logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Skandal dyplomatyczny domaga się odpowiedzi

Piątek, 20 stycznia 2017 (21:45)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Prezydent Przemyśla Robert Choma ostatnio nie został wpuszczony na Ukrainę, co więcej, został uznany za „persona non grata”. Z czym w tej sytuacji mamy do czynienia?

– Według mnie, doszło do skandalu dyplomatycznego. Jeżeli strona ukraińska miała zastrzeżenia do prezydenta Przemyśla, to powinna przede wszystkim wystosować notę dyplomatyczną do polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, czego – jak widać – nie zrobiła. Co więcej, potraktowano Roberta Chomę – prezydenta miasta graniczącego z Ukrainą – w analogiczny sposób, jak się traktuje osoby wspierające walczących separatystów w Donbasie. To niedopuszczalne, zwłaszcza przy tak jednoznacznym zaangażowaniu Polski na rzecz Ukrainy.

Rzecznik Służby Bezpieczeństwa Ukrainy Ołena Hitlanska twierdzi, że decyzja o pięcioletnim zakazie wjazdu dla Chomy jest efektem jego „antyukraińskiej działalności”, wskazując na poparcie, jakiego prezydent Przemyśla miał udzielić „marszom antyukraińskim”...

– To jest jakiś absurd. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że prezydent Robert Choma od lat wspierał mniejszość ukraińską w Przemyślu. Żadna szkoła w tym mieście nie ma tak dobrych warunków do nauki – biorąc pod uwagę liczbę uczniów – jak szkoła dla mniejszości ukraińskiej. Ponadto to nie kto inny jak środowisko związane z prezydentem Chomą przeforsowało przekazanie budynku w centrum miasta na ukraiński Dom Narodowy czy też zmianę nazwy jednej z ulic Przemyśla, którą poświęcono kolaborantowi niemieckiemu Jozafatowi Kocyłowskiemu. Rokrocznie miasto dotuje ze swojego budżetu ukraińskie imprezy, ale to tylko niewielka część działalności prezydenta Chomy na rzecz mniejszości ukraińskiej w Przemyślu. Ponadto prezydent Robert Choma jeździł na Ukrainę do Lwowa i przemawiał w trakcie tzw. EuroMajdanu. Tymczasem dla ukraińskiej służby bezpieczeństwa wystarczyło to, że w grudniu ubiegłego roku poparł on patriotyczną młodzież w Marszu Orląt Lwowskich i Przemyskich upamiętniającym 98. rocznicę bitwy pod Niżankowicami, aby stać się wrogiem Ukrainy. To tylko pokazuje, że niektóre środowiska we władzach Ukrainy traktują Przemyśl jako swoje terytorium i reagują, jak coś im się nie podoba.

Patrząc na politykę obecnych władz Przemyśla i sytuację Ukraińców w tym kresowym mieście – o czym Pan zresztą wspomniał – raczej trudno się dopatrywać niechęci prezydenta Chomy do mniejszości ukraińskiej, a tym bardziej „działalności szkodzącej Ukrainie”…?

– Stąd pod taką kategorią zarzutów może się tylko kryć rewizjonizm granic. W wypadku prezydenta Chomy to kolejny absurd. Działania SBU pokazują, iż te służby są spenetrowane przez nacjonalistów ukraińskich i moim zdaniem prowadzą one działania zagrażające interesom narodowym Polski poprzez zwalczanie przejawów polskiego patriotyzmu w Przemyślu. Polskie służby specjalne powinny się temu bliżej przyjrzeć.

Jaka jest prawda dotycząca rzekomej dyskryminacji Ukraińców w Przemyślu, którą środowiska ukraińskie chcą obarczyć m.in. prezydenta Chomę i przemyskie organizacje patriotyczne?

– Tak wspaniałą sytuację, jak Ukraińcy, ma w Polsce tylko mniejszość niemiecka. Proszę zwrócić uwagę, iż obecnie w Polsce z grona licznych mniejszości narodowych tylko aktywiści ukraińscy są ciągle niezadowoleni i roszczeniowi. Żądają tyle, jakby stanowili większość na określonych terenach. To „prześladowanie” tylko w samym Przemyślu wygląda tak, że Ukraińcy stanowią tu duży odsetek lekarzy miejscowego szpitala, weźmy też pod uwagę chociażby sieć handlową „Piotruś Pan”, której właścicielem jest aktywista mniejszości ukraińskiej, a która to sieć przejęła nie tylko w samym Przemyślu, ale również we wschodniej części Podkarpacia dziesiątki wielkopowierzchniowych sklepów. To tylko nieliczne przykłady. Czy świadczą one o dyskryminacji mniejszości ukraińskiej, jak się to podnosi, czy wprost przeciwnie, są dowodem na szczególne traktowanie tych środowisk? Chyba każdy, kto obserwuje wydarzenia z Przemyślem w tle, sam może sobie na to pytanie odpowiedzieć. Ukraińcom potrzebne są preteksty, których usilnie szukają.

Skoro Ukraińcom w Przemyślu dzieje się krzywda, to proszę powiedzieć, jakie mają przywileje w porównaniu z Polakami żyjącymi np. w obwodzie lwowskim?

– Tu przykłady można mnożyć: począwszy od otrzymania przez Ukraińców od Skarbu Państwa szeregu budynków, gruntów czy też finansowania ich działalności na terenie Polski. Wydaje mi się, że niektórzy działacze ukraińscy żyją z etatów opłacanych przez Polskę. Tymczasem we Lwowie praktycznie nie finansuje się polskich organizacji mniejszościowych, które są co najwyżej tolerowane. Mimo zabiegów trwających od lat o zwrocie swojej własności Kościół rzymskokatolicki może tam zapomnieć. Tak środowiska ukraińskie respektują zasadę wzajemności, na co w wielu wypadkach pozwala im – żeby nie powiedzieć – zachęca do takich zachowań – nieodpowiedzialna postawa kolejnych polskich władz.  

Ambasada RP w Kijowie wystosowała notę do MSZ Ukrainy z „prośbą” o pełne wyjaśnienie okoliczności wydania zakazu wjazdu do tego kraju dla prezydenta Chomy. Czy słowo „prośba” nawet biorąc pod uwagę język dyplomatyczny, jest tu na miejscu?

– Nie zdziwiłbym się, gdyby polski ambasador wcielił się w rolę rzecznika ukraińskiego MSZ i próbowałby tłumaczyć Ukrainę z ich działań. Gdyby taka decyzja spotkała prezydenta miasta niemieckiego czy nawet słowackiego, to byłby dyplomatyczny skandal z politycznymi retorsjami. A tu mamy ciszę. To źle wróży na przyszłość.

Również szef MSZ Witold Waszczykowski wypowiada się bardzo wstrzemięźliwie o potraktowaniu polskiego urzędnika przez ukraińskie władze. Podkreśla, że stosunki polsko-ukraińskie układają się znakomicie, co więcej, deklaruje, że „Polacy są po stronie Ukrainy”. Jak można to skomentować?

– Jak wyglądają fakty, każdy widzi. To my ponosimy konsekwencje embarga rosyjskiego, to my udzielamy im kredytów i bezzwrotnego wsparcia w różnej formie, szkolimy armię ukraińską i przyjmujemy rannych, i leczymy ich. W zamian za to Ukraina traktuje nasz kraj politycznie jak państwo wasalne. Polityka zagraniczna ma obowiązek wyciągać z tego wnioski i odpowiednio reagować. W przeciwnym wypadku sami sobie szykujemy problem. Doszło do skandalu dyplomatycznego i wobec zaistniałych faktów polskie MSZ powinno wezwać ambasadora Ukrainy na dywanik, bo zarzut, że prezydent Przemyśla zagraża bezpieczeństwu Ukrainy, jest jednym słowem absurdalny. Ociera się bowiem o rewizjonizm w stosunku do państwa ukraińskiego, co już samo w sobie jest niedorzecznością.  

Czy potraktowanie przez władze ukraińskie prezydenta Chomy nie powinno dać do myślenia polskim władzom, że wszystkie przyjacielskie gesty i angażowanie się w sprawy Ukrainy odnoszą tak naprawdę przeciwny skutek?

– Od lat podkreślam, iż tolerowanie ideologii nacjonalizmu ukraińskiego w przestrzeni politycznej jest dla Polski teraz i w przyszłości bardzo niebezpieczne. Proszę sobie wyobrazić stabilną Ukrainę rządzoną przez nacjonalistów. Jakie problemy mamy z małą Litwą? Te działania, z którymi teraz mamy do czynienia, to dopiero początek ich ciągle skrywanych zamiarów w stosunku do pogranicza kilku państw. To ukraińscy nacjonaliści mają zapisane w swojej ideologii.

Co sądzi Pan o pomyśle mera Lwowa Andrija Sadowego, który wobec blokady śmieciowej tego miasta chce wywozić ukraińskie śmieci do Polski, m.in. do Przemyśla?

– Co tutaj jest do komentowania. Ukraina ma dwa razy większe terytorium niż Polska i praktycznie tyle samo ludzi. Sprawa śmieciowa tylko pokazuje, jak bardzo niektórzy w tym kraju niedorośli do zarządzania sprawami publicznymi. Zresztą wiele dziedzin w tym państwie jest tak zaniedbane, że tu nie pomogą zwykłe pożyczki czy dotacje wrzucane niczym do studni bez dna. Ukraina oczywiście liczy na kolejne wsparcie. Pytanie tylko, kto je będzie dawał, bo Unia Europejska ma coraz więcej problemów, co więcej, jest sama w coraz trudniejszej sytuacji.

Mer Sadowy miał w tej sprawie rozmawiać z Robertem Chomą i to już po zakazie wjazdu na Ukrainę dla prezydenta Przemyśla. Czy to nie jest kolejny akt prowokacji…?

– Musimy obserwować to, co się dzieje, ale nie w Donbasie, ale na zachodniej Ukrainie. Po prowokacji w postaci wysadzenia pomnika w Hucie Pieniackiej i zakazie wjazdu na Ukrainę dla prezydenta Przemyśla, wspomniana przez pana redaktora propozycja to wyraz lekceważenia podkarpackich samorządowców przez ukraińskie władze. Warto się zastanowić, dlaczego Ukraińcy nie poproszą o taką przysługę samorządowców z Niemiec, przecież mogliby tam śmieci wozić koleją…?  

Nasza polityka uległości wobec Ukrainy legła w gruzach?

– Zdecydowanie tak. Tyle tylko, że wielu polityków w Polsce ciągle tego nie dostrzega, a może po prostu nie chce widzieć.

Czy należy wiązać dwa wydarzenia: zakaz dla prezydenta Roberta Chomy i profanację pomnika w Hucie Pieniackiej?

– Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Oczywiście, że tak, bo te dwa wydarzenia nastąpiły w krótkim czasie po sobie i są powiązane ze środowiskami ideowymi, które mogły tego dokonać. Proszę zobaczyć, że we Lwowie SBU jest całkowicie spenetrowana przez ukraińskich nacjonalistów. I to oni mają szukać sprawców zbezczeszczenia pomnika w Hucie Pieniackiej? Przecież to niedorzeczne.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl