logo
logo

Afera reprywatyzacyjna

Zdjęcie: Marek Borawski/ Nasz Dziennik

Jak działali „czyściciele kamienic”

Środa, 30 sierpnia 2017 (18:34)

Prawie ośmiokrotny wzrost czynszu w „zreprywatyzowanej” kamienicy dla wielu lokatorów miał być decydującym argumentem, by opuścić budynek przejęty przez handlarzy roszczeń i kamienic.

Komisja weryfikacyjna badająca reprywatyzację w Warszawie dzisiaj po raz pierwszy zajęła się przypadkiem oddania nowemu właścicielowi nieruchomości wraz z lokatorami – chodzi o budynek przy ul. Poznańskiej 14. Część z nich wciąż lokale zajmuje mimo drastycznej podwyżki czynszu mającej zachęcić do opuszczenia mieszkania, licząc „na sprawiedliwość przed sądami”.

Przed reprywatyzacją czynsz wynosił 8 zł za metr kwadratowy, po reprywatyzacji lokatorzy dostali propozycje opuszczenia mieszkań i podwyżkę czynszu – do 14,7 zł, a po przejęciu przez kolejnego właściciela do 25 zł i wreszcie do 59 złotych. Dla lokatorów podwyżka czynszu to zwykle obciążenie ponad możliwości – nie płacą więc całości, dług narasta, a właściciel uruchamia procedurę eksmisyjną.

Na te długi był jednak pewien sposób. Jeden z zeznających przed komisją weryfikacyjną lokatorów kamienicy przy Poznańskiej 14 Robert Migros powiedział, że pewnym osobom zadłużenie darowano w zamian za wyprowadzkę, a schemat działania był prosty: osoby zadłużone na 10-20 tys. zł szły do właściciela, administracji, bo miały już dosyć. A wtedy padała odpowiedź: „dobrze, to my wam darujemy, ale do widzenia”. – Tak działa ten schemat, przypuszczam, że do tej pory tak jest – stwierdził świadek.

Oprócz podwyżki czynszu lokatorzy dostali również wypowiedzenie najmu. Migros zeznawał, że wypowiedzenie motywowane było tym, że nowi właściciele kamienicy, handlarze roszczeń: Janusz Piecyk i przebywający obecnie w areszcie Robert N., nie mają gdzie mieszkać i chcą zamieszkać właśnie w kamienicy przy Poznańskiej. Żaden z nich jednak – zeznawał – do kamienicy się nie sprowadził.

Utrudnianie życia ludziom

Kolejni świadkowie skarżyli się na nieustający hałas związany z ciągłym remontem kamienicy, dewastacje drzwi czy też skrzynek pocztowych (tego ostatniego mieli dopuścić się prowadzący prace robotnicy) czy też na wulgarne zachowanie pracowników firmy władającej nieruchomością. Do jednej z lokatorek mieli się oni – jak zeznała – usiłować włamać, próbując otworzyć drzwi łomem – jednakże zostali przegonieni przez sąsiada. Dwukrotnie też w kamienicy wybuchał pożar, czego lokatorzy – jak zauważyli – nie doświadczali przez całe lata przed reprywatyzacją.

Z zeznań świadków można było odczytać, że te nadzwyczajne zdarzenia nie były żadnym przypadkiem, a w ich przeświadczeniu zmierzały do celowego uprzykrzenia im życia i nakłonienia do wyprowadzki. Janusza Piecyka bronił jego pełnomocnik, zadając świadkom pytania – raczej retoryczne – m.in., czy widzieli, aby to jego klient osobiście dopuszczał się wobec nich jakichś niecnych rzeczy.

Miasto atakuje lokatorów

Na wezwanie komisji ponownie nie stawiła się prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz- -Waltz. Obecnych było za to dwoje pełnomocników miasta uprawnionych do zadawania pytań. Te zmierzały przede wszystkim do przekonania, że żaden z lokatorów na bruku nie wylądował, a ratusz starał się im pomagać.

Nieprzychylne opinie jedna z lokatorek opłaciła koniecznością odpowiedzi na pytania o okresy niepłacenia przez nią czynszu w latach ubiegłych czy też o niedostarczenie przez nią zaświadczeń o opłacaniu ZUS-u przez jej męża – co miało być konieczne do złożenia wniosku w sprawie przyznania lokalu socjalnego.

Mimo kilkukrotnych upomnień dotyczących niezadawania pytań niezwiązanych ze sprawą, a tyczących także spraw osobistych świadka, reprezentanci ratusza nie ustawali. Przewodniczący komisji, wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki zdecydował – poparty przez większość w komisji – o ich wykluczeniu z przesłuchania. – Słyszycie, co państwo przeszli w kamienicy, i próbujecie po raz drugi przeczołgać tych ludzi, na co nie pozwolę – mówił Jaki.

Stowarzyszenie mieszkańców podnosiło także wątpliwości co do samego procesu reprywatyzacji m.in. w kwestii postępowania spadkowego – prokuratura wniosku mieszkańców nie uwzględniła. Chodzi np. o to, czy osoba uznana za spadkobiercę faktycznie nim była i czy rzeczywiście była jedynym spadkobiercą. Za spadkobiercę nieruchomości przy Poznańskiej uznany został Aleksander Włodawer, który w 1968 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, od którego Janusz Piecyk i Robert N. odkupili roszczenia. W 2014 r. sprzedali nieruchomość spółce Jowisz należącej do Fenix Group zajmującej się m.in. przejmowaniem i przerabianiem starych kamienic w luksusowe apartamenty.

Członek komisji, minister Jan Mosiński, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” zaznacza, że istnieją poważne wątpliwości, czy spadkobierca kamienicy przy Poznańskiej 14 został ustalony prawidłowo. – Z dokumentów wynika, że ojciec pana Włodawera zginął, opuszczając getto, w 1943 r., a spadkobierca urodził się w roku 1946. Niewykluczone, że mamy do czynienia z podrobieniem dokumentów, wykorzystaniem dwóch podobnie brzmiących nazwisk. Mam daleko idące wątpliwości co do wydanej w tej sprawie decyzji – stwierdza Mosiński.

Artur Kowalski

Nasz Dziennik