W poniedziałek na tzw. patelni przed stacją Metro Centrum w Warszawie odbywał się kolejny odcinek serialu pod tytułem „Czarny protest”. Około stu feministek zebrało się, żeby machać parasolkami, hałasować plastikowymi trąbkami, skandować antyklerykalne hasła i domagać się aborcji na życzenie. Podobno gdzieś w tym wszystkim mieszczą się prawa kobiet. Ale jakie dokładnie, tego nikt nie wie. Chyba że ktoś uważa, że przyrodzonym prawem kobiet jest zabijać swoje dzieci.
O 17.30 obok zwolenników aborcji pojawili się również warszawscy działacze Fundacji Życie i Rodzina, którzy rozwinęli banner ze zdjęciami ofiar aborcji w 11. i 24. tygodniu życia. Mimo że od tłumu agresywnych feministek oddzielał nas kordon policjantów, zdjęcia ofiar aborcji musiały być doskonale widoczne. Szybko znaleźli się „oburzeni”, twierdzący m.in., że postulowany przez Fundację Życie i Rodzina zakaz aborcji doprowadzi do wzrostu liczby przypadków dzieciobójstwa. Faktycznie, jeżeli zabije się dziecko przed narodzeniem, to ciężko takie dziecko urodzić i porzucić na śmietniku. Pytanie tylko co z tego, skoro i tak pozbawiono je życia.
Nasza pikieta spotkała się z poparciem ze strony niektórych przechodniów, mających dość przeciskania się przez tłum feministek blokujących przejścia podziemne. Mamy też nadzieję, że nasz banner pomógł choć kilku uczestnikom „czarnego protestu” zrewidować swoje poglądy i zastanowić się, czy na pewno warto walczyć o prawo do zabijania bezbronnych.

