logo
logo

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Zmarł prof. dr hab. Michał Troszyński

Czwartek, 13 lipca 2017 (20:21)

Nie  żyje prof. dr hab. Michał Troszyński, ginekolog i położnik, autor wielu publikacji, w tym podręcznika dla nauczycieli naturalnego planowania rodziny. Prof. Troszyński miał 96 lat.

Prof. Michał Troszyński, wybitny lekarz, nestor polskich ginekologów, urodził się 3 września 1921 r. w Czekanówku (pow. Brodnica, woj. pomorskie). W 1952 r. otrzymał dyplom lekarza medycyny Akademii Medycznej w Gdańsku. W 1964 r. uzyskał tytuł doktora nauk medycznych w Akademii Medycznej w Warszawie, a w 1971 r. tytuł doktora habilitowanego. W 1989 r. został profesorem zwyczajnym.

W okresie 1952-1956 odbył staż na etacie starszego asystenta w Klinice Położnictwa i Ginekologii Akademii Medycznej w Poznaniu. Od 1956 do 1975 r. był zatrudniony w II Klinice Położnictwa i Ginekologii Akademii Medycznej w Warszawie. W 1975 r. zorganizował Klinikę Położnictwa i Perinatologii oraz Ginekologii Instytutu Matki i Dziecka, będąc I zastępcą dyrektora ds. medycyny rozrodczości.

W latach 1979-1991 był przewodniczącym Krajowego Zespołu Specjalistycznego w dziedzinie Położnictwa i Ginekologii. W czasie swojej kadencji wprowadził system trójstopniowej selektywnej opieki nad matką i dzieckiem, a także obowiązek szczegółowej analizy przyczyn zgonów matek oraz noworodków. Zapoczątkował obowiązkowe szkolenia położników i ginekologów w zakresie ciąży wysokiego ryzyka. 

Po przejściu na emeryturę w 1991 r. rozpoczął pracę jako konsultant w Klinice Położnictwa i Ginekologii. Od 1998 r. kierował Pracownią Analiz Zdrowia Prokreacyjnego w Zakładzie Zdrowia Prokreacyjnego Instytutu Matki i Dziecka. 

Dorobek naukowy prof. Michała Troszyńskiego obejmuje ponad 200 prac opublikowanych w piśmiennictwie krajowym i zagranicznym. 

Od 1952 r. prof. Michał Troszyński był członkiem Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, od 2000 r. – członkiem honorowym. Od 1992 do 1999 r. był członkiem Rady Naukowej Instytutu Matki i Dziecka. W latach 1993-2002 przewodniczył Krajowemu Zespołowi Naturalnego Planowania Rodziny, powołanemu przez ministra zdrowia. 

Msza św. żałobna zostanie odprawiona w sobotę, 15 lipca, w kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Falenicy o godzinie 12.00, po której nastąpi ceremonia pogrzebowa na cmentarzu w Aleksandrowie.

 


Wywiad opublikowany w „Naszym Dzienniku” 21-22 lutego 2009 roku.

Zafascynowała mnie troska o człowieka

 

Z prof. Michałem Troszyńskim, ginekologiem i położnikiem, wieloletnim konsultantem krajowym w dziedzinie ginekologii i położnictwa, byłym wicedyrektorem Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, autorem wielu publikacji, w tym podręcznika dla nauczycieli naturalnego planowania rodziny, rozmawia Mariusz Bober 

 


W latach siermiężnego komunizmu w Polsce, gdy reżim krwawo rozprawiał się m.in. z protestującymi robotnikami i zamiast prawdziwej wolności wprowadził ustawę zezwalającą na zabijanie poczętych dzieci z tzw. względów społecznych, Pan odmówił jej wykonywania. Jakie reakcje wywoływała wówczas taka postawa?

 
– Wszystko zaczęło się od wprowadzenia w 1956 r. ustawy legalizującej aborcję. Dla mnie i chyba dla większości społeczeństwa to był szok. Byłem wtedy młodym lekarzem, tuż po studiach. Wówczas niewielu lekarzy stanowczo odmówiło wykonywania ustawy. Jednak część studentów medycyny rezygnowała z tego powodu z kierunku ginekologicznego, a niektórzy ginekolodzy zmieniali specjalizację. Spotykałem się z bardzo różnymi reakcjami ze strony kolegów. Nie zawsze ze zrozumieniem, ale mało o to dbałem.


Nie naraził się Pan taką postawą na represje np. ze strony władz uczelni?

 

– Byłem w lepszej sytuacji pod tym względem niż wielu moich kolegów, którzy mieli takie same jak ja poglądy na aborcję. Miałem wspaniałego szefa, profesora Ireneusza Roszkowskiego. Był wówczas kierownikiem Katedry i Kliniki Położnictwa i Ginekologii Akademii Medycznej w Warszawie przy ul. Karowej. On również miał negatywny stosunek do aborcji. Po wprowadzeniu ustawy poszedłem do niego i oświadczyłem, że nie będę wykonywał takich zabiegów. Odpowiedział, że właśnie tego się spodziewał i rozumie moje stanowisko. Zauważył jednocześnie, że mogę mieć kłopoty. Przecież była to klinika Akademii Medycznej, ja zaś przyjechałem do Warszawy z Poznania i nie byłem znany w tutejszym środowisku. Praca w klinice na Karowej była dla mnie ważna, bo dawała możliwość rozwoju w kierunku zawodowym i naukowym. Niełatwo było wtedy rozwijać pracę naukową, mając taką postawę jak ja. Z tego powodu nie dopuszczono mnie do nauczania studentów, uznając widocznie, że mógłbym mieć na nich „zły wpływ”. Ujawniło się to dobitnie po mojej habilitacji, gdy mimo tytułu naukowego odmówiono mi awansu na docenta etatowego. Zmiana w stosunku do mnie nastąpiła wiele lat później, po 1974 roku, gdy zaproponowano mi stanowisko w Instytucie Matki i Dziecka. 

 

A czy mógł Pan wykonywać zawód ginekologa? 

– Tak, w ramach kliniki, ale nie było to takie proste. Pamiętam, jak podjąłem pracę jako ginekolog w poradni dla nauczycieli. Pracowałem tam tylko miesiąc z uwagi na skargi pacjentek o utrudnianie im dostępu do „dobrodziejstw” ustawy.

 

Dlaczego kierownictwo poradni tak bardzo liczyło się z ich zdaniem?

– Co prawda jestem otwarty na rozmowę, ale gdy kobieta stanowczo żądała ode mnie skierowania na „przerwanie ciąży” bez dyskusji nad jej sytuacją, to oczywiście nie mogła go dostać. Tłumaczyłem, że nie prowadzę sklepiku, w którym można coś kupić lub wytargować. Proponowałem natomiast rozmowę. Wówczas często takie panie szły ze skargą do kierownika przychodni. 

Ale niektóre kobiety udało się Panu Profesorowi odwieść od decyzji dokonania aborcji. Pamięta Pan, jak dużo było podobnych przypadków? 

– Oczywiście nie prowadziłem takiej ewidencji. Ponadto nie wszystkie kobiety przychodziły później do mnie, więc często nie miałem informacji o tym, jaką ostatecznie podjęły decyzję. Ale czasem spotykałem się z zaskakującymi sytuacjami. Nawet wtedy, gdy miałem wrażenie, że nic nie można zmienić, okazywało się, iż kobieta po pewnym czasie zmieniała jednak decyzję. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że trzeba rozmawiać. Należało sobie uświadomić, w jakiej sytuacji znajduje się matka, która chce dokonać aborcji, i zrozumieć ją. Pamiętam też ciekawą sytuację, gdy pracowałem w innej poradni. Pewnego razu przyszła do mnie kobieta w wieku ok. 40 lat z żądaniem wystawienia skierowania na „przerwanie ciąży”. Pokazała mi przeprowadzone badania i oświadczyła wprost, że chodzi jej tylko o skierowanie. Obejrzałem dokumenty i zaproponowałem jej badanie. Odpowiedziała, że już była badana. Ja na to, że nie przeze mnie. Z wywiadu wynikało, że pół roku wcześniej dokonała już aborcji. W międzyczasie wystąpił stan zapalny, co kobieta uznała za jeszcze jeden powód do „przerwania ciąży”. Po zbadaniu powiedziałem jej, że stan zapalny da się łatwo wyleczyć w trakcie oczekiwania na dziecko i nie ma powodów do podejmowana takiej decyzji. 

Jak zareagowała?

– Wszczęła awanturę, krzycząc, że ma prawo do decyzji w tej sprawie. Nie przekonały jej żadne próby tłumaczenia, trzasnęła drzwiami i wyszła. Jednak po dwóch tygodniach pojawiła się ponownie. Zbadałem ją – ciąża była utrzymana! Tym razem zachowała się zupełnie inaczej, przeprosiła za swoje zachowanie i opowiedziała mi, co zrobiła po wyjściu z ostatniej wizyty u mnie. Poszła prosto do innej poradni z takim samym żądaniem. Lekarz wypisał skierowanie na dokonanie aborcji nawet bez badania. Wtedy kobieta na to: „A skąd pan wie, że jestem w ciąży, skoro nawet mnie pan nie zbadał?”. Nie wzięła skierowania i uciekła z gabinetu. Ten przypadek utwierdził mnie w przekonaniu, że nie ma przypadków „beznadziejnych”, że naprawdę warto rozmawiać.

Z każdym? 

– Dokładnie.

Urodziła dziecko? 

– Tak, w naszej klinice na Karowej. Spotkałem ją po porodzie. 


Na podstawie Pana historii można postawić tezę, że chyba trudno było w czasach PRL zachować ginekologowi i w ogóle lekarzom zasady katolickie w swojej pracy. A jak jest dzisiaj? 

– Uważam, że nie jest trudno zachować zasady, które się wyznaje. Trzeba się po prostu trzymać praw, które obowiązują lekarza: pomagać i ratować, w tym przypadku zwykle matkę i dziecko.


Na podstawie swoich doświadczeń może Pan Profesor powiedzieć, jakie jest dziś podejście kobiet do poczętego życia? Czy bardzo różni się od postaw kobiet sprzed kilkudziesięciu lat? Dziś znacznie łatwiej zdobyć wiedzę na temat NPR, ale jest również większa propaganda na rzecz środków antykoncepcyjnych i aborcji.

– Wcześniej w społeczeństwie, a zwłaszcza u kobiet, nie było takiej świadomości, że od początku mamy do czynienia już z żywym człowiekiem. Ogromną zasługę mają tu nauka i postęp techniczny, zwłaszcza w postaci ultrasonografii. Często kobieta, która jest w rozterce i nie wie, co robić – gdy zobaczy podczas badania USG żywy obraz swojego dziecka, zmienia swój stosunek do niego. To jest najlepszy argument za życiem. Ta wiedza o początkach życia ludzkiego jest też bardzo ważna dla całego społeczeństwa. Na podstawie moich doświadczeń wiem, jak istotne są edukacja i wychowanie do szacunku dla życia, najlepiej już w rodzinie. Nawet jeśli po takiej formacji człowiek zboczy z tej drogi, to łatwiej mu wrócić, bo ma korzenie. 

Jakie wychowanie uformowało Pana Profesora? 

– Wychowano mnie w katolickiej rodzinie i uważam, iż najważniejsze jest wychowanie w rodzinie. Myślę, że największy wpływ ma matka. Ojciec nie zawsze ma czas. Oczywiście w wychowaniu jest także bardzo potrzebny, ale matka ma wpływ na dziecko od początku. Moje dzieci dziś nie mają żadnych rozterek, jak myśleć w najważniejszych sprawach i jak postępować. Pewien wpływ ma oczywiście szkoła, ale zdecydowanie mniejszy, a potem rówieśnicy i społeczeństwo. 

Dlaczego wybrał Pan zawód ginekologa? 

– Studia rozpocząłem w 1946 r. na Akademii Medycznej w Gdańsku, gdzie kształciła mnie kadra jeszcze przedwojennych profesorów. W 1951 r. otrzymałem absolutorium. Właśnie wtedy spotkałem na wykładach i ćwiczeniach klinicznych młodego wtedy docenta Roszkowskiego, znanego w akademii gdańskiej tytana pracy w klinice położnictwa, który zachęcił mnie do specjalizowania się w ginekologii. Kliniki położnicze mają swoją specyfikę, ponieważ ich pacjentami nie są chorzy. Przecież ciąża nie jest chorobą, a poród to wydarzenie bardzo rodzinne, choć patologie się zdarzają. To właśnie doc. Roszkowski zaproponował mi etat asystenta. Gdy został przeniesiony do Poznania, pojechałem razem z nim, a po kilku latach w podobny sposób trafiłem do Warszawy.

Spór o aborcję nie zakończył się do dziś, nadal jest ona przedstawiana jako przejaw wolności kobiety...

– Zastanawiając się nad tym jeszcze w czasach PRL, doszliśmy wraz z grupą przyjaciół do wniosku, że bardzo ważna jest edukacja i informacja, jaką społeczeństwo otrzymuje. Ważne było pokazanie kobiecie, która chce dokonać aborcji, że są inne rozwiązania. Trzeba także zrozumieć jej sytuację i wspólnie znaleźć dla niej odpowiednie rozwiązanie, którego celem jest ratowanie poczętego życia. Na ten temat możemy wiele mówić.

Czyli ginekolog często musi być także psychologiem? 

– Każdy lekarz musi być trochę psychologiem. Duże sukcesy lekarzy często nie są tylko wynikiem umiejętności zawodowych, ale zrozumienia problemu pacjenta. Nie jest to łatwe także dlatego, że potrzeba czasu, by kobieta mogła się wypowiedzieć. Są to niekiedy długie wizyty, ale warto jest poświęcić ten czas, aby pomóc rozwiązać tak ważny problem. Lekarz wie, że najlepsze leczenie to profilaktyka, a więc działanie z wyprzedzeniem.

W jaki sposób? 

– Chodziło nie tylko o kobiety, które już zaszły w ciążę i nie wiedziały, co robić, ale także o narzeczonych przygotowujących się do małżeństwa. Chodziło o wychowanie do odpowiedzialnego macierzyństwa. W ten sposób zaczęliśmy propagować naukę o naturalnym planowaniu rodziny. W Polsce w latach 60. sprawa była mało znana, choć na Zachodzie mówiło się o tym od dawna. 


Właśnie, zaczął Pan propagować metody NPR zaraz po wprowadzeniu ustawy aborcyjnej w 1956 roku...

– Tak, choć nie tylko ja. Doszliśmy bowiem do wniosku, że odpór temu można dać tylko w ten sposób. Społeczeństwu należy się coś więcej, trzeba ludziom pokazać, że można wcześniej pomyśleć o wychowaniu do naturalnego planowania rodziny.


Skąd w tamtych czasach, gdy było chyba o wiele trudniej zdobyć materiały, miał Pan Profesor informacje na ten temat? 

– Dzięki pomocy Kościoła korzystaliśmy początkowo z literatury obcej w języku holenderskim. Później były inne książki i publikacje. Potem na tyle poznaliśmy tę problematykę, że zaczęliśmy wydawać własne pozycje. Od tego czasu prężnie funkcjonują ośrodki w Bydgoszczy, Poznaniu, Gdańsku, Krakowie, Lublinie, i innych miastach. Do dziś działam w ramach Stowarzyszenia Nauczycieli NPR. W 1993 r. grupa skupiająca m.in. lekarzy, nauczycieli i kapłanów złożyła wniosek do ministra zdrowia o nadanie oficjalnych ram do prowadzenia poradni rodzinnych. Dzięki tym wysiłkom powstał Krajowy Zespół Promocji Naturalnego Planowania Rodziny. Początkowo chcieliśmy stworzyć sieć poradni rodzinnych, po jednej w każdym województwie, w ramach których działaliby instruktorzy NPR. Obecnie pracami zespołu kieruje mój następca prof. Bogdan Chazan. 

W czasach PRL komuniści wyśmiewali NPR, a jak było w III RP?

– Rzeczywiście początkowo o naturalnych metodach planowania rodziny można było mówić głównie w przychodniach działających przy parafiach. Organizowane były kursy przedmałżeńskie, na których przekazywana była wiedza o NPR. Z czasem na większą skalę zaczęliśmy kształcić młodych lekarzy, pielęgniarki, położne i nauczycieli, którzy następnie prowadzili zajęcia z narzeczonymi i młodymi parami. 

Jednak udało się Panu prowadzić praktykę ginekologa, a w dodatku propagować NPR.

– Udało się dzięki wsparciu Kościoła katolickiego i wielu zaangażowanych ludzi, takich jak prof. Włodzimierz Fijałkowski, autor wielu popularnych publikacji na temat planowania rodziny. W tym wczesnym okresie to ta grupa zaangażowanych ludzi, skupiająca wielu lekarzy i naukowców z różnych części Polski, spotykała się co pewien czas u sióstr urszulanek na ul. Wiślanej w Warszawie. Po pewnym czasie została nawet zawiązana spółdzielnia lekarska zarejestrowana jako poradnia rodzinna. Dyżury mieli w niej prawnik, ginekolog i inni specjaliści. Nie trwało to jednak długo z uwagi na trudności obiektywne. W tej sytuacji mogliśmy działać właściwie tylko w instytucjach kościelnych. 
Gdy nie można było rozwijać poradnictwa w klinice ani w przychodniach, to właśnie Kościół pomagał. W upowszechnianiu NPR pomógł ks. Franciszek Blachnicki, twórca ruchu oazowego. Podczas wakacji jeździliśmy na kursy NPR, były one organizowane dla różnych grup. Nie wiem, czy to miało szerszy wpływ. Dla nas ważne było to, że robiliśmy coś w naszym przekonaniu bardzo potrzebnego.

Szacuje się, że od wprowadzenia w 1956 r. ustawy zezwalającej na aborcję z tzw. przyczyn społecznych zabito w Polsce w ten sposób ok. 20 mln poczętych dzieci. Czy w takim razie rozwój medycyny paradoksalnie nie obraca się wprost przeciwko człowiekowi? 

– Medycyna ratuje ludzkie zdrowie i życie, ale zwykle towarzyszą temu skutki uboczne. Z jednej strony postęp medycyny pomógł bardzo mocno obniżyć śmiertelność okołoporodową oraz otoczyć lepszą opieką rozwój dzieci. Z drugiej strony rzeczywiście postęp medyczny wykorzystuje się także do niszczenia ludzkiego życia. Teraz wiele krajów ma całkiem inne problemy związane z kolei z depopulacją, czyli gwałtownym spadkiem liczby urodzeń. Francję przed takimi problemami w latach 20 ubiegłego wieku uratowało postępowanie tamtejszej inteligencji, która decydowała się często na wielodzietność. Oczywiście to nie sam przyrost naturalny w inteligenckich rodzinach uratował kraj przed depopulacją, ale one dały przykład, że można mieć więcej niż jedno dziecko. Mieszkające w otoczeniu inne rodziny nie wstydziły się dzięki temu mieć więcej dzieci.

Pan również daje przykład, ma Pan bowiem dużą rodzinę...

– Tak, mam sześcioro dzieci, w tym pięcioro żyjących, i jedenaścioro wnuków, ale nie dla przykładu. Myślę, że nie chodzi o to, by namawiać kobiety do rodzenia dzieci, tylko stworzyć taką atmosferę w społeczeństwie, żeby one same tego chciały.


Jak godził Pan obowiązki lekarza, bardzo czasochłonne, oraz męża i ojca? 

– Zawdzięczałem to mojej żonie. To ona zajmowała się dziećmi. Nie było jej łatwo. Nie mogłem w tamtych czasach pracować prywatnie, brałem więc dodatkowe dyżury, by utrzymać rodzinę. 

Odpoczywał Pan razem z rodziną? 

– Tak, podczas wakacji jeździliśmy razem na kursy organizowane w ruchu oazowym, często do Krościenka. Bywało też, że wyjeżdżało ze mną któreś dziecko. Dla mnie to był naprawdę odpoczynek. Zresztą wtedy często uważałem, że będę odpoczywał na emeryturze. 

To może pora odpocząć? 

– Pewnie nadszedł ten czas. Tymczasem zajmuję się analizą umieralności okołoporodowej w Polsce. Monitorowanie sytuacji w tej dziedzinie jest bardzo ważne, ponieważ 2/3 wszystkich zgonów niemowląt w wieku do 12. miesiąca życia przypada na pierwszy tydzień, czyli okres, gdy dziecko jest jeszcze w zasięgu bezpośredniej opieki medycznej. 

Tym również zajmował się Pan Profesor w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie?

– Tak. Prowadziliśmy analizę zgonów noworodków i matek. Przez 15 lat byłem krajowym konsultantem w dziedzinie położnictwa i ginekologii. Zajmowałem się także perinatologią [dział medycyny zajmujący się zagadnieniami życia człowieka w okresie prenatalnym oraz tuż po urodzeniu – red.]. Główny nacisk kładzie się na położnictwo i patologię ciąży, czyli na przypadki wymagające specjalnej troski. Już w pierwszych latach wdrażania tego programu opieki okołoporodowej, który zaczęliśmy wprowadzać w Polsce w 1985 r., śmiertelność okołoporodowa spadła w ciągu 20 lat prawie o 50 proc., podobnie jak w innych krajach, gdzie wcześniej wprowadzono taki program. 

Jaki był najczęstszy powód śmiertelności niemowląt i przedwczesnych porodów? 

– Głównym powodem umieralności okołoporodowej jest wcześniactwo. W Polsce badamy przyczyny, które doprowadzają do tego. Tych głównych przyczyn jest kilka. W zmniejszeniu śmiertelności okołoporodowej najbardziej pomogła technika, przede wszystkim wprowadzenie inkubatorów i organizacja oddziałów intensywnego nadzoru. Założyliśmy bowiem, że dziecko może się wcześniej urodzić, ale nie powinno z tego powodu umrzeć. Ponadto bardzo pomocne we wcześniejszym diagnozowaniu chorób są: ultrasonografia, kardiotokografia i biochemia. Ważna była tzw. trójselektywna opieka prenatalna. Chodziło o to, by pacjentki z zagrożoną ciążą były odpowiednio prowadzone i rodziły w przygotowanych do tego miejscach. By to zrobić, trzeba było również odpowiednio zorganizować opiekę przedporodową. Kolejna sprawa, która ujawniła się przy tej okazji, to późniejszy wiek, w którym w ostatnich latach kobiety mają pierwsze dziecko. Kobieta między 20. a 25. rokiem życia powinna się zastanowić, czy chce być matką, czy nie. Najdalej do 28. roku życia powinna urodzić pierwsze dziecko. Później mogą być już trudności.

Ostatnio wiele mówi się również o problemach spowodowanych niepłodnością... 

– Jest bowiem liczne grono kobiet, które najpierw czynią wiele, by być niepłodną, a później okazuje się, że mają trudności z zajściem w ciążę. Wtedy trzeba włożyć wiele trudu, by mogły mieć to upragnione dziecko. 

A więc antykoncepcja prowadzi do trwałej niepłodności? 

– Antykoncepcja ma dwojakie działanie pod tym względem. Po pierwsze, ogranicza czas, gdy kobieta może zajść w ciążę, czyli od strony biologicznej wszystkie czynniki działają przeciw płodności. Ponadto jest wiele przeciwwskazań do stosowania środków antykoncepcyjnych, których u młodej kobiety nikt nie obserwuje, chyba że są one ewidentne. Jest wiele kobiet, których matki miały przeciwwskazania do stosowania antykoncepcji, a mimo to ich córki stosują środek bez uwzględniania czynnika rodzinnego. Pamiętam przypadek, że po miesiącu jego zażywania córka miała powikłania zakrzepowe kończyn. Czy antykoncepcja ma jeszcze dalszy wpływ na dzieci – trudno powiedzieć. Trwają badania w tym kierunku. Ale już to, co wiemy, wystarcza, by zamiast przepisywać pacjentkom środki antykoncepcyjne, nauczyć je naturalnego planowania rodziny. Ważne jest, by uczyć ludzi przewidywać skutki ich działań, a z tym jest niestety u nas wciąż problem, nie tylko w dziedzinie medycyny i życia rodzinnego.

A gdy małżeństwa się dowiadują, że jest problem bezpłodności, decydują się na zapłodnienie in vitro? 

– To sposób, w którym wykorzystuje się rozwój nowoczesnych metod techniki laboratoryjnej umożliwiających pobranie komórek rozrodczych kobiety i dokonanie zapłodnienia in vitro, a następnie wszczepienie zapłodnionego jajeczka do organizmu matki. Pacjentek do tego typu zapłodnienia wcale nie jest tak dużo. To jest problem naszych czasów. Wzrasta też lawinowo liczba cesarskich cięć i to często wykonywanych na „życzenie kobiety”. Martwi mnie to, że niektórzy lekarze aprobują takie tłumaczenie, które oznacza to, że nie było obiektywnych powodów do rezygnacji z naturalnego porodu. Są takie oddziały położnicze, gdzie cesarskie cięcia stanowią 90 proc. porodów. Niestety, także w medycynie rośnie rola mody. Przykładem tego jest także popularne na Zachodzie wybieranie przez matki daty porodu dziecka. 

Do Pana Profesora również przychodzą pacjentki z problemem niepłodności? 

– Zdarza się. Niedawno przyszła kobieta właśnie z takim problemem. Zaproponowano jej in vitro, na co się nie zgodziła. Przyszła do mnie, ponieważ znała moje stanowisko w tej sprawie. Powiedziałem jej, jakie są możliwości leczenia w jej przypadku, ale przy okazji zaproponowałem, żeby pomyślała wraz z mężem o adopcji. Po kilku miesiącach zadzwoniła do mnie, informując, że zdecydowali się i adoptowali dziecko. Miałem w przeszłości kilka takich przypadków. Zdarzało się także, że po adopcji, po pewnym czasie takie małżeństwo doczekało się również własnego dziecka. Dziś naprawdę postęp medycyny niezwykle pomaga w rozwiązywaniu również problemów niepłodności. Gdy tłumaczyłem książkę prof. Thomasa Hilgersa na temat naprotechnologii, urzekła mnie, i to wcale nie z powodu odkrycia nadzwyczajnej techniki, bo większość tych informacji była znana, ale autor stworzył system i wprowadził go w czyn. Jest to wyjście naprzeciw problemom małżeństw długo oczekujących potomstwa (w jakimś stopniu niepłodnych) tak daleko jak tylko można, ale zawsze zgodnie z sumieniem. Życie i działanie prof. Hilgersa świadczy o tym dobitnie. Zafascynowała mnie jego troska o człowieka.

Dziękuję za rozmowę.

 

RP

Aktualizacja 13 lipca 2017 (20:39)

NaszDziennik.pl