logo
logo

Zdjęcie: Mateusz Marek/ Nasz Dziennik

Urzędnicy zawiedli

Środa, 12 kwietnia 2017 (03:16)

Z senator Alicją Zając z Prawa i Sprawiedliwości, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Czym jest dzisiaj Smoleńsk dla Pani?

– To trudne pytanie. Smoleńsk już zawsze będzie się kojarzył nam z miejscem, gdzie zginęli nasi bliscy. Przyznam, że był taki moment, w tym roku, kiedy zastanawiałam się, czy nie polecieć do Smoleńska, ale wielu moich przyjaciół – także senatorów – zadawało mi pytanie: po co tam polecisz…? Na co odpowiadałam: – żeby zobaczyć to miejsce. Nie leć! To jest podobnie jak było z 10 kwietnia 2010 r., kiedy w Czerwonym Krzyżu powiedziałam swojemu ówczesnemu dyrektorowi, że wybieram się wraz z mężem do Katynia na uroczystości. To było jakiś czas przed 10 kwietnia i wówczas od tego dyrektora, który przed laty uczestniczył w ekshumacjach z ramienia Czerwonego Krzyża, usłyszałam: – proszę tam nie jechać. I teraz, kiedy usłyszałam od przyjaciół nie leć, przypomniałam sobie te słowa sprzed 10 kwietnia 2010 r. Zastanawiam się, skąd to ich przekonanie, czy w ocenie tych ludzi, którzy wprawdzie nie stracili tam najbliższych, jest to tak straszne miejsce, że odradzają wyjazdu na tamtą ziemię? Z całą pewnością byłoby to dla mnie duże przeżycie, którego nawet nie bardzo potrafię sobie wyobrazić. Zupełnie czym innym jest oglądać obrazy, migawki w telewizji, a czym innym jest tam być, chodzić po miejscu, gdzie zginęli nasi najbliżsi i gdzie jak przypuszczamy, wciąż mogą znajdować się ich szczątki.  

Po katastrofie Polska się podzieliła, czy może raczej została podzielona na dwa wrogie obozy?

– Ten podział był – jak sądzę – celowym działaniem. Od początku ktoś zaplanował, że polski rząd nie będzie się zajmował dochodzeniem do przyczyn katastrofy do tej prawdy, na którą wciąż czekamy. I dzisiaj – nawet dziennikarze nieprzychylni obecnej władzy – mówią, że ówczesny rząd bezwolnie przyjął to, co narzuciła Rosja. Prawda jest taka, że kiedy Naród jest podzielony, skłócony, to jest słaby, łatwo nim manipulować i komuś bardzo na tym zależy, żebyśmy trwali w tej wzajemnej niechęci do siebie, która przybiera nawet znamiona wrogości czy wręcz nienawiści. Świadczą o tym chociażby wydarzenia z grudnia ubiegłego roku przed Sejmem. Przeżywamy dziwny czas i antagonizmy, które może nie dotyczą bezpośrednio Smoleńska, ale ktoś je wywołuje po to, aby jeden Polak występował przeciwko drugiemu, żeby trwał niepokój, a w konsekwencji żeby nasze państwo było wewnętrznie słabe.

Co Panią najbardziej bolało w postawie rządu koalicji PO – PSL i samego Donalda Tuska w podejściu do rodzin smoleńskich?

– Premier Donald Tusk z całą pewnością nie czuł tego, co my przeżywaliśmy, co więcej – nawet nie próbował zrozumieć naszego bólu. Podczas spotkań z rodzinami w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nie odpowiadał na nasze pytania, które cały czas były stawiane. Ówczesna władza brała nas na przetrwanie. To były naprawdę wzruszające spotkania ludzi, którzy stracili swoich najbliższych, natomiast po drugiej stronie był cynizm i w gruncie rzeczy obojętność. Mnie najbardziej zabolało, kiedy Donald Tusk powiedział, że wyjaśnienie przyczyn katastrofy zostawił Rosjanom, bo nie chciał, aby sprawa smoleńska wywołała „negatywny tematycznie przełom w stosunkach polsko-rosyjskich”. Przyznam, że zapisałam sobie to zdanie, bo nie potrafiłam zrozumieć, co one oznaczają. Widać dla Donalda Tuska – na ten moment spotkania z rodzinami – ważniejsze było myślenie o negatywnym przełomie w stosunkach polsko-rosyjskich niż wyjaśnienie przyczyn i okoliczności katastrofy. Trudno było się oprzeć wrażeniu, że Donald Tusk robił wszystko dla swojego tzw. świętego spokoju i do dzisiaj tak to odczuwam. Jako rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej czuliśmy się osamotnieni, brak było odczuwalnej pomocy od państwa, co przejawiało się w różnych sytuacjach.

Kiedy to było najbardziej odczuwalne?

– Takich sytuacji było wiele, np. kiedy okazało się, że zapewnienia Ewy Kopacz o solidności rosyjskich patomorfologów okazały się fikcją i de facto kłamstwem, bo na miejscu katastrofy przypadkowi ludzie wciąż znajdowali szczątki ciał ofiar, to wówczas wiedzieliśmy już, że te wszystkie zapewnienia o solidności Rosjan i działaniach polskich władz były fikcją. Chciałabym choć na chwilę uciec od tych wspomnień, ale tego się nie da zapomnieć. Weźmy chociażby raport komisji Millera, który był kopią raportu MAK. Przecież komisja Millera nie przeprowadziła żadnych rzeczowych badań. Nam tylko wmawiano, że to jest raport, że działa jakaś komisja, tymczasem dzisiaj okazuje się, że to była fikcja i pozorowanie działań. Były słowa, które nie miały odzwierciedlenia w faktach. W ogóle to nam – rodzinom smoleńskim – tak na dobrą sprawę zabroniono nawet płakać nad naszymi zmarłymi. My mieliśmy przyjąć bezkrytycznie to, co założył rząd Donalda Tuska, siedzieć cicho, o nic nie pytać, pochować w grobach trumny, które nam przekazano – jak się okazuje, w wielu wypadkach okazuje z nieznaną „zawartością”. Przecież po przeprowadzonych do dzisiaj kilkunastu ekshumacjach widać, że było wiele pomyłek, przykładów nieposzanowania zwłok. Strach pomyśleć, co nas czeka przy kolejnych planowanych badaniach ciał naszych bliskich.

Zna Pani termin ekshumacji swojego męża?

– Nie, nie znam. Prokurator powiedział mi, że jeśli chcę poznać termin ekshumacji, to powinnam się zwrócić na piśmie i wówczas otrzymam odpowiedź z terminem. Jednak wolę zaczekać niż otrzymać tę wiadomość już dziś i czekać może nawet kilka miesięcy na termin ekshumacji. Prawdę mówiąc, pogodziłam się z tym, że dla dobra prowadzonego postępowania ekshumacje są konieczne, ale gdyby to zależało ode mnie, to moja rodzina nie wnioskowałaby o ekshumację.

Czego się Pani najbardziej obawia?

– Obawiam się tego, że w grobie może nie być ciała mojego męża albo że jest zbezczeszczone. Co do akt niejawnych, które badałam, mogę mieć pewne znaki zapytania, natomiast co do zdjęć, jakie zostały mi okazane, nie mam zastrzeżeń. Na tych zdjęciach był mój mąż Stanisław Zając.          

Po prezentacji wyników badań podkomisji smoleńskiej pod kierownictwem dr. Berczyńskiego Pani wiedza o tym, co mogło się wydarzyć 10 kwietnia 2010 r., jest bogatsza niż dotychczas?

– Zdecydowanie tak. Ta prezentacja była dla mnie bardzo wiarygodna. Została przygotowana w oparciu o zarejestrowane dane z samolotu. Okazuje się, że na pokładzie rządowego Tu-154M były awarie w różnych systemach, w tym awaria układu hydraulicznego. Dla mnie to brzmiało bardzo wiarygodnie i przyznam, że mimo upływu siedmiu lat od katastrofy, za każdym razem oglądanie symulacji rozpadającego się samolotu jest dla mnie trudnym przeżyciem. Często latam samolotami i kiedy podchodzimy do lądowania, to zawsze zadaję sobie ciągle to samo pytanie, a mianowicie czy nasi bliscy lecący do Smoleńska wiedzieli, czy mieli świadomość, że jest awaria, że się rozbiją. To jest pytanie, które towarzyszy mi podczas każdego lotu, choć nie boję się latać. Ufam, że każdy ma swoje przeznaczenie i tak było też w przypadku mojego męża i innych ofiar katastrofy.

Według dr. Berczyńskiego i ustaleń podkomisji samolot rozpadł się już w powietrzu, na pokładzie mogło dojść do eksplozji, a „pancerna brzoza” nie miała wpływu na katastrofę?

– Usłyszeliśmy, że prawdopodobną przyczyną eksplozji na pokładzie był ładunek termobaryczny. Natomiast teza o „pancernej brzozie” upadła już dawno, bo została wykluczona już na samym początku. To przecież nie był szybowiec, ale samolot pasażerski przeznaczony do przewozu wielu osób i nigdy wcześniej nie dochodziło do większych awarii. Natomiast nie tak dawno dowiedzieliśmy się, że Tu-154M miał wadę fabryczną. Tylko w 2010 r. doszło do pięciu poważnych wypadków tych maszyn – cztery miały miejsce na terenie Rosji, jeden w Iranie. Najpoważniejsza była katastrofa rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem, w której zginęło 96 osób. Ta wada konstrukcyjna powodowała czy wręcz wymuszała dodatkowe kontrole. Dzisiaj wiemy, że kiedy samolot poleciał na przegląd do Rosji, to do nadzorowania tego przeglądu z polskiej strony wyznaczono jedną osobę – żołnierza, podczas gdy przegląd części samolotu odbywał się w Samarze, a drugiej części w innym miejscu. Nie chcę ferować wyroków, ale to wszystko pokazuje, że lekceważono sprawy bardzo poważne.

Zgadza się Pani z tym, że państwo polskie zawiodło dwa razy: pierwszy raz, bo nie zapewniło bezpieczeństwa prezydentowi RP, a drugi raz, kiedy nie potrafiło wyjaśnić przyczyn katastrofy, oddając śledztwo w ręce Rosjan?

– To nie państwo polskie zawiodło, ale urzędnicy państwa. Państwo polskie trwa i będzie trwać nadal dzięki obywatelom. Mogę podać trzy nazwiska urzędników państwa polskiego, którzy nas – rodziny smoleńskie – oszukali i nie dopełnili tych obowiązków, które na nich spoczywały w 2010 r. To był premier Donald Tusk, ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, która była z nami w Moskwie po katastrofie i zapewniała nas, że wchodzi do prosektorium, że wszystkiego pilnuje i że Rosjanie – lekarze, prokuratorzy bardzo profesjonalnie wykonują swoje zadania, i Tomasz Arabski – ówczesny szef kancelarii premiera, który był odpowiedzialny za organizowanie wyjazdu prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r., lotu, który zakończył się katastrofą. Tomasz Arabski rozmawiał z Rosjanami, był również w Moskwie po katastrofie, a dzisiaj twierdzi, że on o niczym nie decydował. Ktoś jednak decydował i nazwisko tego kogoś musi zostać ujawnione. My, rodziny, powinniśmy wiedzieć, dlaczego tak nas traktowano i kto odpowiada za to, że stawiano nas w roli petentów, którzy nie mają prawa niczego oczekiwać, nawet przejawiać bólu, a najlepiej żebyśmy zapomnieli o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. Kto miał prawo decydować o losie 96 Polaków, o ich życiu, ale też kto miał prawo decydować o nich po tragicznej śmierci…? Pozostawiam to jako otwarte pytanie.    

Wierzy Pani w to, że winni zaniedbań, które doprowadziły do katastrofy i śmierci członków polskiej delegacji udającej się do Katynia, poniosą konsekwencje?

– Trudno to powiedzieć. Prezes Kaczyński uważa, że winni poniosą odpowiedzialność. Najlepiej, żeby to było pozbawienie dożywotnio funkcji publicznych. Tacy ludzie, którzy źle prezentowali interes państwa polskiego i interes tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem i ich rodzin, które do dziś opłakują swoich bliskich, tacy ludzie nie powinni pełnić już nigdy żadnych funkcji publicznych. Ci ludzie nie mają prawa być premierami, ministrami, ambasadorami czy parlamentarzystami. Oni poprzez swoje kolejne działania sami świadczą o sobie. To, co się stało wówczas w Smoleńsku, myślę, że nie daje im spokoju. Uważam, że oni nie tak jak my – wieczorem – kładąc się do łóżka, spokojnie zasypiają. Myślę, że oni wciąż zadają sobie pytanie, czy gdyby mogli zawrócić czas, to czy postąpiliby tak samo. Nie sądzę. Gdyby to byli ludzie zdolni do refleksji, ludzie myślący o innych, o nas, o rodzinach smoleńskich, o godnym pochówku zmarłych, a nie myśleli tylko o sobie i o swoich interesach, to sądzę, że ich decyzje z kwietnia 2010 r. byłyby inne. Przecież pamiętamy, jak wyglądała scena polityczna w Polsce w tamtym czasie, jak walczono z prezydentem Lechem Kaczyńskim, jak usiłowano obniżyć jego rangę, jak wyszydzano czy wyśmiewano tego przywódcę oddanego Polsce i Polakom. Ubolewam, że w tę atmosferę nienawiści wpisywały się również media, które dzisiaj wprawdzie nas, rodzin, może już tak nie atakują, ale dalej wyśmiewają. To potęguje zachowania choćby tych, którzy utrudniają prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu odwiedziny i modlitwę na grobie brata i bratowej na Wawelu. Zastanawiam się, co to za ludzie, którzy tak się zachowują, co nimi kieruje?

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl