logo
logo

Zdjęcie: Piotr Drabik/ Licencja: CC BY 2.0/ Flickr

Potrzeba mediatora

Czwartek, 4 stycznia 2018 (10:35)

Z dr. hab. Norbertem Maliszewskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, specjalistą ds. marketingu politycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Za nami zaledwie trzy dni nowego roku, a już odnotowaliśmy dwa przypadki ataków na biura polityków Prawa i Sprawiedliwości. To tylko akty wandalizmu i „smarkaterii politycznej” – jak uważa senator Platformy Jan Rulewski – czy może coś znacznie poważniejszego?

– To jest bardzo niebezpieczne zjawisko i ma znacznie głębsze źródło. Na ogół jest tak, że przy tego typu atakach, zachowaniach mamy do czynienia z potępieniem ze strony wszystkich sił politycznych, natomiast niekoniecznie tak bywało chociażby w grudniu, w przypadku obrzucania jajkami limuzyn rządowych wyjeżdżających z Pałacu Prezydenckiego czy ataków słownych na dziennikarzy TVP INFO latem ubiegłego roku. Efekt jest taki, że mamy ciche przyzwolenie na akty agresji skierowane wobec osób reprezentujących bądź to stronę rządową, bądź szerzej obóz władzy, albo kojarzą się lub sympatyzują z rządem.

Z czego wynika ten wzrost agresji i ataków na biura poselskie PiS?

– Wynika to z głębokiego podziału politycznego, który ma miejsce w Polsce. Podziału, który nie jest merytoryczny, a w dużej mierze emocjonalny, symboliczny. Niebezpieczne są też zjawiska związane z tym podziałem. Otóż osoby, które mienią się być obrońcami Konstytucji, osoby, które uważają, iż to one w Polsce chronią demokrację, które siebie uważają za tych „dobrych”, zaczynają dehumanizować drugą stronę. Uważają, że wobec tej drugiej strony – rzekomo tej „złej” – można się zachowywać w sposób agresywny.

W efekcie mamy ciche przyzwolenie na różnego rodzaju akty agresji. Ponadto pompowana jest bańka informacyjna wśród ludzi, którzy funkcjonują w zupełnie innym – własnym świecie, systemie wartości i znaczeń, którzy mówią nawet o podziale Polski wzdłuż Wisły na Polskę pisowską i antypisowską, co jest kuriozalne. Ci tzw. obrońcy demokracji łamią jakiekolwiek zasady wartości związane z demokracją. I stąd mamy taki efekt podziału na tych, którzy mienią się obrońcami pewnej prawdy, dehumanizując drugą stronę i uważając, że można wobec niej zachowywać się w sposób agresywny.

Politycy Platformy i Nowoczesnej nie czują się winni, a poseł Jan Grabiec wprost uważa, że ta agresja jest skutkiem działań PiS-u…

– Owszem, w przestrzeni publicznej, w interpretacji, jaką próbuje przedkładać Platforma, obecna jest retoryka, że to Prawo i Sprawiedliwość doprowadza do tych podziałów. Według tej interpretacji to PiS łamie zasady. To ma zracjonalizować zachowania, które zgodnie z wszelkimi standardami powinny być skrytykowane. To jest bardzo niebezpieczny proces, przypominający wprost ekstremalne sytuacje, wojenne, gdzie wróg – PiS jest dehumanizowany, a działania opozycji są wybielane. To są bardzo negatywne procesy społeczne.    

Co sprawia, że w polityce my, Polacy, nie potrafimy się różnić pięknie, twórczo?

– W Polsce niestety brakuje kultury politycznej. Mamy natomiast przyzwolenie na to, aby różnić się tylko symbolicznie emocjami, co tak naprawdę jest dysfunkcjonalne. Ten podział sprawia, że nie budujemy wspólnoty. Ten podział sprawia, że część osób nie ma zaufania do instytucji. Ten podział sprawia też, że w chwili, kiedy się zmieniają rządy, zaczyna działać zasada miotły, co sprawia, że następują również zmiany w służbach, spółkach Skarbu Państwa. To powoduje częste zmiany strategii, co nie jest korzystne dla samych tych instytucji czy spółek. Dlatego tak ważne jest, aby budować kulturę polityczną, demokratyczną z zaufaniem do instytucji państwa, żeby budować wspólnotę, a różnić się na poziomie merytorycznym, a nie emocjonalnym. Tego niestety brakuje.

Z czego to wynika?

– Być może jest to efekt pewnej niedojrzałości społeczeństwa, schedy po okresie PRL-u. I musi się pojawić polityk – przywódca, który te procesy rozumie. O potrzebie budowania wspólnoty narodowej, budowaniu kapitału społecznego mówi bardzo wyraźnie prezydent Andrzej Duda, mówi też premier Mateusz Morawiecki, a także prezes Jarosław Kaczyński. Co więcej, proces, kiedy ten podział będzie dysfunkcjonalny i będzie zagrażał stronom, które tkwią w tym podziale, musi nastąpić. Np. Platforma przez lata była postrzegana jako partia centrum, ale teraz – na skutek polaryzacji – niektórzy politycy tej formacji używają skrajnego języka, a bywa, że nawet gloryfikują samobójstwa. Efekt jest taki, że w niektórych badaniach sondażowych Platforma ma zaledwie kilkanaście procent poparcia. Jeśli nie rozsądek, jeśli nie standardy moralne, to być może pragmatyka polityczna sprawi, że te istniejące podziały zostaną przekroczone i zaczniemy poszukiwać minimum podstaw współpracy i budowania wspólnoty.

Na razie mamy jednak język nienawiści. Proszę powiedzieć, do czego może prowadzić język, czy mówiąc wprost, sianie nienawiści w polityce?

– Język nienawiści prowadzi do aktów agresji, prowadzi do dysfunkcjonalnych podziałów, sprawia, że debata w polskiej polityce jest na bardzo niskim poziomie. Przez lata mówiono, że należy przeprowadzić reformę sądownictwa, ale kiedy przyszło co do czego, to nie było debaty między opozycją a partią rządzącą. Natomiast dyskusję zastąpiła bardzo emocjonalna krytyka i posługiwanie się pojęciami kryzysu, końca demokracji i odrzucanie wszelkich projektów zmian. Nie było zatem szukania kompromisu, merytorycznych rozwiązań. Tak jest również w innych obszarach życia publicznego, które powinny być reformowane. Np. przez lata mówiono o tym, że w Polsce potrzebne są Wojska Obrony Terytorialnej i to był projekt ponadpartyjny. I kiedy min. Antoni Macierewicz rozpoczął realizację tego projektu, to po stronie opozycji totalnej pojawia się fala krytyki. Takie podejście nie prowadzi do niczego dobrego. Nie można negować wszystkiego, co proponuje obecny rząd tylko dlatego, że jest to rząd Prawa i Sprawiedliwości, któremu Platforma czy Nowoczesna są niechętne. To nie jest korzystne społecznie, nie działa też na korzyść opozycji.

Jak można przeciwdziałać tego typu zjawiskom nienawiści w polityce, które – jak widzimy – mogą się kończyć agresją?

– Myślę, że politycy są na tyle podzieleni, że sami nie będą w stanie się porozumieć, dlatego należy szukać mediatorów, najlepiej w gronie uznanych autorytetów, swoistych sędziów, którzy obserwują wydarzenia na scenie politycznej. Jeżeli tej roli nie spełnią media, które też są mocno podzielone w swoim przekazie, to wówczas trzeba szukać autorytetów gdzie indziej. Takim społecznym autorytetem mógłby być Kościół katolicki. Muszą pojawić się głosy o potrzebie budowania i rozwoju kultury politycznej w Polsce. Tu chodzi o budowanie podstaw demokracji, budowanie wspólnoty, kapitału społecznego, bo w końcu na tym – w dużej mierze – opiera się istota państwa i powodzenie społeczeństwa.

Jeżeli tę kulturę polityczną będziemy mieli mierną, to wówczas niewielkie będą oczekiwania społeczne wobec polityków, a oni sami nie będą w stanie odpowiadać na oczekiwania ludzi. Proszę pamiętać, że państwo jest emanacją owych oczekiwań społeczeństwa, które powinni realizować politycy. Jeżeli nie ma kultury politycznej, jeżeli nie będzie zaangażowania, jeżeli będziemy wewnętrznie podzieleni, to wówczas istnieje prawdopodobieństwo, że wpadniemy w pułapkę rozwojową. Warto przy tym pamiętać, że wszyscy siedzimy na jednej gałęzi.

Chyba nikt z nas nie chciałby, żeby powtórzyła się historia z 2010 r., kiedy na kampanii nienawiści „wychodowany” został Ryszard Cyba, który zabił Marka Rosiaka, asystenta europosła Janusza Wojciechowskiego…

– Jak pamiętamy, to morderstwo było przejawem nienawiści – jednym z wielu. Dzisiaj jesteśmy w ważnym historycznie momencie, gra idzie o to, czy państwo polskie będzie się rozwijać, będzie nadrabiać zapóźnienia związane z okresem socjalizmu, kiedy nie mieliśmy kapitału, kiedy kultura polityczna się nie rozwijała. I dzisiaj albo czeka nas stagnacja, albo staniemy się państwem silnym i dostatnim. Podzieleni, bez poczucia wspólnoty na pewno tego celu nie osiągniemy.

Dziękuję za rozmowę.

Mariusz Kamieniecki

NaszDziennik.pl