Sympatyk Komitetu Obrony Demokracji, ostatnio znany z obrony twórców stanu wojennego – płk Adam Mazguła, powołując się na honor, zakłada stowarzyszenie i choć – jak twierdzi – nie jest politykiem, ale polityka go dopadła, to tym razem chce bronić Konstytucji. Czy to nie chichot historii?
– Pułkownik Adam Mazguła w bardzo krótkim czasie zdołał zasłynąć jako negacjonista bądź też osoba, która uprawia rewizjonizm historyczny. Znamy to z historii, kiedy niektóre środowiska w Niemczech kwestionowały odpowiedzialność Niemców za straszliwe okrucieństwa w czasie II wojny światowej. Stąd zwłaszcza nam, Polakom, taki rewizjonizm historyczny szczególnie źle się kojarzy. Wciąż żyje wielu ludzi, którzy doskonale pamiętają stan wojenny i wiedzą, że to nie było – jak próbował to przedstawiać płk Mazguła – „kulturalne wydarzenie”, ale brutalna, krwawa pacyfikacja Narodu Polskiego. Co więcej, było to działanie również w interesie Związku Sowieckiego. Zresztą stan wojenny – nawet z punktu widzenia PRL-owskiego prawa – był nielegalny, ale także szkodliwy z punktu widzenia państwowego, bo na długi czas zatrzymał procesy demokratyzacji. Co więcej, jego autorzy (Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego) mieli bardzo poważne zarzuty prokuratorskie o udział w „związku zbrojnym o charakterze przestępczym”. Tak czy inaczej jeśli płk Mazguła – osoba, która była w tamtym czasie oficerem Ludowego Wojska Polskiego, a dzisiaj twierdzi, że chce bronić Konstytucji RP i zabiega o demokrację w wolnej Polsce – to rzeczywiście brzmi to jak chichot historii. Jednocześnie jest to dowód na to, że osoby, które były funkcjonariuszami systemu komunistycznego, dzisiaj próbują się kreować na jedynych sprawiedliwych – obrońców demokracji.
I łatwo im to przychodzi, bo – co by nie powiedzieć – nawet za rządów SLD dawni utrwalacze władzy ludowej nie podnosili tak wysoko głowy jak teraz, kiedy opozycja totalna wraz z KOD wyprowadza ludzi na ulice. O czym to świadczy?
– To prawda, że w wolnej Polsce nigdy wcześniej nie było przypadków, żeby dawni utrwalacze władzy ludowej na tak dużą skalę panoszyli się czy też wysuwali roszczenia. Natomiast to, z czym mamy do czynienia obecnie, to efekt współpracy z częścią środowisk opozycyjnych, które zostały odrzucone w demokratycznych wyborach, a przez to poczuły skrzywdzone i teraz są w stanie nawet zawrzeć pakt z samym diabłem, byleby tylko wrócić do władzy. Stąd mamy do czynienia z sojuszem także z byłymi funkcjonariuszami PRL. Nasilenie tych działań pojawiło się w kontekście ustawy dezubekizacyjnej – pozbawiającej wysokich apanaży byłych ubeków i esbeków. Można to interpretować w ten sposób, że część środowiska dawnych funkcjonariuszy aparatu represji z czasów PRL być może uznała, że zostało złamane porozumienie z 1989 r., tzw. gruba kreska, które gwarantowało tym środowiskom bezkarność i ochronę ich przywilejów. Nic zatem dziwnego, że teraz te środowiska wywierają duży nacisk na obecnych polityków z tzw. totalnej opozycji i być może mają w zanadrzu jakieś kompromitujące materiały, które do tej pory spokojnie czekały na odpowiedni moment i ujawnienie.
Szafa Lesiaka czy teczki Kiszczaka to zatem nie koniec?
– Zapewne tak. Nie wykluczałbym, że w najbliższych miesiącach w obiegu publicznym pojawią się nowe materiały dotyczące przedstawicieli niektórych środowisk politycznych. Wiemy, że po tym, jak żona Czesława Kiszczaka po jego śmierci przyszła do prezesa IPN z propozycją odsprzedaży akt, które jej mąż przechowywał w domu, okazało się, że natrafiono tam na cenne dokumenty, w tym m.in. na teczkę pracy operacyjnej tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”, której nie było w archiwach. W tej chwili materiałami tymi zajmują się specjaliści i zapewne niedługo poznamy naukowe opracowanie na ten temat.
Tymczasem na sali plenarnej Sejmu od 16 grudnia trwa protest Platformy i Nowoczesnej. I choć zapał powoli gaśnie, to na dyżury trwają. Zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że opozycja totalna prze – za wszelką cenę – ku konfrontacji?
– Opozycja totalna sama zapędziła się w kozi róg i oblewa test na wiarygodność. W imię obrony praworządności oraz rzekomo zagrożonej demokracji opozycja: Platforma i Nowoczesna, de facto sama łamie zasady praworządności, demokracji, okupując salę plenarną Sejmu, co już samo w sobie stoi w sprzeczności z obowiązującym prawem. To świadczy dobitnie, że opozycja totalna jest w swoich działaniach niekonsekwentna i niewiarygodna. Co więcej, politycy tych formacji zachowują się tak, jakby chcieli zakwestionować wyniki demokratycznych wyborów w Polsce, które odbyły się 25 października 2015 r., które Platforma i Nowoczesna przegrały. To Prawo i Sprawiedliwość, a szerzej obóz zjednoczonej prawicy otrzymał od Narodu demokratyczny mandat do rządzenia Polska. Natomiast opozycja mimo przegranej z kretesem chciałaby mieć nadal pełnię władzy. W tych działaniach jest nie tylko nielogiczna, ale wręcz antydemokratyczna, bo nie rozumie i nie przestrzega mechanizmów demokracji. W tej sytuacji część liderów formacji opozycyjnych zdaje sobie sprawę, że zapędzili się w kozi róg, dlatego teraz chaotycznymi i niespójnymi działaniami szukają politycznego i propagandowego wyjścia z zaistniałej sytuacji. To wszystko powoduje zachowania irracjonalne, ale prędzej czy później ten cały protest, który gaśnie w oczach, i tak upadnie. Okaże się, że król jest nagi i że mieliśmy do czynienia z próbą anarchizacji państwa.
Senator Adam Bielan twierdzi, że rozmowy w kuluarach co do zakończenia protestu są prowadzone. Czy kompromis jest możliwy? Jest szansa, że „komedianci” zejdą ze sceny i posiedzenie Sejmu 11 stycznia odbędzie się na sali plenarnej?
– Przyznam, że nie znam szczegółów tych rozmów, więc siłą rzeczy nie mogę ich komentować. Natomiast wczoraj na stronach Kancelarii Sejmu pojawiły się nagrania z tzw. trzeciej kamery dotyczące głosowania budżetu na Sali Kolumnowej 16 grudnia. Nastąpiło to po przeprowadzeniu wszystkich niezbędnych procedur. Przypomnę, że nagrania te pochodzą z kamer Straży Marszałkowskiej i ze względów bezpieczeństwa, zanim zostały upublicznione, musiały przejść odpowiednie procedury. Jeśli ktoś ma życzenie, to może sobie osobiście sprawdzić, ile osób podczas głosowania budżetu było na Sali Kolumnowej. Nagranie nie pozostawia złudzeń, że wymagane kworum było, a posiedzenie odbyło się w sposób ważny, zgodny z regulaminem Sejmu RP, z poszanowaniem i dochowaniem wszelkich reguł.
Czy to raz na zawsze ucina spekulacje i czyni ten spór bezprzedmiotowym?
– Przypuszczam, że teraz przynajmniej część okupujących salę plenarną Sejmu wycofa się z protestu. Mam tu na myśli posłów, którym znane są zasady polityki i są świadomi, że absurdalne trwanie na okopanych pozycjach dłużej nie ma sensu i może im jeszcze bardziej zaszkodzić. Natomiast nie wykluczam, że części posłów opozycji totalnej – zwłaszcza młodych, mniej doświadczonych w pracach parlamentu – pomyliła się rola posła z rolą komedianta i zamiast pracować wolą robić sobie selfie, śpiewać na mównicy sejmowej czy podejmować się innych niestandardowych zachowań. Oni – jak sądzę – być może zechcą trwać w swoim uporze. Trudno przekonać kogoś, kto jest odporny na argumenty. Ale to nie sparaliżuje funkcjonowanie państwa, które działa sprawnie. Również marszałek Sejmu Marek Kuchciński ma przygotowane warianty, które umożliwią pracę Sejmu, tak aby nie doszło do paraliżu konstytucyjnego organu, jakim jest Sejm.
Ma Pan na myśli mobilne urządzenia do głosowania, które podobno zamówił marszałek Kuchciński?
– Nie chciałbym wchodzić w szczegóły, bo nie jestem posłem, ale z tego, co wiem, Kancelaria Sejmu i jej służby są przygotowane na różne warianty wydarzeń. Najbliższe posiedzenie Sejmu jest zaplanowane na 11 stycznia, jest zatem jeszcze trochę za wcześnie, żeby mówić o szczegółach.
Opozycja przekonuje, że ten trwający spór może zostać zażegnany w Senacie, który zgłosi poprawki do budżetu i Sejm ponownie będzie mógł się zająć tą sprawą.
– Jestem senatorem i przyznam, że nie słyszałem, żeby większość senatorów, którą – jak wiadomo – ma PiS, chciała zgłaszać poprawki do ustawy budżetowej. Z takimi radami występował przede wszystkim szef Nowoczesnej Ryszard Petru, który – jak się wydaje – tego typu rozpaczliwymi pomysłami próbował przykryć czy też odwrócić uwagę od swojej zagranicznej eskapady z koleżanką partyjną do ciepłych krajów w dość gorącym okresie politycznym w kraju. Jak wiemy, wywołało to szereg komentarzy i z całą pewnością nie wpłynęło pozytywnie na wizerunek Ryszarda Petru, który miał ambicje wybić się na szefa opozycji w Polsce.
Pojawiły się informacje, że do firmy prowadzonej przez Mateusza Kijowskiego trafiło ponad 90 tysięcy złotych ze zbiórek społecznych prowadzonych przez KOD. Czy hipokryta Kijowski przechodzi do przeszłości, a wraz z nim KOD?
– Nie ulega wątpliwości, że ta informacja poderwała resztki wiarygodności Mateusza Kijowskiego. Przypomnę, że kilka miesięcy temu w przestrzeni medialnej pojawiła się informacja, że lider KOD Mateusz Kijowski nie płaci alimentów na swoje dzieci. Już wówczas ta informacja wskazywała, że trudno mieć zaufanie do człowieka, który z jednej strony tak zdecydowanie opowiada się i mówi, że działa w obronie praworządności, a z drugiej sam łamie zasady praworządności. Chcę też zwrócić uwagę, że środowiska feministyczne, które zazwyczaj są bardzo krytyczne w stosunku do ojców uchylających się płacenia alimentów na swoje dzieci, tym razem nabrały wody w usta i w ogóle na ten temat się nie wypowiadały. To tylko pokazuje hipokryzję różnych środowisk, które w zależności od sytuacji wobec jednych ferują wyroki, a wobec innych są bardzo powściągliwe i elastyczne.
Czy ta sytuacja nie ośmiesza tych, którzy współpracowali i stawiali na Kijowskiego?
– Warto zadać pytanie, czy Platforma i Nowoczesna, które współpracują z Mateuszem Kijowskim i z KOD, odcinają się od działań tego komitetu. Według mnie, w tej sytuacji powinny zachować powagę i zdecydowanie odciąć się od inicjatywy, którą teraz internauci określają mianem „Komitetu Wolna Faktura”. Co by nie powiedzieć, to należy stwierdzić, że totalna opozycja, która miota się w poczynaniach, nie mogąc odnaleźć swego miejsca na scenie politycznej, miała szczególnie ciężki koniec starego i równie trudny początek nowego 2017 roku. Widać wyraźnie, że dwie twarze tej opozycji, czyli Ryszard Petru i Mateusz Kijowski, mają poważne problemy wizerunkowe. Ci ludzie przestają być wiarygodni i nie wiem, czy nie należy tego wiązać z faktem – pojawiły się informacje na ten temat, że ośrodek mający koordynować działania tych środowisk, które 16 grudnia miały podjąć próbę obalenia demokratycznie wybranego rządu, poczuł się niezadowolony sposobem pracy i de facto przebiegiem tych działań, które nie tylko są nieskuteczne, ale także mają znamiona tragifarsy, a sama próba okazała się niepoważną i operetkową. Być może są jacyś sponsorzy takich wydarzeń, którzy poczuli się zawiedzeni. Tak czy inaczej sądzę, że cała ta sprawa jest rozwojowa i nie wykluczałbym, że pojawią się nowe fakty, które rzucą więcej światła na te wydarzenia.

