logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: / -

Polityka wobec Kijowa jest zbyt przewidywalna

Poniedziałek, 14 listopada 2016 (05:22)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki.

„Granica w ogniu” – 35. „Przemyska” Komenda Odcinka WOP w działaniach przeciw OUN i UPA w latach 1945-1948 to tytuł Pana najnowszej książki. Czego dotyczy to naukowe opracowanie, które trafiło na rynek?

– W książce „Granica w ogniu” opisuję i analizuję sytuację w rejonie granicy ze Związkiem Sowieckim w latach 1945-1948 w kontekście działań OUN i UPA. Przede wszystkim starałem się pokazać zależności i uwarunkowania, które pozwoliły formacjom nacjonalistów ukraińskich przez trzy lata po ustaniu okupacji niemieckiej funkcjonować i szerzyć terror na terenie powiatów jarosławskiego i przemyskiego województwa podkarpackiego.

Zbrodnie ukraińskie odnosimy bardziej do Wołynia, tymczasem Pan opisuje w sposób szczegółowy, jak to wyglądało w powiatach jarosławskim i przemyskim…

– Wołyń jest symbolem ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich, ale tak naprawdę mniej znane są fakty dotyczące skali terroru nacjonalistów ukraińskich na ziemiach, które pozostały przy Polsce po 1944 r. Co prawda za PRL pisano o pewnych wątkach tych działań, ale głównie w kontekście walki z tzw. zbrojnym podziemiem. To sprawiało, że do jednego worka wrzucano polskie oddziały partyzanckie i ukraińskie podziemie nacjonalistyczne. To było zakłamywanie historii. Dopiero po 1990 r., kiedy otwarto archiwa Instytutu Pamięci Narodowej, Straży Granicznej czy Centralnego Archiwum Wojskowego, możemy rzeczywiście w sposób bardziej szczegółowy badać ten okres.

Co chciał Pan osiągnąć, podejmując temat trudnych polsko-ukraińskich relacji?

– Przede wszystkim przez wiele lat zadawałem sobie pytanie, jak to możliwe, że kilkanaście kilometrów od Przemyśla przez trzy lata mogły funkcjonować kilkusetosobowe bazy UPA, które nawet pod koniec 1945 r. ostrzeliwały z moździerzy tak duży ośrodek miejski jak Przemyśl. W toku pracy nad tym opracowaniem starałem się również pokazać to, że tak naprawdę społeczeństwo polskie i ta część społeczności ukraińskiej, która nie miała nic wspólnego z nacjonalizmem, znajdowała się pod faktyczną okupacją aż do 1947 r.

Wcześniej tematyka, którą podejmuje Pan w swojej książce „Granica w ogniu”, była już podejmowana przez naukowców z ośrodków uniwersyteckich oraz z IPN. Co nowego Pana opracowanie wnosi do już odkrytych kart?

– Do dzisiaj w tym temacie jest dalej dużo tzw. białych plam. Niestety! W zasadzie przez ostatnie 25 lat wspierano głównie tych badaczy, którzy pisali o OUN-UPA w kontekście walki tej formacji o nieodległość Ukrainy. Natomiast kwestie ideologii UPA nawiązującej do nazizmu, ale również skala terroru zostały potraktowane tylko przez pryzmat porównywania ofiar. To wszystko sprawiło, że dziś ciągle brakuje nam prac w formie opracowań książkowych, które pokazywałyby lokalnie skalę terroru nacjonalistów ukraińskich, czyli prac przyczynkowych w tym zakresie. 

Recenzenci książki „Granica w ogniu” zgodnie podkreślają, że stanowi ona ważny wkład do badań nad trudną i wielowątkową problematyką, co więcej – że cechuje ją obiektywizm badawczy. Czy biorąc pod uwagę skalę zbrodni na Polakach i odradzający się nacjonalizm na zachodniej Ukrainie, trudno było zachować obiektywizm?

– Nie ukrywam, zresztą nigdy nie ukrywałem swojego negatywnego stanowiska wobec nacjonalizmu ukraińskiego. Jednak praca naukowa to co innego, rządzi się ściśle określonymi zasadami, które należy przestrzegać. Dlatego w pracy – w ogóle w badaniach naukowych, tak jak mnie uczono – należy zachować możliwie najgłębszą rzetelność, a wnioski muszą być formułowane w oparciu o przedstawione fakty, a nie emocje.

Nawiasem mówiąc, Polska – stając się rzecznikiem Ukrainy – chyba za bardzo przymknęła oko na brak poszanowania Polski i Polaków, co chyba jeszcze bardziej rozzuchwaliło wrogie nam środowiska nacjonalistyczne na Ukrainie…

– Polska polityka względem Ukrainy cechuje się z jednej strony idealizmem historycznym, a z drugiej bezrefleksyjnością w odniesieniu do procesów geopolitycznych zachodzących w tej części Europy. Co więcej, polska polityka w odniesieniu do Kijowa jest niestety zbyt przewidywalna – zwłaszcza w dłuższym wymiarze czasowym – i skrzętnie wykorzystują to państwa trzecie oraz środowiska nacjonalistyczne na Ukrainie. Mają one pewność, że w momencie, kiedy przekroczą kolejne bariery, Warszawa i tak na to nie zareaguje. Stąd pozwalają sobie na wiele, zbyt wiele…

Czy polsko-ukraińskie pojednanie, o którym wiele się mówi, jest możliwe? Co jest potrzebne, aby je osiągnąć?

– Pojednanie można osiągnąć tylko poprzez przedstawienie prawdy o trudnych momentach w naszej historii i wyrzeczenie się przez sprawców zła ideologii, która doprowadziła do zbrodni, co więcej – dzisiaj sprzyja gloryfikowaniu takich czynów. I to jest początek drogi pojednania, warunek sine qua non, bez spełnienia którego będziemy tylko balansować na powierzchni, nie wchodząc w meritum. Do tej pory zrobiły to Niemcy oraz częściowo Rosja. Ukraina wciąż lęka się prawdy, nie chce się uderzyć w piersi. Co więcej – do głosu dochodzą środowiska, które tożsamość narodową chcą budować na ideologii banderowskiej oraz kulcie OUN-UPA.

Ukraińcy – można powiedzieć – grają nam na nosie…

– Trudno się temu dziwić, skoro z naszej strony nie ma niezbędnej stanowczości, żeby na władzach tego państwa wymóc określone zachowania i potępienie zbrodni dokonanych na Polakach. Nic zatem dziwnego, że mamy sytuacje jak za prezydentury Bronisława Komorowskiego, kiedy podczas wizyty ówczesnego prezydenta w Kijowie, dokładnie w tym samym dniu, a więc 9 kwietnia 2015 r., Werchowna Rada przyjęła ustawę uznającą OUN-UPA za formację walczącą o niepodległość kraju, tym samym uznając status tej zbrodniczej formacji. Zbieżność wizyty prezydenta Komorowskiego w ukraińskim parlamencie i następująca po niej uchwała oddająca honory OUN-UPA nie była przypadkowa. Powinniśmy wyciągać wnioski i nie dawać się więcej ogrywać.

Czyli?

– Czyli mamy obowiązek w sposób stanowczy, siłą perswazji przekonywać ukraińskie władze, żeby zeszły z obranego probanderowskiego kursu. Nie powinniśmy, powiem więcej – nie możemy iść wobec Ukrainy na żadne ustępstwa kosztem prawdy i Polski. Tego wymaga od nas polska racja stanu. Tym bardziej że na tym „ślepym” zaangażowaniu tracimy w relacjach z innymi państwami. Z silnym i stanowczym partnerem wszyscy się liczą, a słabemu wchodzą na głowę.

Proszę jeszcze na koniec powiedzieć, do kogo adresowana jest książka „Granica w ogniu” i kto powinien po nią sięgnąć?

– Adresatów jest wielu. Jak wcześniej podkreśliłem, jest to pozycja przyczynkowa do dalszych badań stosunków polsko-ukraińskich. Stąd głównym adresatem tego opracowania są środowiska naukowe. Kolejnym adresatem jest społeczeństwo, a więc ludzie, którzy chcą bliżej zapoznać się ze swoją historią, zwłaszcza mieszkańcy Podkarpacia. Książka „Granica w ogniu” w pewnych fragmentach ma bardzo duży ładunek szczegółowych informacji, które powinny zaciekawić przede wszystkim mieszkańców powiatów przemyskiego i jarosławskiego, ale nie tylko. Uważam, że będzie to także ciekawa lektura dla wszystkich, którym bliska jest szeroko pojęta tematyka kresowa.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl