logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Rosja realizuje agresywny scenariusz

Poniedziałek, 11 września 2017 (04:30)

Z dr. hab. nauk wojskowych, profesorem Akademii Sztuki Wojennej Romualdem Szeremietiewem, byłym wiceministrem i p.o. ministrem obrony narodowej, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Dlaczego zaplanowane na połowę września rosyjsko-białoruskie manewry wojskowe „Zapad 2017” na Białorusi budzą taki niepokój Polski i krajów nadbałtyckich?

– Historia działań rosyjskich jasno wskazuje na pewien powtarzający się scenariusz, mianowicie rozpoczyna się od ćwiczeń wojskowych, a kończy się inwazją, np. na Gruzję. Przypomnę, że ćwiczenia wojskowe Rosja organizowała również przed aneksją Krymu. Teraz mamy duże manewry „Zapad 2017” na Białorusi i pytanie, czy tylko na manewrach się skończy.

Jakie scenariusze wchodzą w grę?

– Przede wszystkim znamy kierunek polityki zagranicznej, którą realizuje Moskwa, a który od lat nie ulega zmianie. Obserwujemy konsekwentne działania Kremla zmierzające do odzyskania przez Rosję pozycji światowego supermocarstwa i ta koncepcja jest wdrażana krok po kroku przez prezydenta Putina. To jest sprawa oczywista. Rosja do osiągnięcia tych celów używa sił zbrojnych, a jedynym kierunkiem ekspansji, jaki może realizować, jest kierunek zachodni. Nic zatem dziwnego, że państwa zachodnie zastanawiają się, czy przyjazd wojsk rosyjskich na Białoruś nie zakończy się ich stałą obecnością w tym kraju, a prezydent Łukaszenka straci władzę bądź zostanie gubernatorem prowincji białoruskiej wchodzącej w skład Federacji Rosyjskiej. Nie jest też wykluczone, że wojska rosyjskie uczestniczące w tych ćwiczeniach zostaną wykorzystane przeciwko Ukrainie. Takie scenariusze są realne tym bardziej, że w żadnym z nich nie ma naruszenia granic NATO.

Na ile realne jest to, że Rosjanie nie wrócą po skończonych manewrach „Zapad 2017” do swojego kraju i utworzą na Białorusi stałe bazy wojskowe?

– To jest bardzo prawdopodobny scenariusz, którego nie należy odrzucać. Za takim rozstrzygnięciem przemawiają następujące fakty. Zarówno Moskwa, jak i Mińsk twierdzą, że w manewrach uczestniczyć będzie ok. 13 tysięcy żołnierzy, w tym ok. trzech tysięcy Rosjan, tymczasem wojska może być nawet 100 tysięcy. Skąd to wiadomo? Rosja zamówiła ponad cztery tysiące wagonów do transportu sprzętu i wojska, a więc wielokroć więcej, niż to bywało podczas poprzednich edycji manewrów, np. w 2013 r. Szykuje się bardzo duży przerzut wojsk rosyjskich i trudno założyć, że jedynym ich zadaniem jest tylko udział w manewrach.

Wspomniał Pan wcześniej, że po tych manewrach Rosjanie mogą pozostać na stałe na Białorusi. Co na to Łukaszenka?

– Pytanie brzmi: jakie pole manewru ma Łukaszenka i co może zrobić w tej sytuacji. Można domniemywać, że próbował się jakoś opierać, ale został chyba skutecznie spacyfikowany przez Putina.

Ukraina wzmacnia ochronę swych granic przed manewrami „Zapad 2017”. Prowokacyjne działania i inwazja militarna ze strony Moskwy są tu realne?

– Aleksander Sołżenicyn powiedział, że Rosja bez Ukrainy nie jest w stanie odgrywać mocarstwowej roli jako potęga eurazjatycka. Stąd należy się spodziewać działań prowadzących do podporządkowania Ukrainy władzom na Kremlu. W tych uwarunkowaniach niepodległość Ukrainy – z punktu widzenia interesów i oczekiwań Rosji – jest niedopuszczalna.

Specjalny raport 173. Brygady Powietrzno-Desantowej Stanów Zjednoczonych, do którego dotarł portal Politico, wskazuje, że oddział amerykańskich sił szybkiego reagowania w Europie nie dysponuje odpowiednimi środkami i wyposażeniem, żeby w razie agresji stawić czoła Rosji. Nie brzmi to zbyt optymistycznie…

- Co więcej, Rosjanie zapewne o tym doskonale wiedzą. Żeby dysponować siłami militarnymi, które są w stanie wykonać zaawansowaną operację zbrojną, musi być spełniony cały szereg wymogów. Obserwując obecność wojsk NATO na wschodniej flance, trzeba stwierdzić, że bardziej pełnią one rolę PR-owską, niż są realną siłą, która byłaby w stanie skutecznie odeprzeć atak wroga. Oczywiście ta obecność wojsk sojuszniczych jest potrzebna jako strategiczny element odstraszania Rosjan i dla poprawy naszego samopoczucia, bo kiedy widzimy amerykańskich żołnierzy na polskiej ziemi, to serce się raduje, bo sojusznicy są z nami. Ale jeśli chodzi o militarną zdolność odparcia agresji, to dziś chyba mógłby z tym być problem.

Co decyduje o tym, że dany komponent ma siłę bojową bądź jej nie ma?       

– Wiele czynników. Przykładem mogą być zakontraktowane w 2014 r., a dostarczone do Polski na początku tego roku rakiety AGM-158A JASSM oraz ich najnowsze wersje JASSM-ER do samolotów F-16 przeznaczone do rażenia celów naziemnych. Broń jest świetna, ma wysokie parametry, ale żeby taki pocisk mógł trafić w cel, to muszą być jeszcze środki naprowadzania. Pytanie zatem brzmi: czy tego typu pociski kierowane mogą być przez nas użyte bojowo, czy też nie? Zwykły obserwator tego nie dostrzega, ale eksperci wiedzą, jakie warunki muszą być spełnione, aby broń można było użyć w walce, decydenci powinni na to tym bardziej zwracać uwagę.

Wracając do zasadniczego tematu naszej rozmowy, czy Amerykanie i NATO są w stanie skutecznie stawić czoła zagrożeniu ze strony Rosji?

– Stany Zjednoczone mają świadomość swojej rzeczywistej potęgi. I to jest wystarczający argument, który powinien powstrzymywać Rosję przed nieprzemyślanymi, a w konsekwencji szkodliwymi dla nas działaniami z jej strony. Sądzę, że Amerykanie liczą raczej na opinię, jaką ma na ich temat strona przeciwna, a mianowicie, że Stany Zjednoczone to supermocarstwo, największa potęga militarna świata. W takim sensie zdolności operacyjne czy taktyczne kilku amerykańskich batalionów znajdujących się na flance wschodniej NATO to kwestia drugorzędna.

Do czego przygotowują się Rosjanie, podejmując manewry na taką skalę? Możemy spać spokojnie?

– Tego typu ćwiczenia wojskowe mają jeden podstawowy cel – mianowicie przygotowanie wojska do prowadzenia działań wojennych. Nie chodzi tu zatem o dobre samopoczucie Putina, który będzie radował wzrok, obserwując przez lornetkę ćwiczenia swoich sołdatów, ale o to, jakie scenariusze działań wojennych są ćwiczone. Warto przypomnieć, że w manewrach wojsk rosyjsko-białoruskich Polska nieraz występowała jako wróg i cel ataku. Podczas manewrów „Zapad 2013” ćwiczono głównie uderzenie na państwa nadbałtyckie, ale też na Polskę i Szwecję. W tym roku oficjalnie mówi się, że będzie ćwiczona operacja obronna, ale nieoficjalnie słyszymy, że to będzie „kontratak” wymierzony m.in. w Polskę. To agresywny scenariusz, dlatego tym manewrom bacznie będzie się przyglądać NATO. Nic też dziwnego, że równolegle z manewrami „Zapad 2017” w regionie Bałtyku, m.in. w okolicach Sztokholmu, Göteborga oraz wyspy Gotlandia, Szwecja organizuje ćwiczenia „Aurora”. W manewrach lądowych, morskich i powietrznych weźmie udział ok. 19 tysięcy szwedzkich żołnierzy, a obok nich jednostki z wielu innych państw, m.in. z Finlandii i Stanów Zjednoczonych. Tak czy inaczej Rosja jest państwem, które najczęściej przeprowadza różnego rodzaju ćwiczenia wojskowe, organizuje przerzuty wojsk na duże odległości, np. przerzucanie wyrzutni rakiet balistycznych Iskander spod Moskwy na Syberię itd.

Pytanie, jakie się narzuca, brzmi: skoro takie działania są prowadzone, to w jakim celu, po co?

– Podejrzewam, że Rosja dzięki tym ćwiczeniom utrzymuje swoje siły militarne w gotowości bojowej, czekając na dogodny moment, żeby ich użyć.

Co może być takim pretekstem?

– Impulsem może być jakieś zdarzenie w zmieniającej się sytuacji międzynarodowej. Jeśli, dajmy na to, Stany Zjednoczone uwikłałyby się w wojnę z dala od Europy, na Dalekim Wschodzie, to dla Rosji otworzyłaby się możliwość do przeprowadzenia jakichś działań w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Mamy zatem oczekiwanie na dogodny moment do ataku?

– Tak się ustala strategie działania, jeśli się chce osiągnąć jakiś cel. Wykorzystuje się dogodny moment, dajmy na to zaangażowanie przeciwnika w innym obszarze. Hitler, kiedy budował potęgę niemiecką, powiedział do generałów, bodajże w 1933 r., że jeżeli przeciwnicy Niemiec mają za przywódców mężów stanu, to nie pozwolą mu na rozbudowanie siły militarnej i uderzą wcześniej. Jak się okazało, nie było takich polityków na czele państw zachodnich – przynajmniej we Francji. Polska proponowała różnego rodzaju kontrdziałania, m.in. Józef Piłsudski chciał za pomocą wojny prewencyjnej odsunąć Hitlera od władzy, ale nie spotkało się to z aprobatą w Paryżu, choć zapobiegłoby wybuchowi II wojny światowej.

Czy z tej lekcji zostały wyciągnięte wnioski i czy dzisiaj po stronie państw zachodnich mamy mężów stanu, którzy będą w stanie przeciwstawić się Putinowi?

- Patrząc na obecnych przywódców Europy Zachodniej, trudno tam dostrzec mężów stanu z prawdziwego zdarzenia. Jeśli już, to stanowczej polityki oraz działań należałoby się spodziewać po obecnym prezydencie Stanów Zjednoczonych Donaldzie Trumpie. Nic zatem dziwnego, że Polska wiąże z jego osobą duże nadzieje. Obawiam się, że to jednak za mało, gdy myślimy, jak zapewnić bezpieczny byt naszemu krajowi.

Dziękuję za rozmowę.  

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl