Jakie były okoliczności powstania Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta”. Jakie cele przyświecały jej założycielom?
– Tajna Organizacja Młodzieżowa „Orlęta” w Rudniku nad Sanem powstała w 1947 r. W jej skład weszli uczniowie rudnickiego gimnazjum, którego kilku wcześniejszych uczniów zginęło, walcząc w obronie Lwowa. Idee, które stały u podstaw tej organizacji, tkwiły w tych chłopcach. Tworzyli je ludzie inspirowani pragnieniem walki o wolną Polskę. Motywowani młodzieńczym idealizmem dostrzegali sprzeczności we wprowadzanym w naszej Ojczyźnie siłą ustroju. Takie podejście świadczy o dużej dojrzałości – dziś można by powiedzieć politycznej – tych młodych ludzi. Jednak wtedy ta dojrzałość wynikała z ich postaw natury religijnej i zasad wychowania, jakie wynieśli z rodzinnego domu. Nie bez znaczenia na te postawy uczniów wpływ miała też kultura ich nauczycieli i wychowawców. Wśród nich była matka Stanisława Mandeckiego ps. „Jeleń”, komendanta Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta”, nauczycielka, która w 1945 r. w potyczce z grupą NKWD i UB w miejscowości Nowy Nart straciła starszego syna. Chłopiec miał zaledwie 19 lat.
Kim byli założyciele?
– Tajną Organizację Młodzieżową „Orlęta” w Rudniku nad Sanem utworzyło pięciu uczniów Państwowego Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego w Rudniku nad Sanem: Kazimierz Dechnik ps. „Ryś”, Henryk Igras ps. „Sokół”, Władysław Konefał ps. „Babinicz” – mój mąż, Stanisław Mandecki ps. „Jeleń” i Lesław Popowicz ps. „Lis”. To byli chłopcy w wieku 18-19 lat, licealiści, którzy w sercach mieli zaszczepioną miłość do Pana Boga i miłość do Ojczyzny. Cechowało ich poczucie patriotyzmu i odpowiedzialności za Polskę. Byli to odważni młodzi ludzie. Kiedy odchodził komendant Stanisław Mandecki ps. „Jeleń”, którego pogrzeb odbył się w Krakowie, nad jego trumną i sztandarem pochylili się koledzy. Ten, który go żegnał, powiedział: „Dla Ciebie najważniejsza – zawsze – była Ojczyzna. Ty się nie lękałeś niczego, nie uklęknąłeś, nie prosiłeś o litość, kiedy prokurator na rozprawie zażądał dla Ciebie kary śmierci”. Całe swoje życie Stanisław Mandecki był niepodważalnym autorytetem. Zresztą między tymi ludźmi – mimo upływu lat – istniała więź, choć do 1989 r. w wyrażaniu swoich emocji zachowywali dystans. Być może powodem była świadomość, że są obserwowani, inwigilowani przez komunistyczne władze.
Po 1989 r. to się zmieniło?
– Po 1989 r. otworzył się nowy rozdział w życiu tych młodych ludzi, etap pogłębienia wzajemnych relacji. Ci ludzie zaczęli się wówczas częściej spotykać, bywać ze sobą – tak jak przed laty. Służyły temu m.in. opłatki „Orląt”. Jednocześnie był to etap, kiedy ci ludzie – mając świadomość upływającego czasu – powoli się ze sobą żegnali. To pokolenie, niestety, bardzo szybko odchodziło, zbyt szybko…
Wspomniała Pani, że dla tych młodych ludzi najważniejsza była Ojczyzna – Ojczyzna zniewolona najpierw przez Niemcy, a po zakończeniu wojny przez reżim komunistyczny. Jak rudnickie „Orlęta” odnalazły się w tej rzeczywistości?
– Tych ludzi cechowała ogromna odwaga i wielkie serce. Działalność, jakiej się podjęli, m.in. akcje ulotkowe, plakatowe, przesyłanie ostrzeżeń komunistycznym aktywistom, była zagrożona poważnymi konsekwencjami, które ponieśli. To jest temat bardzo bolesny, o którym nie chciałabym mówić. Kiedy się spotykam i rozmawiam z młodzieżą, to tego wątku staram się nie dotykać. Przez blisko 50 lat małżeństwa z moim mężem Władysławem ten temat był obecny.
Ostatnim dowódcą rudnickich „Orląt” był Pani mąż Władysław Konefał ps. „Babinicz”. Jak wspominał swój udział w tej podziemnej organizacji?
– Trudno mówić, że był ostatnim dowódcą, bo kiedy założyciele z komendy Tajnej Organizacji Młodzieżowej „Orlęta” w Rudniku nad Sanem odeszli, tylko on jeden pozostał i był traktowany jako komendant. Tak już zostało do końca. Trudno mówić o wspomnieniach mojego męża, bardziej było to wymowne milczenie. Nigdy nie chciał udzielać wywiadów. Paradoksalnie najsmutniejsza w naszym domu była Wigilia świąt Bożego Narodzenia. Byliśmy szczęśliwą rodziną, dwupokoleniową, ale mój mąż Władysław był zawsze bardzo smutny, zachowywał się zawsze jednakowo. Owszem, raz wspomniał, jak smutna była Wigilia w więzieniu, jak zgnieciony chleb zastępował im opłatek, którym się dzieli, ale tej tradycji dochowywali nawet tam. Próbowano ich upokarzać, celowo umieszczając w celach z przestępcami, ale czasem spotykali się tam z członkami innych organizacji młodzieżowych. Po wyjściu z więzienia ci ludzie starali się nawiązywać kontakty.
Czy pamięta Pani może jakiś szczegół dotyczący tych prób nawiązywania kontaktów?
– Był to schyłkowy okres życia mojego męża, ostatnie dziesięciolecie, kiedy w naszym domu zjawił się pan ze Strzyżowa, w mundurze harcmistrza, który wizytował stanicę harcerską. Pamiętam, jak sobie spojrzeli w oczy i padły tylko krótkie hasła: Rawicz i Strzyżów. Mąż nie pamiętał nazwiska, ale pamiętał, że był to człowiek ze Strzyżowa i że spotkali się w Rawiczu. To było bardzo miłe, ciepłe spotkanie po latach. Takich przykładów życzliwości między „Orlętami” było wiele, ale były też przykre wspomnienia. Kiedy zmarł kolega mojego męża Lesław Popowicz ps. „Lis”, razem z mężem byliśmy na pogrzebie. Za kilka dni zadzwonił inny kolega, mówiąc, że stan zdrowia nie pozwolił mu być na pogrzebie, ale kiedy poczuje się lepiej, to przyjedzie i odwiedzi grób Leszka. Wtedy mój mąż poprosił, abyśmy poszli na cmentarz, bo on nie pamiętał miejsca, w którym został pochowany jego kolega. Mąż był przy zdrowych zmysłach, ale emocje i przeżycia podczas pogrzebu kolegi – świadomość, że coś się skończyło, były tak duże, że nie zapamiętał nawet miejsca pochówku.
To tylko pokazuje, że działalność konspiracyjna była wielką próbą charakterów dla tych młodych ludzi…
– Bezwzględnie. Ale oni zawsze mieli mocne charaktery. To byli ludzie z charakterem, ludzie z krwi i kości.
Jak te przeżycia wpłynęły na ich późniejsze życie, na ich losy?
– To było bardzo trudne życie. Ta ich działalność, skutki zaangażowania w Tajną Organizację Młodzieżową „Orlęta” były odczuwane nie tylko przez nich, ale pośrednio przeniosły się także na ich rodziny.
Jak rudnickie „Orlęta” wpisały się w historię miasta? Wspomniała Pani wcześniej, że często na ten temat rozmawia Pani z młodzieżą. Jak młodzież odbiera postawę swoich starszych „kolegów”?
– Rudnickie „Orlęta” w moim sercu nauczyciela zawsze wywoływały wielkie emocje, szczególnie po roku 1989. Dostępna wówczas literatura przybliżała te postawy i ofiarę tych młodych ludzi, często też dzieci. Potem wielkie emocje wywołało u mnie spotkanie „Orląt” po 40 latach. 53 starszych już panów stanęło przed budynkiem liceum i szło do kościoła w Rudniku nad Sanem, aby podziękować Bogu za to, że wciąż żyją, żeby podziękować za opiekę i błogosławieństwo. To było niezwykłe. Muszę się też podzielić swoją refleksją, mianowicie po śmierci mojego męża Publiczne Gimnazjum w Rudniku, w dużej mierze dzięki burmistrzowi Rudnika nad Sanem Waldemarowi Grochowskiemu, dyrektorowi szkoły Andrzejowi Błażowi i wspaniałemu gronu nauczycielskiemu, od 10 września 2015 r. nosi imię „Orląt”. Zresztą szkoła dla ówczesnej młodzieży, dla rudnickich „Orląt”, zawsze była siedliskiem. Piękna atmosfera, życzliwość sprawiały, że to było miejsce bezpieczne, kuźnia charakterów, które później decydowały o ich trafnych życiowych wyborach. Kiedy już odszedł mój mąż, gimnazjum zaprasza mnie na uroczystości m.in. z okazji dnia patrona, z okazji rocznicy zbrodni katyńskiej czy innych uroczystości patriotycznych, gdzie mam okazję podzielić się swoimi spostrzeżeniami z młodzieżą. To ważne tym bardziej, że obserwuję pewną metamorfozę, a mianowicie, że wzrasta znaczenie wychowania patriotycznego wśród polskiej młodzieży. Ta młodzież inaczej – bardziej pozytywnie – ustosunkowuje się do treści, jakie się kryją pod hasłami: Bóg, Honor, Ojczyzna, co więcej, utożsamia się z tymi wartościami, za czym idą też określone postawy. W szkole czuć tę atmosferę, którą bez wątpienia stwarzają nauczyciele.
To oznaczałoby, że młodzież nie jest taka zła, jak się utarło?
– Nigdy się nie zgodzę ze stwierdzeniem, że młodzież była czy jest zła. Wyławianie elementów trudniejszych charakterystycznych dla młodzieńczego wieku jest pewnym uproszczeniem. Młodzież w tym czasie poszukuje autorytetów, przewodników, ale nigdy nie jest zła. Wydaje mi się, że ogólna atmosfera we współczesnym świecie, w kraju nie pozostaje bez wpływu na postawy i zachowanie również młodzieży. Młodzież – zawsze ciekawa świata – jest zainteresowana tym, co się dzieje, młodzież jest poważna, kiedy potrzeba, w ważnych momentach. Na uroczystościach w Centrum Wikliniarstwa w Rudniku nad Sanem, w 70. rocznicę powstania „Orląt”, na które mnie zaproszono, usłyszałam bardzo piękny wiersz autorstwa jednej z uczennic naszego gimnazjum. To był wiersz, który odznaczał się znajomością faktów, a zarazem zawierał głębię uczuć. Poprosiłam młodziutką autorkę, czy mogłaby mi ofiarować swój wiersz, który przyjęłam z wielką radością. To tylko jeden z przykładów, który wskazuje, że zaczyna wyrastać pokolenie sercem kochające Ojczyznę. Nie oznacza to, że ci młodzi ludzie już wcześniej nie kochali Polski, tylko być może nie było okazji, odpowiedniej atmosfery, żeby te swoje uczucia uzewnętrznić, okazać. Nigdy jednak nie pozwolę powiedzieć, że młodzież była zła, bo to nieprawda. Zawsze kochałam szkołę, bardzo kochałam swoją pracę i swój zawód historyka. I do dziś dnia są to moje skarby.
„Orlęta” to już historia, ale czy tamta młodzież jest wzorem dla tych młodych ludzi, o których Pani mówi z taką atencją?
– Mogę to powiedzieć na przykładzie moich kontaktów z nauczycielami i młodzieżą gimnazjalną. W Publicznym Gimnazjum w Rudniku nad Sanem ukazuje się szkolna gazetka zatytułowana „Krecik” i zapewniam, że każdy, kto sięgnąłby do tego pisma, byłby zdumiony tym, jak pięknie młodzież potrafi pisać o swoim patronie, o „Orlętach”, czy to z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, z okazji rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja czy innych rocznic ważnych dla nas, Polaków. Można tam znaleźć sylwetki, życiorysy bohaterów, ale młodzież sięga nawet do wywiadów z naszymi lokalnymi bohaterami dziś już nieżyjącymi. Kiedy zaproszono mnie do szkoły z okazji Dnia Patrona – już po śmierci mojego męża, o czym wspomniałam wcześniej – byłam niezwykle wzruszona, kiedy wszyscy uczcili pamięć mojego męża Władysława także na łamach „Krecika”.

