logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

W ochronie zdrowia dobre wrażenie nie wystarczy

Piątek, 25 listopada 2016 (08:12)

Ze Zdzisławem Szramikiem, wiceprzewodniczącym Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Panie Doktorze, 1 stycznia 2018 r. przestanie istnieć Narodowy Fundusz Zdrowia, a finansowanie lecznictwa przejmie bezpośrednio budżet państwa. Tak przynajmniej zapowiedział min. Radziwiłł. Dobrze to czy źle…?

– Niestety, ale ciągle mamy do czynienia z hasłami, planami i tak naprawdę zapowiedź likwidacji NFZ jest jedynie zmianą fasady. Temat jest społecznie wrażliwy i łatwo dotrzeć z hasłami do praktycznie każdego Polaka, bo wszyscy są niezadowoleni z tego, co widzą. Niestety szumne zapowiedzi z kampanii wyborczej dotyczące ochrony zdrowia nie przekładają się na konkretne decyzje już po wygranych wyborach i objęciu władzy. I tu jest podobnie. Nie chodzi przecież o to, jak się będzie nazywać instytucja płacąca za świadczenia, tylko o to, czy będzie ona miała pieniądze i na jakich zasadach będzie płacić. Jeżeli zmieni się tylko szyld, który ma stworzyć wrażenie, że coś się zmienia, że powstaje coś nowego, a de facto zamiast nazwy NFZ będzie wydział u wojewody, to nic to nie da. Nadal bowiem nie będzie odpowiednich pieniędzy, zaś te, które są, będą liczone w sposób ułomny, tzn. procedury w wielu przypadkach będą wyliczane poniżej kosztów. Stąd jest to zapowiedź zmiany o charakterze dekoracyjnym, co nie zmieni istoty problemu i podstawowego błędu w systemie ochrony zdrowia, jaki się ciągnie za nami, czyli braku nakładów na poziomie kosztów zagwarantowanych świadczeń.

Czyli nadal chodzi tylko o dobre wrażenie…?

– Nie inaczej.

Surowa ocena…

– Ale takie są fakty. Przecież od lat wiadomo, że na ochronę zdrowia wydajemy zbyt mało pieniędzy, a mimo to kolejne rządy, począwszy od komunistów poprzez kolejne ekipy, wciąż kurczowo trzymają się idei dziadostwa i prowizorek. Stąd jeżeli nie zmieni się podstawowa rzecz, a mianowicie jeżeli nie będzie zbilansowania między ilością a wartością świadczeń, a więc jeżeli nie będzie równowagi między środkami potrzebnymi do wykonania świadczeń a tym, co państwo na nie przeznacza, to wciąż będziemy tkwili w tym błędzie systemowym, który jest grzechem głównym całego systemu ochrony zdrowia w Polsce. Czy wyobraża Pan sobie, żeby fabryka – dajmy na to – butów czy samochodów, produkując czy świadcząc usługi, robiła to poniżej kosztów…? Przecież to niemożliwe. Tymczasem w ochronie zdrowia tak jest już od dziesięcioleci. Wygląda na to, że ten deficyt jest niejako filarem całego systemu, a próby jego zniwelowania odbywają się kosztem pracowników, którzy choć sumiennie wykonują swoją pracę, to mają zaniżane zarobki. I jeżeli tego się nie zmieni, to każda pseudoreforma będzie tylko grą na zwłokę. Nic więcej. I ten grzech popełniają kolejne ekipy rządowe, które w sferze ochrony zdrowia się wyraźnie miotają. Utarło się, że musi być tanio i taki polityczny dogmat wciąż – niestety – obowiązuje w systemie ochrony zdrowia. Czym to się może skończyć, najlepiej pokazuje przykład z jednej ze stacji dializ, gdzie przez groszowe oszczędności kilkadziesiąt osób zaraziło się wirusem zapalenia wątroby typu „C”.  

Jak wynika z zapowiedzi min. Radziwiłła, w momencie likwidacji NFZ ma zniknąć obowiązek udowadniania w przychodni prawa do bezpłatnych świadczeń medycznych. Czy dostęp wszystkich do POZ, również nieubezpieczonych, to dobry pomysł?

– Według oficjalnych danych w tej chwili już ok. sześciu procent Polaków z różnych powodów nie płaci składki zdrowotnej i w praktyce ci ludzie są poza systemem opieki medycznej. Każdy medal ma dwie strony i patrząc od strony PR-owskiej, ten pomysł rzeczywiście brzmi dobrze. Jednak z drugiej strony jeśli dajmy na to na stole, do którego usiedliśmy, jest mało jedzenia, to zaproszenie jeszcze dodatkowej ilości gości nie tylko nie zwiększy ilości dostępnego menu, ale sprawi, że każdy z gości otrzyma mniej. I podobnie jest z propozycją min. Radziwiłła, gdzie nie zwiększa się nakładów na ochronę zdrowia, za to dodatkowo oferuje się usługi tym, którzy nie płacą składek.

Z jednej strony trzeba będzie pokroić tej samej wielkości tort na więcej porcji, a więc będą one jeszcze mniejsze, a z drugiej jeśli daje się każdemu na zasadzie, że mu się to należy, to nie jest to zbyt pedagogiczne. Może się bowiem pojawić takie oto rozumowanie, a mianowicie – skoro dają za darmo, skoro coś mi się należy, to po co mam za to płacić. Jako lekarz osobiście płacę składkę na ubezpieczenie zdrowotne zarówno ze szpitala, jak i z gabinetu. Natomiast idąc tokiem tego rozumowania, skoro mi się należy, to może powinienem zaprzestać płacenia tych składek, ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.

Dlaczego tak trudno poprawić sytuację w ochronie zdrowia?

– Temat ochrony zdrowia jest nośny, stąd często pojawia się w kampanii wyborczej. Gorzej bywa już po wyborach, kiedy trzeba zacząć realizować obietnice. Wtedy pojawiają się różnego rodzaju szpagaty i pozorowane działania, które mają stworzyć wrażenie, że władza coś robi. Kiedyś napisałem tekst pt. „Reforma po polsku”, w którym pokazuję, jak w Polsce od mniej więcej kilkunastu lat robi się reformy w ochronie zdrowia, kiedy każda nowa ekipa obejmująca władzę zabiera się za naprawę niewydolnego systemu. Z zasady neguje się wszystko, co zrobili poprzednicy – nie ma znaczenia, czy dobrze, czy źle i zaczyna się budować własny domek z kart. Mamy zatem trzy etapy: I kampania wyborcza, a więc ofensywa propagandowa i zapowiedzi zmian. Etap II już po objęciu władzy, kiedy robi się coś w rodzaju zasłony dymnej, mamy zamieszanie proceduralne, pozorowanie działań typu konsultacje społeczne, powstają pierwsze „zręby” nowych ustaw, oczywiście wszystko na poziomie pojęć i słów, ale jednocześnie cały czas trwa przewlekanie sprawy w czasie. I wreszcie etap III, kiedy po obietnicach, deklaracjach, zapowiedziach pojawia się gotowy produkt legislacyjny, żeby nie powiedzieć proteza, która nie rozwiązuje problemu i jest daleka od zapowiedzi, a tym bardziej od oczekiwań społecznych, która ma pozwolić rządzącym dotrwać jakoś do kolejnych wyborów. Obecnie jesteśmy na poziomie etapu drugiego. I wszystko jeszcze przed nami.

A co jeśli chodzi o skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów…?

– Jeśli chodzi o skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów, rzecz ma się podobnie. To słowo w ustach ministra brzmi niczym zaklęcie, ale tego się nie da zrobić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Przecież ktoś te świadczenia na każdym etapie musi wykonać. Fizycznie musi być osoba, która pacjenta przyjmie, zbada i postawi diagnozę. Wreszcie musi być ktoś, kto za to zapłaci, a dodatkowej puli pieniędzy – przynajmniej w krótkiej perspektywie – nie widać. A zatem to, co mówi i robi min. Radziwiłł, w żaden sposób nie zmienia złego mechanizmu, za to mamy roszadę. Jeżeli świadczenia będzie wykonywał lekarz rodzinny i załóżmy, że dostanie na to jakąś pulę pieniędzy, to de facto w tej sytuacji on będzie tworzył kolejki, a nie NFZ czy jego polityczny następca. W związku z tym nie na NFZ czy ministrze zdrowia skupi się cała krytyka pacjentów za powstały bałagan, ale na lekarzu rodzinnym.

Dzisiaj lekarz specjalista dajmy na to ma limit przyjęć 10 czy 15 osób dziennie i nie może przyjąć więcej, a najbliższy wolny termin na wizytę u niego jest za np. trzy miesiące. Natomiast wychodzi na to, że tę niewdzięczną rolę odsyłającego przejmie lekarz rodzinny, bo to na niego zostanie zepchnięta cała odpowiedzialność. I tak będzie wyglądała cała opieka specjalistyczna w nowym wydaniu.

Według min. Radziwiłła kluczem do rozwiązania problemu ma być skoordynowane leczenie szpitalne i poszpitalne. Wszystko ma być ustalane z góry w ramach systemu i tak zorganizowane, aby pacjent nie musiał sam załatwiać sobie wizyt u specjalisty…

– To wszystko pięknie brzmi, ale jest to tylko myślenie życzeniowe. Przecież nic samo się nie zrobi. Tymczasem według ministra, tego cudu ma dokonać magiczny „ktoś”. Tyle że szpital tego nie zrobi, a lekarze mają w tej chwili tyle biurokratycznych obowiązków i stosy papierów do wypełnienia, że niebawem nie będą mieć czasu dla pacjenta.

System ma być prosty, a pacjent ma wiedzieć, gdzie się udać po poradę, i ma ją otrzymać, a nie odbijać się niczym od ściany. Po zabiegach kardiologicznych czy ortopedycznych po opuszczeniu szpitala pacjent powinien w bardzo krótkim czasie podjąć rehabilitację, a nie czekać na wolne miejsce trzy miesiące, bo to się mija z celem. Tyle tylko, że na wspomnianym przeze mnie wcześniej stole nie pojawi się więcej pokarmu, coś nowego samo z siebie. I tak jest w ochronie zdrowia, jeśli w systemie nie przybędzie pieniędzy, jeśli nie zostanie poprawiona organizacja, to nie mamy o czym mówić. W tej chwili problem jest w NFZ.

Co konkretnie ma Pan na myśli?             

– Chodzi o procedury, które wymyśla NFZ. Przecież ta cała wszechobecna biurokracja służy niczemu innemu jak zahamowaniu ilości wykonywanych świadczeń, żeby zaoszczędzić pieniądze. To wszystko powoduje, że system ochrony zdrowia, który i tak jak mocno przeciążony, bo brakuje ludzi do pracy, jest dodatkowo obwieszany całą masą niepotrzebnych procedur. Jest to nic innego jak sypanie piasku w tryby, żeby jeszcze bardziej spowolnić pracę i tak dymiącej już maszyny. I jeżeli min. Radziwiłł tego nie zmieni, to samo się nie zrobi. Proszę nie liczyć na cud.

Zjazd OZZL, który odbył się przed miesiącem, przyjął apel do premier Beaty Szydło o pilne wprowadzenie administracyjnego ograniczenia czasu pracy dla każdego lekarza w Polsce do 48 godzin tygodniowo (wraz z nadgodzinami) bez względu na ilość miejsc pracy i formę zatrudnienia. Czemu to ma służyć i czy spełnienie tego monitu jeszcze bardziej nie ograniczy dostępności do świadczeń?

– Jest to konieczność. Z jednej strony ma to służyć ochronie lekarza przed przepracowaniem się na śmierć. Zgony przepracowanych lekarzy, jakie miały miejsce ostatnio m.in. w Białogardzie, Łodzi czy w Sosnowcu, same za siebie świadczą, że jest to poważny problem. Z drugiej strony ograniczenie czasu pracy ma ochronić pacjenta przed lekarzem, który po wielogodzinnym dyżurze czy dyżurach zwyczajnie jest niedysponowany. Badania przeprowadzone bodajże w Kanadzie wykazały, że lekarz po całodobowej pracy zachowuje się i reaguje porównywalnie do osoby, która ma 0,2 czy 0,3 promila alkoholu we krwi. Stąd wydaje się, że taki zakaz administracyjny ograniczający czas pracy do 48 godzin tygodniowo dla każdego lekarza, powinien zostać wprowadzony. Skoro podobny przepis funkcjonuje w przypadku kierowców, gdzie przyjmuje się, że zmęczony kierowca za kierownicą jest niebezpieczny na drodze, to tym bardziej powinien obowiązywać w przypadku lekarzy.

                                     Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl