Panie Profesorze, 45. prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump to szansa czy może bardziej zagrożenie dla światowego pokoju i świata pogrążonego w chaosie?
– Po stronie pozytywów należy zapisać fakt, że polityka na rzecz obrony miejsc pracy i tradycyjnych wartości zyskuje przewagę nie tylko w Polsce, ale też na świecie. Bardzo ważny dla Polski i całej Europy jest ten fragment inauguracyjnego przemówienia prezydenta Trumpa, w którym mówił on o wzmocnieniu dotychczasowych sojuszy, czyli NATO. Natomiast dla Polski pewną szansą jest to, że Donald Trump został prezydentem dzięki głosom Polonii amerykańskiej. Zresztą za głosy Polaków Donald Trump dziękował w rozmowie telefonicznej z prezydentem RP Andrzejem Dudą. Z pewnością cieszą też plany wzmocnienia militarnego Stanów Zjednoczonych. Plany rozbudowy armii oznaczają, że Amerykanie będą częściej – niż za prezydentury Baracka Obamy – odwoływać się do swojej potęgi wojskowej.
Co można powiedzieć o polityce zagranicznej prezydenta Trumpa, czy i na ile – po zapowiedziach z kampanii wyborczej – może to być polityka przewidywalna?
– Sadząc po kampanii, składzie gabinetu oraz pierwszych przemówieniach i decyzjach, wydaje się, że polityka zagraniczna prezydenta Donalda Trumpa będzie próbą powrotu do polityki realizmu. Na tym etapie nie wiadomo jednak, które akcenty jego programu będą miały znaczenie pierwszoplanowe. Czas pokaże.
Czy paradoksalnie brak doświadczenia Trumpa w prowadzeniu polityki zagranicznej może być jego atutem?
– Donald Trump ma doświadczenie biznesowe. I jako przedsiębiorca doskonale wie, że aby robić biznesy, trzeba współpracować z innymi. Interesu z samym sobą się bowiem nie zrobi. Niezadowolenie Amerykanów z poczynań dotychczasowego establishmentu sprawiło, że elity polityczne i akademickie, dominujące za prezydentury Baracka Obamy, są zastępowane przez elity biznesowe i wojskowe. W polityce zagranicznej nowa administracja musi przy tym współpracować z Senatem, gdzie wielu republikańskich weteranów uzyskało od Rexa Tillersona, nowego sekretarza stanu – odpowiednika szefa MSZ, który jako szef Exxon Mobil – największej amerykańskiej korporacji naftowej, robił biznesy z rosyjskim państwowym koncernem działającym w branży petrochemicznej, Rosnieftem, raczej zimnowojenny obraz świata z Rosją jako głównym zagrożeniem.
Co z polskiego punktu widzenia powinno być najważniejsze w polityce nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych?
– Z punktu widzenia Polski najważniejsze jest pełne wdrożenie w życie ustaleń ubiegłorocznego szczytu NATO w Warszawie, a w szczególności rozmieszczenie na terenie Polski wszystkich przewidzianych wojsk amerykańskich. Przypomnę, że w lutym w Powidzu ma być rozlokowanych około tysiąca amerykańskich żołnierzy ze śmigłowcami wsparcia powietrznego, a w kwietniu batalion zmechanizowany w Orzyszu, czyli między obwodem królewieckim a Warszawą. Administracja prezydenta Trumpa z pewnością nie cofnie też budowy bazy antyrakietowej w Redzikowie. Obok dwustronnej współpracy wojskowej i w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego dobrze byłoby, gdyby polsko-amerykański sojusz został wzmocniony także przez współpracę gospodarczą.
A co z Polonią, z którą, jak Pan wspomniał, w trakcie kampanii spotkał się Donald Trump…?
– Polonia amerykańska była, jest i będzie ważnym politycznie czynnikiem. Przypomnę, że to Polonia, która zamieszkując w Stanach Zjednoczonych, głównie w kilku tzw. obrotowych (wahadłowych) stanach: Wisconsin, Michigan i Pensylwania, rozstrzygnęła o zwycięstwie Donalda Trumpa. W wyborach powszechnych Hillary Clinton otrzymała prawie trzy miliony głosów więcej, ale całe wybory wygrał Donald Trump dzięki przewadze ok. 200 tysięcy głosów (przy ponad 130 milionach oddanych) właśnie w tych trzech najbardziej „polonijnych” stanach. Od dziesięcioleci katoliccy wyborcy w tych i kilku innych tzw. stanach wahadłowych w dużym stopniu wpływali na wynik wyborów prezydenckich, ale nigdy tak bardzo jak w zeszłym roku. Tak więc Donald Trump, który bez tych głosów najprawdopodobniej przegrałby wybory, przy mądrej polityce Polski i Polonii będzie skłonny brać pod uwagę nasze opinie, zarówno w perspektywie wyborów do Kongresu w 2018 r., jaki reelekcji w roku 2020.
Trump jest w stanie nie dopuścić do wbicia klina między Stany Zjednoczone a Europę, do czego prowadzi polityka Rosji?
– Przemówienie inauguracyjne prezydenta Donalda Trumpa było w pewnym sensie ostrzeżeniem dla Europy. Żaden region nie skorzystał na amerykańskim parasolu bezpieczeństwa tak bardzo jak Stary Kontynent. Stwierdzeń Trumpa nie należy jednak rozumieć jako zapowiedzi wycofania się z Europy, jak to niektórzy wyrokują. Ale należy je interpretować raczej jako zachętę do realnego współpartycypowania w kosztach utrzymania tego bezpieczeństwa, które powinny się rozkładać proporcjonalnie na poszczególne państwa. Te formułowane już w trakcie kampanii wyborczej ostrzeżenia zaczynają odnosić pewien skutek. Niektóre kraje unijne, w tym Niemcy, zaczynają zwiększać swoje wydatki na obronę. Ważne jest, aby pozostałe państwa Unii Europejskiej, tak jak robi to Polska, zabiegały o odbudowę relacji ze Stanami Zjednoczonymi i odnowę NATO.
Zapowiedź Trumpa, że polityka wobec Rosji będzie polityką dialogu, bardziej koi i uspokaja czy przeciwnie – może niepokoić?
– Próbę odprężenia i poprawę relacji z Rosją podejmował w ostatnich dekadach każdy prezydent Stanów Zjednoczonych. Potem – niestety – następowało zderzenie z rzeczywistością. I tak, Bill Clinton zaczynał od „najpierw Rosja”, aby w drugiej kadencji rozszerzyć NATO m.in. o Polskę. George Bush młodszy zaczynał od współpracy z Rosją w Afganistanie, żeby na koniec obiecać członkostwo w Sojuszu Ukrainie i Gruzji. Podobnie Barack Obama zaczynał od resetu, a skończył, popierając proeuropejską rewolucję na Ukrainie i rozmieszczając wojska amerykańskie w Polsce, Rumunii i krajach bałtyckich. Biorąc to wszystko pod uwagę, również w przypadku prezydenta Trumpa trzeba liczyć się z kolejną próbą odprężenia w stosunkach z Rosją. Wydaje się jednak, że te ewentualne próby także zakończą się porażką. Ani Rosja nie pomoże Stanom Zjednoczonym przeciwko Chinom, ani Stany Zjednoczone i kraje Unii Europejskiej nie zgodzą się na nową Jałtę.
Trump ma szansę zjednoczyć Amerykę – jak by nie było – podzieloną po wyborach prezydenckich?
– Donald Trump wygrał prezydenturę dzięki głosom białych robotników i dzięki prowincji. Z całą pewnością pozytywnie zostaną przyjęte decyzje dotyczące inwestycji w infrastrukturę oraz uzbrojenie, które tworzą miejsca pracy w Stanach Zjednoczonych. Natomiast gorzej odebrane będą obniżki podatków dla najbogatszych Amerykanów. Dopóki nie dojdzie do kryzysu, poparcie dla Trumpa będzie rosło.
Jak – Pana zdaniem – rysuje się przyszłość relacji polsko-amerykańskich za prezydentury Donalda Trumpa?
– Z całą pewnością nie będzie już sprzecznych z rzeczywistością i interesami Waszyngtonu prób podważania tego, że dzięki zwycięstwu Prawa i Sprawiedliwości demokracja i wolność słowa w Polsce zostały wzmocnione i pogłębione, a nie odwrotnie, jak twierdzą odsunięci od władzy politycy byłego polskiego rządu. Myślę, że możemy liczyć na pragmatyczną współpracę zarówno we wdrażaniu decyzji szczytu NATO w Warszawie i rozmieszczaniu kolejnych oddziałów i instalacji amerykańskich w Polsce, jak i w rozszerzeniu naszej współpracy na kwestie dwustronne, zwłaszcza gospodarcze.

