logo
logo

Zdjęcie: / Inne

Nie chciałam zabić swojego dziecka

Poniedziałek, 3 października 2016 (21:47)

„Kiedy miałam podjąć decyzję w sprawie życia mojego dziecka, pomyślałam, że moje życie będzie nic niewarte, kiedy go nie urodzę” – SMS-a takiej treści otrzymałam przedwczoraj w nocy. Wcześniej rozmawiałam z panią Lilianą, mamą pięciomiesięcznej Nikoli.

Kiedy rozmawiałam z młodą mamą, trzymała dumnie na kolanach swoją córeczkę. Historia jej narodzin była dramatyczna. Pani Liliana ma genetyczną wadę serca i w 2013 roku przeszła ciężką operację. W ubiegłym roku kobieta zachorowała na grypę i wdały się komplikacje, na skutek których nastąpiło zapalenie mięśnia sercowego.

– Konieczna była druga operacja, wymiana zastawek. Miałam tętniaka aorty, więc sytuacja była naprawdę poważna – opowiada pani Liliana.

To wszystko działo się w lutym 2015 roku. Kilka miesięcy później, bo we wrześniu, pani Liliana była już w stanie błogosławionym.

– To nie był łatwy czas. Miałam robione wiele badań i okazało się, że moje serce jest wydolne tylko w trzydziestu procentach. Lekarze mówili mi, że nie przeżyję ciąży, że wydolność będzie wciąż spadać, że może pęknąć mi aorta. Straszyli mnie także, że dziecko będzie niedotlenione. Reasumując, na całą sytuację mieli tylko jedną radę – „terminacja ciąży” – mówi kobieta.

Kiedy pani Liliana nie podejmowała decyzji, lekarze wezwali ojca dziecka i także jemu przedstawili dramaturgię sytuacji. Pacjenka musiała odłożyć tabletki, które na co dzień przy swoim schorzeniu brała.

– Strasznie się bałam. Konsultowałam mój przypadek z kilkoma lekarzami. Nie chciałam zabić swojego dziecka. Wtedy moja koleżanka udała się do inż. Antoniego Zięby, znanego obrońcy życia, i opowiedziała mu moją historię. Inżynier polecił mój przypadek dr. Antoniemu Marcinkowi. On się mną zajął, uspokoił, obiecał opiekę. Także lekarz, który mnie operował, poradził, bym urodziła dziecko. Powiedział, że przy mojej wadzie z każdym rokiem może mi być ciężej donosić maleństwo. Powiedziałam więc „tak” życiu – mówi kobieta.

Po dwóch i pół miesiąca jej wydolność serca wzrosła do 55 procent.

– Czułam się przez całe 9 miesięcy bardzo dobrze. Urodziłam Nikolę przez cięcie cesarskie. Okazało się, że także ona jest zdrowa. Dziś córka ma pięć miesięcy, a ja patrząc na nią, czasem zastanawiam się, co byśmy narobili, gdybyśmy pozwolili na „terminację ciąży”. Kocham moją córkę. Wszystkim kobietom, które przeżywają dylematy, jakie miałam kiedyś, powiedziałabym jedno: „Zaryzykujcie! Lekarze nie wiedzą wszystkiego. Ponad nimi jest jeszcze Ktoś, kto nami się opiekuje”. Kiedy byłam w tak trudnej sytuacji, modliliśmy się dużo, odprawiane były Msze św. Byliśmy z prośbą w sanktuarium Bożego Miłosierdzia i na Krzeptówkach. Żyję i moja córka także – kończy swoje świadectwo pani Liliana z Małopolski.

Małgorzata Pabis

NaszDziennik.pl