logo
logo
zdjęcie

Zdjęcie: Robert Sobkowicz/ Nasz Dziennik

Dojdziemy do prawdy

Piątek, 3 listopada 2017 (22:12)

Z senator Alicją Zając z PiS, wdową po senatorze Stanisławie Zającu, który zginął w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 r., rozmawia Mariusz Kamieniecki

Rosjanie odgrodzili dojazd do miejsca katastrofy Tu-154M i jak słyszymy mają zamiar budować tam gazociąg. Jak Pani odebrała tę wiadomość?

– Powiem szczerze, że jeśli chodzi o działania podejmowane przez Rosjan związane z katastrofą smoleńską, to nic już mnie nie zdziwi. To wszystko prowadzi w jednym kierunku, żeby, jak to tylko możliwe, utrudnić nam śledztwo oraz uniemożliwić nam wybudowanie na miejscu katastrofy trwałego upamiętnienia. Ale my pamiętamy o tym, co się wydarzyło w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r., pamiętamy też o dramatycznej dla rodzin prawdzie, że ówczesny rząd pod kierownictwem Donalda Tuska oddał sprawę w ręce Rosjan.

Jak to jest, z jednej strony nie zwraca się Polsce wraku samolotu, tłumacząc ten fakt toczącym się śledztwem, a z drugiej – można powiedzieć – usuwa się wszystko, co się wiąże z tą katastrofą? 

– Rosjanie nie tylko że sami nie wyjaśniają spraw związanych z tragedią smoleńską, ale utrudniają również nam prowadzenie śledztwa w celu wyjaśnienia okoliczności katastrofy. W trybie pomocy prawnej nie wykonali żadnego ruchu, wręcz przeciwnie – utrudniają nam wszelkie działania.

Czy ingerencja w teren, gdzie dokonała się tragedia, nie utrudni polskiego śledztwa?

– Nie przypuszczam, żeby w kolejnych miesiącach udało się – na zasadach partnerskich – poprowadzić dochodzenie do prawdy, skoro przez siedem lat strona rosyjska jedyne, co robiła, to przeszkadzała. Planowanie jakichkolwiek inwestycji, prowadzenie prac poszukiwawczo-konstrukcyjno-montażowych związanych z budową magistrali gazociągowej w miejscu tak tragicznym, gdzie – jak możemy się domyślać – wciąż leżą przysypane ziemią szczątki naszych bliskich, jest nie tylko wrogim, ale też nieludzkim działaniem. W dodatku poprowadzenie gazociągu, kiedy jako Polska próbujemy się uniezależnić od dostaw ropy i gazu z Rosji jest działaniem wybitnie politycznym. Jak inaczej wytłumaczyć te kroki, zwłaszcza kiedy chcemy bronić naszych polskich interesów, a ktoś nam mówi, że zamierza poprowadzić gazociąg na szczątkach naszych zmarłych czy w miejscu, w którym zginęli, które jest dla nas, Polaków, a przynajmniej dla rodzin smoleńskich – bo w ich imieniu się wypowiadam –szczególnym miejscem. My nie chcemy od nich nic poza tym, żeby zachowali się jak trzeba. Trudno jednak oczekiwać tego po siedmiu latach, kiedy traktowano nas źle, niezgodnie z wszelkimi zasadami współpracy międzynarodowej, powiedziałabym nawet, że ze szczególnym utrudnianiem wszystkich czynności. Może poza kilkoma dniami bezpośrednio po katastrofie, kiedy byłam w Moskwie i kiedy pozorowano życzliwość, zainteresowanie, chęć pomocy, ale to wszystko była gra pozorów, która szybko została obnażona. Wtedy zobaczyliśmy tę rzeczywistość, którą obserwujemy dzisiaj nie tylko w polityce, ale także w przypadku – nad czym szczególnie ubolewam – tej szczególnie delikatnej sprawy. Niestety, z drugiej strony nie widzimy żadnego zainteresowania, żeby cokolwiek zmienić we wzajemnych stosunkach między rosyjską a polską prokuraturą.

Skoro mowa o prokuraturze, to jak Pani ocenia działania obecnej prokuratury prowadzącej polskie śledztwo?

– Jeśli chodzi o prowadzenie śledztwa i sposób, w jaki prowadzi je Prokuratura Krajowa, mam na myśli także kontakty z rodzinami – przynajmniej z moją – w czasie ekshumacji i później, to moja ocena pracy prokuratorów, którzy pomogli nam przez ten czas przejść możliwie spokojnie, jest bardzo pozytywna. Ekshumacje nie są łatwe dla nikogo z bliskich ofiar. Przypominam sobie komentarze internautów, którzy niedługo po tragedii apelowali, aby przeżyć, choć dzień bez „Smoleńska”, ale proszę mi wierzyć – my rodziny – takiego dnia nie mamy. I nie chodzi tu o codzienne opłakiwanie naszych zmarłych, ale o różne wydarzenia, spotkania z ludźmi, którzy nas pytają, bądź kiedy w mediach pojawia się jakaś nowa informacja związana z katastrofą, czy chociażby tygodnie przed, w czasie i po ekshumacji, kiedy czekamy na wyniki badań genetycznych – to wszystko sprawia, że wciąż na nowo przeżywamy 10 kwietnia 2010 r.

Strona rosyjska w sprawie Smoleńska robi sobie, co chce, a społeczność międzynarodowa milczy. Gdzie są unijne organy?

– Organy unijne wykazują się nadaktywnością w sprawach błahych, często niezrozumiałych dla nas czy dla społeczności międzynarodowej. Nie traktują wszystkich członków Unii Europejskiej w sposób równorzędny – w tym również Polskę, i to widać na każdym kroku. Zasiadając w Komisji Spraw Zagranicznych, bardzo ubolewałam nad tym, że przedstawiciele Polski – pomimo obowiązku – na forum międzynarodowym, a zwłaszcza w Brukseli, nie bronili interesów swojej Ojczyzny. Obecnie powoli się to zmienia, a Polska zaczyna być postrzegana nie jako petent, ale partner. Jeśli zaś chodzi o urzędników brukselskich, to otrzymują oni wytyczne czy to z Berlina, czy z Paryża i wykonują je w sposób przedmiotowy, bez uczuć. I w sprawie tak delikatnej jak tragedia smoleńska, gdzie o nas, Polakach, mówi się, że jesteśmy sentymentalni – zresztą jak nie być sentymentalnym, kiedy giną najważniejsze osoby w państwie, kiedy ginie prezydent, generalicja i osoby niezwykle zasłużone dla Polski. Często spotykam się z ludźmi, którzy nie znali osobiście nikogo z ofiar, ale są żywo zainteresowani wyjaśnieniem tej katastrofy. Tak było chociażby podczas ostatniej kwesty na rzecz ratowania zabytków cmentarza w Jaśle, kiedy wiele osób pytało mnie o ekshumację mojego męża, czy mąż był w grobie itd. Każdy, kto odczuwa po ludzku sercem ból, smutek, żal, żałobę nie przechodzi obok tej narodowej tragedii obojętnie. Elity unijne wydają się zachowywać inaczej, być może nie chcą sobie popsuć relacji z Moskwą. Tyle tylko, że są to złudne nadzieje, bo jak Rosja traktuje inne państwa, widać chociażby po Ukrainie.       

Skoro poruszyła Pani wątek ekshumacji, proszę powiedzieć, jakie są jej efekty w przypadku Pani męża?

– Przyznam, że bałam się tego momentu i nie wiedziałam, jak to przeżyjemy. Jednak po fakcie muszę powiedzieć, że cała procedura była bardzo dokładnie, w delikatny sposób realizowana. Wszystko po to, żebyśmy mogli przejść przez to wszystko w możliwie jak najmniej bolesny sposób.  Zresztą powiem Panu, że ja widziałam zdjęcia mojego męża po śmierci, ale patrząc na to, co Rosjanie zrobili z innymi ciałami ofiar, dokonując zamiany, nie byłam do końca pewna, czy nie dotyczyło to także mojego męża. Teraz po ekshumacji jestem pewna, że w grobie pochowaliśmy już na wieczny spoczynek mojego męża Stanisława.

Podkomisja smoleńska poinformowała, że w zapisie jednego z rejestratorów Tu-154M jest gwałtowny, niewytłumaczalny wzrost ciepła na czujniku temperatury samolotu, po którym nastąpiła katastrofalna seria awarii. Co można o tym sądzić?

– Nie jestem ekspertem lotniczym, ale cały czas mam wrażenie, że to nie błąd pilotów doprowadził samolot do katastrofy. Tam musiało się coś wydarzyć i dlatego chcemy dojść do tego, co to faktycznie było. Czy to była awaria jakiegoś urządzenia czy czynniki zewnętrzne doprowadziły do katastrofy. W tym dążeniu do prawdy poruszamy się wolno, ale wierzę, że krok po kroku dojdziemy do prawdy. Często w naszych rodzinach zastanawiamy się, czy nasi bliscy 10 kwietnia 2010 r. mieli świadomość, że coś złego się dzieje z samolotem, że będzie katastrofa. Takie myśli nam towarzyszą przez te wszystkie lata. Mój mąż miał dłoń oplecioną różańcem. Zważając, jak Rosjanie potraktowali ciała ofiar, nie sądzę, żeby ktoś w Moskwie oplatał różańce na wszystkich 96 ciałach zmarłych. Tak czy inaczej, jeden różaniec był na dłoni mojego męża, a drugi był położony już na czarnej folii, najprawdopodobniej tuż przed włożeniem ciała do trumny. Skoro nakładanie różańców na dłoń nie było rutynowe, to oznaczałoby, że mąż w tym momencie się modlił. Trudno dociekać, jak wyglądały ostatnie sekundy lotu, jak wyglądała katastrofa i jakie były jej przyczyny, ale na pewno nie było tak, jak przedstawiły to komisje Anodiny czy Millera. Wydaje się, że to było zupełnie inaczej i dlatego na wyjaśnienie, jak naprawdę było, co się tam wydarzyło, wciąż czekamy.

Na wiosnę 2018 r. ma się pojawić raport ukazujący przebieg wydarzeń i przyczyny tragedii smoleńskiej. Czego się Pani spodziewa poza wykazaniem złej woli Rosjan i błędów nawigatorów z Siewiernego?

– O tej złej woli ze strony Rosjan to my, rodziny, wiemy już od dawna. Wiemy też o tym, że lotnisko Siewiernyj nie było przygotowane – podejrzewam – celowo, żeby utrudnić prezydentowi RP i towarzyszącym mu osobom udział w uroczystościach upamiętniających ofiary zbrodni katyńskiej z 1940 r. Może liczono, że jeśli lotnisko nie będzie przygotowane, jak należy, to polska delegacja zrezygnuje z przylotu…? Warto też przypomnieć okoliczności tej wizyty – przecież to było w okresie wzmożonych ataków na prezydenta Lecha Kaczyńskiego i te działania były ze strony rządu Donalda Tuska, a Rosja skrzętnie tę sytuację wykorzystała. Mam nadzieję, że dochodzenie prowadzone przez polską prokuraturę oraz ustalenia podkomisji smoleńskiej działającej przy Ministerstwie Obrony Narodowej doprowadzą nas do prawdy.

Pozostaje jeszcze kwestia upamiętnień…

– 10 kwietnia 2018 r. mają też być gotowe pomniki upamiętniające prezydenta Kaczyńskiego i pozostałe ofiary smoleńskie. I są to małe kroki dla nas równie ważne, bo obok tego, że mamy groby naszych bliskich, mamy wiele upamiętnień w kraju i zagranicą, to w Warszawie – stolicy Polski, wciąż nie ma godnego upamiętnienia. To do Warszawy z kraju i ze świata przyjeżdżali wszyscy, aby w Pałacu Prezydenckim oddać ostatni hołd prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i pierwszej damie Marii Kaczyńskiej. To w Warszawie mimo protestów, ataków i niezadowolenia środowisk lewackich odbywają się miesięcznice smoleńskie. To tu modlą się ludzie za ofiary i o prawdę o Smoleńsku. Modlitwy trwają też w innych miejscach Polski i zagranicą, co pokazuje, że pamięć o tragedii z 10 kwietnia 2010 r. nie ginie. I to jest nadzwyczajne, że mimo upływu czasu ciągle są nowe inicjatywy upamiętniania ofiar, które żyją w naszej pamięci. Mimo utrudnień ze strony Rosjan mam nadzieję, że prawda – prędzej czy później – się nam ukaże. Przeżywamy listopad – miesiąc pamięci o tych, którzy od nas odeszli i mocno wierzę w to, że ci nasi zmarli się upomną i pomogą nam dojść do prawdy o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl