logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Potrzebna jest Europa ducha i wartości

Sobota, 25 marca 2017 (19:16)

Aktualizacja: Sobota, 7 października 2017 (18:48)

Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Janusz Lewandowski stwierdził, że wcześniejsze zapowiedzi premier Szydło co do braku akceptacji dla deklaracji rzymskiej to był jedynie „spektakl dla naiwnych”…

– Trudno brać na poważnie czy komentować opinię człowieka niewiarygodnego. Człowieka niewiarygodnego od wielu lat. Jest powszechnie wiadomo, jakie „zasługi” Janusz Lewandowski ma dla polskiej gospodarki. Również jako komisarz nie zrobił nic dobrego dla Polski. Stąd zamiast komentować opinię tego człowieka, lepiej spuścić nad nim kurtynę milczenia. Natomiast nieporozumieniem jest wypowiedź Grzegorza Schetyny, który wyprzedził nawet Lewandowskiego, mówiąc, że w ciemno podpisałby deklarację rzymską. Czy można traktować poważnie polityka, który w sposób nieodpowiedzialny publicznie deklaruje, że podpisałby w ciemno dokument, którego treści nie zna, dokument, który może być szkodliwy dla Polski? Te dwa głosy pokazują obraz opozycji taka, jaka ona jest, opozycji, która nie tylko nie dba pozycję Polski, ale wręcz szkodzi wizerunkowi Polski. 

Czy to nie pokazuje, iż to nie obecny rząd PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej, ale ci, którzy ją wprowadzali w szeregi Wspólnoty, a dzisiaj bronią rzekomo zagrożonej demokracji?

– Dokładnie tak. Celem obecnego rządu nie jest wyprowadzenie Polskę z Unii. Nigdzie, w żadnej wypowiedzi liderów partii rządzącej nie padła deklaracja o jakichkolwiek działaniach, które zmierzałyby w kierunku Polexitu. Natomiast były, są i będą twarde stwierdzenia, pod prąd określające oczekiwania Narodu Polskiego i Polski wynikające z przynależności do UE. Polski rząd, rząd Prawa i Sprawiedliwości proponuje zasadę suwerenności państw, Unię państw narodowych wolną od poprawności politycznej i lewactwa.    

Deklaracja rzymska, choć nie jest szczytem polskich ambicji polskiego rządu, ale premier Szydło zdecydowała, żeby ją podpisać…

– To tylko pokazuje, że obecny rząd, rząd premier Beaty Szydło działał, działa i będzie działał w interesie Narodu, w interesie Polski. Dlatego premier Szydło potwierdziła, że podpisze deklarację, kiedy będzie pewna tego, co w tej deklaracji się znajduje i że jej treść nie będzie szkodliwa dla Polski. Natomiast nieprawdą jest, że treść rzymskiej deklaracji była znana wszystkim na wiele dni przed szczytem w Rzymie. Z chwilą, kiedy premier i polska delegacja otrzymała wiarygodne informacje odnośnie do treści tej wspólnej deklaracji, dopiero wtedy zapowiedziała, że złoży podpis w imieniu Polski. Oczywiście ta deklaracja rzymska jest daleka od oczekiwań Polski i Polaków, natomiast trudno się było spodziewać czegoś więcej. Mamy zatem dokument w stylu „dla każdego coś miłego”, ale ważne, że znalazły się w nim cztery główne punkty oczekiwania Polski, ale nie tylko nasze dotyczące: zachowania jedności, rynku wewnętrznego, że utrzymane zostają swobody wolnego rynku, wzmocnienie bezpieczeństwa w oparciu o współpracę z NATO oraz zwrócenie uwagi na rolę parlamentów w reformie Wspólnoty.

Czy zapisy tej deklaracji przesądzają o przyszłości o kierunku, w jakim powinna podążać Unia?

– Nie, nie przesądzają. I chyba słusznie przyjęto dość „miękkie” zapisy, aby w tym szczególnym dniu jubileuszu 60. rocznicy traktatów rzymskich nie zadrażniać i tak już mocno napiętej sytuacji. Natomiast – jak się wydaje – są tam pewne konkrety, że ta deklaracja może niejednoznacznie, ale w sposób zauważalny odcina się od Europy dwóch czy kilku prędkości.

W Rzymie, na Kapitolu, co można było zauważyć odbyła się wielka feta, ale czy Wspólnota Europejska ma co świętować?

– Wspólnota Europejska ma tylko jeden powód do świętowania, a mianowicie, że minęło 60 lat i dzięki Wspólnocie Europejskiej na Starym Kontynencie nie doszło do poważniejszych konfliktów, choć konflikt bałkański, gdzie przelewano krew, a Unia czy NATO niewiele zrobiły, aby zapobiec ludzkim dramatom w tej części Europy. Natomiast jeśli chodzi o przyszłość, to dzisiejsze święto powinno być dniem refleksji, po którym Europa powinna przystąpić do konkretnej, wytężonej pracy, aby przyszłość mogła się rysować lepiej, niż to dzisiaj wygląda.     

Czyli szczyt rzymski to dopiero początek debaty nowym kształcie Unii?

– Deklaracja rzymska, pod której tekstem dzisiaj w Rzymie podpisy złożyli szefowie 27 rządów państw członkowskich, w sposób bardzo ogólny wskazuje kierunek, w którym podążać będzie Unia. Tym bardziej debata o przyszłości Wspólnoty jest konieczna, bo w tej formule Unia się wyczerpała. Jeśli taka rzeczowa debata się nie odbędzie – i to szybko – to będziemy świadkami początku końca UE.

To, że reformy są konieczne, nie ulega wątpliwości, ale czy obecni politycy i eurokraci są zdolni do zmian?

– Dzisiaj sytuacja jest bardzo trudna i skomplikowana, bo główne państwa-lokomotywy Unii jak Niemcy czy Francja są w czasie kampanii wyborczych. Po wyborach jest Holandia, a sytuacja Włoch też nie jest jednoznaczna. Poza tym mamy rozpoczęty proces wychodzenia z Wielkiej Brytanii, co z pewnością osłabi Unię. Nie należy też zapominać o kryzysie migracyjnym, który wciąż pozostaje nierozwiązany, a wszystko wskazuje, że na skutek błędnej polityki będzie się nasilał. To są realne wyzwania, którym trzeba będzie sprostać, tego nie da się zamieść pod dywan. Ale w mojej ocenie, dopiero po ustabilizowaniu się sytuacji po wyborach we Francji i w Niemczech będzie można mówić o konkretnych działaniach. Tak czy inaczej debata na temat przyszłości Unii powinna się już rozpocząć. Ponadto nad Unią ciąży kryzys przywództwa, brakuje autorytetów, za to mamy pokaz siły, gdzie większy, bardziej zamożny próbuje dyktować warunki innym. Ostatnio kanclerz Merkel gościła w Waszyngtonie, gdzie spotkała się z prezydentem Donaldem Trumpem i tam zetknęła się z twardą rzeczywistością. Trudno powiedzieć, czy wyciągnie wnioski z tej lekcji. Trafiła na przywódcę najpotężniejszego mocarstwa na świecie, który pokazał jej miejsce w szeregu. Może to pobudzi kanclerz Merkel, której przyszłość polityczna wcale nie jest przesądzona, do refleksji, że wobec mniejszych, mniej zasobnych państw należy zachować szacunek, którego dotychczas z jej strony nie było. Dotyczy to także polityków z Brukseli, często pozbawionych wyczucia politycznego, którym się wydaje, że są pozjadali wszystkie rozumy. Więcej pokory, panowie, więcej pokory..

Wczoraj przedstawiciele Wspólnoty Europejskiej zostali przyjęci na audiencji przez Papieża Franciszka. Podczas przemówienia Ojca Świętego Jean-Claude Juncker był wyraźnie zmęczony, Francois Hollande siedział jak w knajpie, premier Viktor Orban bawił się telefonem, a Donald Tusk niemalże zasypiał. Jak Unia ma się rozwijać, skoro na jej czele stoją tacy ignoranci, którzy nie mają wyczucia powagi takiej chwili?

– To jest bardzo przykre, ale niestety prawdziwe. Jeśli chodzi o premiera Orbana, to nie ukrywam, że jestem nie miło zaskoczony. Natomiast nawet gdyby mi pan próbował wmówić, że Jean-Claude Juncker był rześki, to i tak nie uwierzyłbym. W przypadku tego polityka jest to już pewna norma i widać nawet taka chwila jak audiencja u Ojca Świętego nie robi na nim większego znaczenia. Francois Hollande zachowuje się tak, jak się zachowuje formacja, którą reprezentuje. Czegóż można oczekiwać od przywódcy państwa, który ma niecałe cztery procent poparcia, polityka schyłkowego, który wkrótce odejdzie w polityczny niebyt. Nawet jego własny naród się na nim poznał. Żeby się umieć zachować, trzeba reprezentować pewien poziom, widać jednak, że niektórzy politycy nie dorośli do funkcji, które zajmują.  

Ojciec Święty mówił o jedności Unii, o solidarności, potrzebie obrony życia – tych wartościach, na których Wspólnota musi się opierać, żeby przetrwać…

– Ojciec Święty bardzo słusznie powiedział o powrocie do Rzymu po 60 latach, ale jak zauważył, nie może być jedynie podróż sentymentalna. Tym samym niejako zachęcił do refleksji, aby nie zapominając o przeszłości, o korzeniach, z których Wspólnota Europejska wyrasta, podążać w przyszłość. Zachęcał do wsłuchiwania się w głos ojców założycieli, którzy podkreślali, że Europa nie jest zbiorem zasad, których należy przestrzegać podręcznikowo. Nawiązując do wypowiedzi swojego wielkiego poprzednika św. Jana Pawła II, któremu na sercu tak mocno leżała Europa ducha i wartości, Papież Franciszek wskazywał, że Unia jest żywym organizmem, sposobem pojmowania człowieka, który nie jest przedmiotem, ale ma swoją godność, którego należy szanować i traktować podmiotowo. W moim odczuciu Papież Franciszek nie do końca czuje współczesną Europę, którą trudno czuć nawet samym Europejczykom.  

Papież Franciszek mówił też o rozdźwięku między tym, co robią decydenci, a tym, czego chcą obywatele Wspólnoty. Czy te słowa autorytetu moralnego pobudzą do refleksji unijnych polityków?

– Europa za sprawą swoich przywódców, na skutek bezrefleksyjnej polityki coraz bardziej odchodzi od zasad, na których została zbudowana. Stąd Ojciec Święty jako przywódca duchowy i autorytet moralny o tym przypomniał. Europa wyrasta z chrześcijańskich korzeni, którymi dzisiaj próbuje się handlować i w imię poprawności polityczne zastępować obcymi nam kulturowo zasadami. Weźmy chociażby córkę Europy – Francję, co się z nią stało. Przed chwilą mówiliśmy o tym, jak podczas audiencji w Watykanie zachowywali się ci, którzy rządzą Europą, a przynajmniej ich ważna część. Nie sądzę, żeby wszyscy tam obecni byli zdolni – pod wpływem wskazań Ojca Świętego Franciszka – do głębszej refleksji i wyciągnięcia wniosków z tej szczerej nauki.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl