko miejsca, gdzie są szczątki gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” i innych polskich bohaterów.

Jaka jest skala osób zgładzonych przez reżim komunistyczny, które mogą spoczywać w jamach grzebalnych na Łączce?

– Tych brakujących szczątków ludzi pogrzebanych na Łączce, uśmierconych w okresie stalinizmu, jest ciągle około stu. Przypomnę, że jeszcze wzdłuż muru kończącego cmentarz jest duży obszar do przebadania, tyle że jesienią tego roku w ramach rozpoczynających się prac nie da się już tego zrobić. W tej chwili koncentrujemy się na tym, co jest realne i możliwe do zbadania. Przed nami kilka tygodni i będziemy badali obszar, z którego zostały usunięte pomniki i groby z lat 80. Tym samym wchodzimy na teren, który był dla nas wcześniej niestety nieosiągalny. Stąd możemy to uznać za moment przełomowy, że oto wchodzimy w nową rzeczywistość, bo okazało się, że można jednak pokonać trudności, które były wcześniej, i po długim okresie oczekiwania rozpocząć prace.

Wspomniał Pan, że poprzednie prawo nie sprzyjało poszukiwaniom na Łączce, a jak ocenia Pan obecne prawo dotyczące ekshumacji szczątków ofiar reżimu komunistycznego?

– Nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej spowodowała, że proces, który w tej chwili trwa, jest dla nas znacznie korzystniejszy. Warunki, jakie obecnie mamy, są znacznie lepsze. Cieszę się, że do tego momentu doszło. Tak czy inaczej, powtórzę raz jeszcze, że szkoda tego straconego czasu, szkoda tych lat, które upłynęły. Działania na Łączce, podobnie jak w wielu innych miejscach, można było przeprowadzić wcześniej i do dzisiaj dawno je zakończyć. Wierzę jednak, że ten moment, w którym się obecnie znajdujemy, to jest początek nowych możliwości i ufam, że efekty prac poszukiwawczych realizowanych zarówno w Polsce, jak i poza granicami kraju, będę coraz większe.

Jakie znaczenie dla poszukiwań i odnajdowania kolejnych szczątków ofiar na Łączce ma chronologia wykonywania wyroków śmierci na więźniach stalinowskich?

– Ma ogromne znaczenie. My oczywiście tę chronologię znamy, długi czas pracowaliśmy nad utworzeniem listy wyroków wykonywanych we wszystkich warszawskich więzieniach, a więc nie tylko na Rakowieckiej, ale także w praskim Karno-Śledczym Więzieniu Warszawa III przy dawnym zbiegu ul. Ratuszowej i 11 Listopada, dzisiaj przy ul. Namysłowskiej. Fakt, że mogliśmy w oparciu o setki materiałów archiwalnych stworzyć listę ludzi straconych w warszawskich więzieniach, następnie dopisać do nich bardzo ważne dla nas w pracach poszukiwawczych dane antropologiczne więźniów – daje nam dzisiaj bezcenny materiał źródłowy, który pozwala określić, ile osób zostało straconych w poszczególnych więzieniach, a co za tym idzie, które miejsca do pochówków były wtedy wybrane przez służbę więzienną. Możemy stwierdzić, ile osób zginęło w danej egzekucji – czy była to egzekucja pojedyncza czy zbiorowa, w jakim wieku byli straceni, jakie mieli charakterystyczne cechy uzębienia, wzrostu, również jakie ślady pozostały po złamaniach, przestrzelinach. To wszystko są niezwykle cenne informacje, które powodują, że zanim otworzymy jamy grobowe, posiadamy już taką wiedzę, która pozwala nam na dopasowanie jej do poszczególnych jam grobowych. I dosyć często zdarzają się sytuacje, że otwierając jamę grobową i przeprowadzając nawet wstępne analizy medyczne jesteśmy w stanie przypisać niektóre szczątki do tych, których poszukujemy. Oczywiście, że to badania genetyczne potwierdzają, czy te nasze wcześniejsze ustalenia – źródłowe – są prawdziwe, czy też doszło tam do jakiegoś zakłócenia. Tak czy inaczej jest to bardzo ważna wiedza, bez której nie moglibyśmy tej naszej pracy wykonywać.       

Skoro Pan Profesor wspomniał o zakłóceniach, to proszę powiedzieć, jakie trudności nastręcza archeologom prowadzącym ekshumacje sam teren poszukiwań i fakt, że w latach 80. w tym miejscu dokonywano pochówków?

– Problemów na Łączce jest wiele, ale skupiłbym się na dwóch najważniejszych, które dotyczą: po pierwsze, samych pochówków, a po drugie, zacierania śladów po tych pochówkach. Wątek pierwszy związany jest z brakiem pewnej systematyczności w chowaniu więźniów. Dysponując tą wiedzą, o której wspomniałem wcześniej, powinniśmy na Łączce w zasadzie – nawet bez badań – móc określać, czyje szczątki znajdują się w poszczególnych jamach grzebalnych. Tymczasem ta chronologia, która występuje, jest zjawiskiem, które czasem bywa, ale czasem zanika.

Co to oznacza?    

– Otóż mamy do czynienia z pewnymi sekwencjami, które się idealnie zgadzają z dokumentacją więzienną, prokuratorską, a czasami ta sekwencja ginie, ginie z niewytłumaczalnych powodów. Była np. zima, duże opady śniegu, był mróz i samochód ze zwłokami nie mógł dojechać do wskazanego miejsca i tak jak wiemy z relacji Władysława Turczyńskiego, który w latach 1945-1956 wykonywał pochówki więźniów, wówczas rozkopywano istniejący już najbliższy grób, a więc gdzie raz wykopana ziemia jest łatwiejsza do ponownego zruszenia. Zresztą podczas naszych prac trafiliśmy już kilkakrotnie na takie miejsca, gdzie w jednym dole, ale na dwóch różnych poziomach odnajdywaliśmy ludzi straconych w odstępach dwóch, a nawet trzech lat. Jest to potwierdzenie tego wątku, o którym mówiłem wcześniej. Zresztą sam Władysław Turczyński stwierdził, że w zasadzie przestrzegał porządku w pewnym układzie, ale tylko „w zasadzie”. Często jednak z różnych powodów warunków atmosferycznych: mróz, śnieg, ale też roztopy, a może czasem też z powodu nadmiernej ilości spożytego alkoholu przez tych, którzy chowali szczątki – odstępowano od tych wcześniejszych zasad i prowadzono pochówki, jak to określał Turczyński, na mozaikę. Na mozaikę, tzn. że w pewnym układzie robiono przeskoki na kolejne rzędy. To właśnie powoduje, że tak trudno nam uchwycić dłuższą sekwencję pochówków. Krótsze mamy i udokumentowaliśmy je przynajmniej w kilkunastu przypadkach, ale tej dłuższej sekwencji, gdzie w jednym całym rzędzie znajdują się tylko i wyłącznie osoby pogrzebane w jednym roku, przynajmniej dotychczas, trudno było nam znaleźć.

A drugi wątek…      

– Drugi wątek związany jest z tym, że ludzi, których chowano na Łączce, traktowano w sposób „specjalny” – nie wciągano ich do żadnej dokumentacji, co oznacza, że w księgach cmentarnych ich po prostu nie ma. Ponadto w latach 50. Łączka została przysypana około półtorametrową warstwą ziemi, a czasem nawet większą. Co więcej, w latach 60. przez Łączkę przeprowadzono drogę asfaltową, a w roku 1982 rozpoczęto tam trwające przez dwa lata pochówki ludzi zasłużonych. I tak Kwatera Zasłużonych powstała w miejscu, gdzie wcześniej grzebano ofiary systemu komunistycznego. Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, jak trudny jest to teren do prowadzenia prac ekshumacyjnych – nawet teraz, kiedy przystępujemy już do trzeciego etapu – zmuszeni jesteśmy zmienić dotychczasowe metody badawcze. Bowiem w tej chwili spodziewamy się, że nie będziemy już odnajdywali szczątków ludzkich w pewnym układzie anatomicznym – tak jak to było w pierwszym i drugim etapie prac. Przed wejściem na ten obszar przeprowadziliśmy tam już wcześniej odwierty, robiliśmy tam poszukiwania i pod alejkami, pomiędzy grobami, odnajdowaliśmy ludzkie kości nawet na głębokości 20 cm. Kiedy nasi pracownicy praktycznie codziennie uczestniczą przy przenoszeniu szczątków ludzkich, tych chowanych w latach 80., bardzo często w tych grobach trafiają na inne niż z lat 80. fragmenty szczątków ludzkich.

O czym to świadczy?    

– To świadczy o tym, że w czasie przygotowywania grobów w latach 80. zniszczone zostały szczątki ofiar zbrodni komunistycznych. Zatem my dzisiaj musimy całą tą ziemię znajdującą się na terenie Łączki – na tym obszarze przez nas badanym – przesiać przez sita. Nie ma innego wyjścia. Te szczątki są gdzieś w pobliżu tych grobów porozrzucane na pewnej przestrzeni i my je musimy wszystkie odnaleźć, dopasować je do siebie, dopasować do poszczególnych jam grobowych. To z kolei wymaga czasu i wykonywania tych wszystkich prac, jak już wspomniałem, na sitach, a więc ręcznie, mozolnie, krok po kroku, metr po metrze.    

Panie Profesorze, czy biorąc pod uwagę zakres i trudności przy wykonywaniu prac, wyznaczone ramy czasowe poszukiwań są wystarczające?

– Jeżeli nie będzie komplikacji atmosferycznych, to damy radę. Z powodów, o których wspomniałem wcześniej, potrzebne jest nam może nie tyle słońce, ile bardziej brak opadów. Jeśli będą opady deszczu, proces przesiewania ziemi przez sita zwyczajnie nie będzie mógł zostać zrealizowany. Ziemia będzie zbrylona, a to mogłoby oznaczać, że w tych bryłach ziemi mogą się znajdować fragmenty ludzkich kości. Żeby tak się nie stało, potrzebna jest nam odpowiednia pogoda, czyli brak opadów.

Na początku naszej rozmowy wspomniał Pan, że w przyszłym roku planowany jest powrót na Łączkę. Czy oprócz tego są już plany kolejnych działań zespołu badawczego, którym Pan kieruje w innych częściach kraju?

– Owszem, wrócimy na Łączkę, aby dokończyć nasze prace. Właśnie pod wspomnianym murem kończąc nasze poszukiwania, będziemy mogli ogłosić, że zakończyliśmy ekshumacje na kwaterze „Ł”, na słynnej już nie tylko w Polsce tzw. Łączce. I dopiero wtedy w roku 2017, a więc pięć lat od chwili, kiedy weszliśmy na ten teren, będziemy mogli ogłosić zakończenie naszych prac, poszukiwań. Oprócz prac na Łączce – jeszcze w tym roku mamy kilka miejsc, gdzie będziemy prowadzić działania poszukiwawcze. Mam tu na myśli Lublin czy Kielce, mam też nadzieję, że uda się przeprowadzić takie same prace w Bydgoszczy. Są to zatem te trzy miejsca – choć nie jedyne, gdzie chcemy prowadzić poszukiwania szczątków ofiar reżimu komunistycznego. Tworzymy w tej chwili duży zespół badawczy, taki, o którym mówiłem od dawna, że chciałbym, żeby powstał.

Co będzie odróżniało ten zespół od obecnej ekipy, której Pan przewodzi?

– Chodzi o taki zespół badawczy, który może pracować w dwóch, trzech miejscach jednocześnie, dzieląc się na podzespoły. Inaczej nie ma możliwości sprostania wyzwaniom, które stoją przed nami. Musimy i jesteśmy w tych naszych zamiarach zdeterminowani, żeby zintensyfikować prace poszukiwawcze, ekshumacyjne, bo przy takiej skali trudności jest to z naszej strony działanie nieodzowne. Trzeba zwiększyć możliwości naszych poszukiwań, inaczej nie będziemy w stanie podołać obowiązkom, które przed nami stoją.

Za prezydentem Andrzejem Dudą możemy dziś powiedzieć, że państwo polskie odnajdując i godnie grzebiąc szczątki swoich bohaterów, po latach odzyskuje swoją godność – wreszcie?  

– Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim słowa wypowiedziane przez prezydenta Andrzeja Dudę m.in. podczas pogrzebu Danuty Siedzikówny „Inki” i Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” się podobają. Ja jednak mogę powiedzieć, że wreszcie jest tak, że państwo polskie pochyla się nad swoimi bohaterami, pochyla się w sposób prawdziwy i godnie swoich bohaterów chowa.

W imieniu Czytelników dziękuję, Panie Profesorze, bo to w dużej mierze jest Pana zasługa i to Pana konsekwencja oraz upór w dążeniu do celu sprawiają, że wydobywane są z dołów niepamięci szczątki kolejnych bohaterów polskiej wolności.

– Serdecznie dziękuję za dobre słowo w imieniu całego zespołu i własnym.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl