logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Oszukiwali Naród, tuszowali fakty

Niedziela, 4 czerwca 2017 (13:59)

Aktualizacja: Niedziela, 4 czerwca 2017 (14:03)

Z Piotrem Walentynowiczem, wnukiem Anny Walentynowicz, legendarnej działaczki „Solidarności”, która zginęła w katastrofie smoleńskiej w 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Daje Pan wiarę politykom poprzedniego rządu, że nie wiedzieli o zamianach ciał ofiar katastrofy smoleńskiej i o tym, jak potraktowano nawet ciało prezydenta RP?

– Jeśli chodzi o Donalda Tuska czy Ewę Kopacz, a więc całą tę ówczesną wierchuszkę, to jestem święcie przekonany o tym, że ci ludzie taką wiedzę posiadali. To m.in. dlatego zabronili rodzinom ofiar otwierania trumien. Efekt był taki, że w Polsce nie podjęto żadnych czynności związanych z identyfikacją ciał naszych bliskich.

A może ta tragedia i ciężar odpowiedzialności, jaka spadła na ówcześnie rządzących, po prostu ich przerosły?

– To, że ta tragedia ich przerosła, to nie ulega wątpliwości. Nie zachowali się tak jak powinny się zachować władze suwerennego państwa w obliczu narodowej tragedii, kiedy giną najważniejsze osoby z urzędującym prezydentem na czele. Natomiast uważam, że zarówno Donald Tusk, jak i Ewa Kopacz posiadali wiedzę i wykorzystali wszystkie mechanizmy i instytucje państwa, aby tę wiedzę ukryć przed społeczeństwem, żeby ukryć wszystkie kłamstwa, którymi się posługiwali, którymi nas karmili przez te wszystkie lata.

Wszystko ukryli w kancelarii tajnej prokuratury wojskowej, zamykając nam dostęp do dokumentacji, i po to kłamali z mównicy sejmowej, aby wmówić Narodowi, że zachowali się tak jak powinni się zachować, że zrobili wszystko, co należało zrobić, a nawet więcej, że dochowali najwyższej staranności. Wykorzystali mechanizmy państwa i usłużne sobie media do tego, aby okłamać Naród. Dziś wiele faktów wyszło na jaw, ale jak sądzę, prawda o kolejnych matactwach, jakimi posługiwała się tamta władza, jest wciąż przed nami.  

Rosjanie wykorzystali tragedię smoleńską, cały ten bałagan i brak profesjonalizmu ówczesnych polskich władz?

– Nie można tego wykluczyć. Rosjanie, co zresztą jest zgodne z prawdą, nie dopuścili naszych lekarzy i prokuratorów może nie tyle do identyfikacji zwłok, co do innych czynności, które powinniśmy wykonać na miejscu w Smoleńsku czy w Zakładzie Medycyny Sądowej w Moskwie i na to są dokumenty. Każda kolejna grupa polskich lekarzy, prokuratorów, która udawała się do Rosji, odnotowywała w swoich raportach, że oto nie dopuszczono ich do takich, a takich czynności. I ówczesny rząd koalicji PO – PSL doskonale o tym wiedział.

Dlatego nie możemy tu mówić o niewiedzy Donalda Tuska i jego ekipy. Natomiast ówczesnych naszych decydentów nic nie krępowało, żeby te czynności, do których nasi przedstawiciele nie zostali dopuszczeni w Moskwie, przeprowadzić po przewiezieniu ciał do Polski. Oczywiście gdyby się wydało, że Rosjanie nie pozwolili nam nic zrobić w odniesieniu do polskich obywateli, którzy zginęli w Smoleńsku, to znaczy, że byliśmy posłuszni ich woli, że daliśmy się im prowadzić jak dziecko we mgle, to z całą pewnością zaszkodziłoby to wizerunkowo rządowi Donalda Tuska. Tylko że tu nie chodziło wizerunek rządu PO – PSL, ale o polską delegację z prezydentem państwa na czele i rządzący wtedy Polską zostali powołani przez Naród do tego, aby zadbać o bezpieczeństwo państwa i jego obywateli, o polską rację stanu. Niestety, z tego obowiązku się nie wywiązali.

Stąd próbowali jak najszybciej zamknąć prawdę w trumnach…?

– Dokładnie. Robili wszystko, żeby wypowiadane bezpośrednio po katastrofie kłamstwa nie wyszły nigdy na jaw. Wszyscy pamiętamy, jak Donald Tusk i Ewa Kopacz – kłaniając się w pas – dziękowali Putinowi za zaangażowanie, za wręcz rodzinną atmosferę, za to wszystko, co zrobili dla naszych zmarłych. Dziś widzimy, co ci wychwalani pod niebiosa Rosjanie zrobili z naszymi zmarłymi i za co de facto dziękowała im ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz.

Trzeba było zamknąć temat jak najszybciej, żeby otworzyć Bronisławowi Komorowskiemu drogę do prezydentury…?

– Gdyby się okazało, że w Rosji ówczesne polskie władze zawiodły, że w obliczu narodowej tragedii nie stanęły na wysokości zadania, to zapewne zupełnie inaczej potoczyłyby się losy Tuska, Kopacz, Komorowskiego i wszystkich polityków tej formacji. Natomiast mnie to niewiele obchodzi. Mnie i inne rodziny ofiar interesuje prawda, a rząd koalicji PO – PSL przez sześć lat po katastrofie smoleńskiej kłamał, tuszował fakty, co więcej uniemożliwiał innym dojście do prawdy. I za to ci ludzie powinni ponieść konsekwencje, bezapelacyjnie.

Rząd Platformy nie tylko, że nie podjął starań, żeby zidentyfikować ofiary, ale zabraniał też rodzinom – jak Pan to podkreślił – dochodzenia do prawdy. Jak to wyglądało w przypadku Pana rodziny?

 – Może nie tyle dotyczy to identyfikowania, bo przedstawicielom rodzin, którzy po 10 kwietnia 2010 r. byli w Moskwie, okazywano m.in. zdjęcia, różne przedmioty, tak żeby pomóc w zidentyfikowaniu ich bliskich. Rodziny widziały ciała, wielu z nas zidentyfikowało swoich bliskich, ale problem w tym, co wydarzyło się później, co się działo z tymi ciałami, o czym niestety nie mieliśmy pojęcia. Zresztą nie dotyczyło to tylko nas krewnych, ale przedstawicieli państwa polskiego, a więc ekip medycznych czy prokuratorów, których zwyczajnie nie dopuszczono do żadnych czynności.

I już sam fakt, że nie zostali dopuszczeni do czynności, powinien zaniepokoić i tym bardziej powinni położyć nacisk, aby te czynności przeprowadzić w Polsce. Podejrzewam, że Rosjanie na tego typu zachowania i nieludzkie potraktowanie ciał polskich obywateli nie pozwoliliby sobie, gdyby nie uzyskali od przedstawicieli państwa polskiego gwarancji, że te trumny nigdy nie zostaną otwarte.

Jak wyglądała identyfikacja w przypadku Anny Walentynowicz – Pana babci?

– Nie pojechałem do Moskwy, ale był tam mój ojciec. I on rozpoznał babcię po twarzy. Tam nie były tylko szczątki ciał, jak to niektórzy próbują wmawiać opinii publicznej, to nieprawda. Ciało babci było w całości, kompletne. Zresztą babcia została rozpoznana po twarzy, zanim zidentyfikował ją mój tata. Wcześniej okazywano jej ciało innym rodzinom i nawet osoby, które w ogóle jej nie znały prywatnie, ją rozpoznały. Ci ludzie mówili o tym mojemu ojcu. Tak to wówczas wyglądało. Natomiast podczas ekshumacji w Gdańsku i w Warszawie w 2012 r. oba ciała, które miały należeć do babci, były bez głów. Stąd pojawiły się nasze wątpliwości.

Dzisiaj Pana rodzina ma pewność, że w grobie, który odwiedza, spoczywa ciało Anny Walentynowicz?

– Niestety, nie mamy żadnej pewności. Czekamy cierpliwie, choć po wcześniejszych doświadczeniach coraz trudniej o spokój. Tyle czekaliśmy na prawdę, więc jeszcze poczekamy. Jeśli prokuratorzy po trwających ekshumacjach nie potwierdzą, że odnaleźli ciało babci, to ostatnim grobem, który będzie ponownie otwierany, będzie grobowiec Anny Walentynowicz w Gdańsku-Wrzeszczu celem przeprowadzenia badań DNA. Przypomnę tylko, że kiedy poprzednio prokuratura wojskowa ogłosiła, że odnaleziono ciało babci, to zwróciliśmy się z prośbą, aby pobrany przez patomorfologów materiał genetyczny dostarczyć nam celem wykonania badań we własnym zakresie.

Czym to motywowaliście?   

– Nie mogliśmy się pogodzić z tym, że po pierwsze, ciało, które przypisywano babci, nie miało głowy, a po drugie, że inne szczegóły anatomiczne też się nie zgadzały. I kiedy zwróciliśmy się o możliwość przeprowadzenia badań próbek we własnym zakresie, to od prokuratora usłyszeliśmy, że nie ma na to szans, że coś takiego nigdy nie nastąpi, że nigdy nie będziemy mieć możliwości przeprowadzenia tych badań. Teraz czekamy cierpliwie.

Osobiście dziś wierzę, bo widzę, że nowy rząd, że obecna prokuratura poprzez czynności, jakie zostały podjęte, ale także powołana przez MON podkomisja do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej chcą wyjaśnić sprawę katastrofy smoleńskiej i to jak i dlaczego w tak bestialski sposób potraktowano, sprofanowano ciała naszych bliskich.

To dobrze, że po sześciu latach od katastrofy zaczęto rzetelnie, we wszystkich aspektach badać przyczyny i okoliczności tego narodowego dramatu śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i towarzyszącej mu delegacji.       

Ówczesny polski rząd dał się zdominować Rosjanom, co nie ulega wątpliwości, ale gdzie wobec tej wielkiej tragedii były i są – zwłaszcza kiedy na jaw wychodzą tak skandaliczne rzeczy – państwa zachodnie Unii Europejskiej, której członkiem jest Polska i nasi sojusznicy z NATO?

– To jest pytanie nie do mnie, ale do polityków. Osobiście mam informacje, choć przyznam nigdy nie widziałem dokumentacji, mianowicie, że po katastrofie smoleńskiej nasi sojusznicy zwracali się do ówczesnego rządu i oferowali pomoc. Tyle tylko, że Donald Tusk i jego rząd nie przyjął, wręcz odrzucił tę wyciągniętą dłoń. I dobrze się stało, że po siedmiu latach od katastrofy smoleńskiej polskie społeczeństwo, cały nasz Naród dowiedział się, że był przez tych ludzi okłamywany.

Bez względu na poglądy, przekonania wszyscy zostaliśmy okłamani przez rząd i samego Donalda Tuska. Natomiast szkoda – bardzo źle się stało, że te kłamstwa prefabrykowane przy pomocy całego aparatu państwowego trwały, funkcjonowały w przestrzeni publicznej tak długo. To z kolei doprowadziło do skłócenia i podziału polskiego społeczeństwa, za co winę ponosi Platforma. Dzisiaj każdy trzeźwo myślący człowiek może sobie odpowiedzieć na proste, ale jakże ważne pytanie: – komu zależało na tym, żeby skłócić Polaków, komu zależało na tym, żeby doprowadzić do podziałów w naszym społeczeństwie? Czy tym, którzy prawdy dochodzili czy może leżało to w interesie tych, którzy kłamali, oszukiwali i de facto stali się beneficjentami skutków tej narodowej tragedii, przejmując władzę w Polsce? Myślę, że każdy zdroworozsądkowo myślący Polak potrafi dziś sam odpowiedzieć sobie na to pytanie.

                               Dziękuje za rozmowę. 

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl