Jak odczytuje Pan reakcję ambasador Izraela, która krytykuje ustawę o IPN i przepisy wprowadzające m.in. kary za sformułowanie „polskie obozy śmierci”?
– Dla mnie jest to wypowiedź niezrozumiała. Nawet jeśli ambasador Anna Azari miała jakieś zastrzeżenia, to mogła je przekazać polskiej stronie w inny sposób, niż to uczyniła, i w innym miejscu. W sobotę mieliśmy obchody 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz-Birkenau poświęcone ofiarom obozów koncentracyjnych, ofiarom zagłady, Żydom, Polakom, jeńcom sowieckim i wszystkim innym. W tej sytuacji i w takim miejscu podnoszenie tak mocno politycznej kwestii nie było dobrym pomysłem.
Pan mógł wysłuchać wystąpienia na miejscu w Oświęcimiu jako uczestnik tych wydarzeń rocznicowych. Jak odebrały to osoby, które przeżyły zagładę?
– Owszem, słyszałem tę wypowiedź, ponieważ reprezentowałem na tych obchodach Instytut Pamięci Narodowej. Trudno mi jednak powiedzieć, jak odebrali to inni uczestnicy, zwłaszcza świadkowie niemieckich zbrodni sprzed kilkudziesięciu lat. Chciałbym dodać, że ambasador Anna Azari do tej pory znana była z bardzo wyważonych, można powiedzieć stonowanych, wypowiedzi. Co więcej, była przychylna wielu inicjatywom podejmowanym na rzecz upamiętnienia ofiar niemieckich zbrodni. Wystarczy wspomnieć, że była na otwarciu Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów w Markowej.
Co zatem zmieniło dotychczasową narrację ambasador Azari?
– Według mnie, ambasador Azari z pewnością otrzymała dyspozycję ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych Izraela. Mogą o tym świadczyć jej słowa wypowiedziane na wstępie, kiedy zauważyła, że miała przygotowane inne wystąpienie, które w ostatniej chwili zmieniła.
Czego obawia się strona izraelska, formułując zarzuty wobec Polski?
– W Izraelu pojawiają się opinie, że w Polsce będziemy mieć do czynienia z „rewizjonistycznymi badaniami” oraz że będą ścigane te osoby, które piszą o tym, że zdarzały się przypadki udziału poszczególnych Polaków w zbrodniach. Są to niepotwierdzone informacje podawane bez wskazania na rzeczywiste zapisy treści procedowanej nowelizacji ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Tymczasem, na podstawie dotychczasowego projektu zapisów ustawy można wyraźnie stwierdzić, że jeśli ktoś opisze tych Polaków, którzy donosili na Żydów, co się przecież zdarzało w każdej narodowości, także wśród Polaków czy Żydów, i ten udokumentowany fakt nagłośni, to nic mu za to nie będzie groziło, bo proponowane przez rząd przepisy wyłączają taką sytuację.
A zatem nowelizacja ustawy o IPN bynajmniej nie ma na celu wprowadzenia zakazu badań nad holokaustem?
– Powiem więcej – tam jest zapis, który mówi, że ta ustawa w ogóle nie dotyczy badań naukowych, a jedynie publicystyki. Nie ma mowy o żadnym zagrożeniu dla badań naukowych.
Czy w tej sytuacji można powiedzieć, że stanowisko strony izraelskiej jest nazbyt emocjonalne – i tak jak to określił wiceszef MSZ Marek Magierowski – wymaga głębszego wyjaśnienia, a krytyka strony izraelskiej jest przedwczesna?
– Proces legislacyjny dotyczący nowelizacji ustawy o IPN cały czas trwa. Ustawę przyjął Sejm i teraz trafi ona do Senatu i tam będzie procedowana. Jeśli zatem większość parlamentarna będzie sobie życzyła zmian, to one nastąpią i ewentualnie zapisy zostaną zmodyfikowane. Są różne kanały w dyplomacji między państwami, ale zostawiam to ocenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Zanim ten projekt nowelizacji ustawy o IPN powstał, to kłamstwa dotyczące „polskich obozów śmierci” pojawiały się w całym świecie. Wygląda na to, że obecne stanowisko Izraela – świadomie czy nie, ale wpisuje się w tę narrację.
– Nie chciałbym wchodzić głębiej w politykę i mówić o intencjach strony izraelskiej, ale wypowiedź Jaira Lapida, jednego z liderów opozycyjnej partii politycznej, o tym, że istniały „polskie obozy śmierci”, jest niedopuszczalna. Nawet Instytut Yad Vashem, krytyczny wobec nowej ustawy, wydał oświadczenie, w którym wyraźnie wskazuje, że nie było polskich obozów koncentracyjnych. Jednak fakt, że Instytut Yad Vashem musi zabierać głos w tak oczywistej kwestii, pokazuje, jak daleko zaszły sprawy. Jesteśmy o krok od tego, by pojawiły się stwierdzenia, że to Polska wywołała II wojnę światową.
Jakie zatem były fakty?
– 1 września 1939 r. rozpoczęła się monstrualna, na niewiarygodną i niebywałą wcześniej skalę, fala zbrodni na wielu narodowościach, w tym szczególnie na ludności żydowskiej. Zbrodni tych dokonywała Rzesza Niemiecka, a w ramach tych zbrodni w niektórych praktykach udział brały osoby różnej narodowości, co nie zmienia faktu, że wszystkie te zbrodnie były generalnie popełniane w imieniu Rzeszy Niemieckiej. Stąd pełną odpowiedzialność – oprócz indywidualnej odpowiedzialności każdego człowieka za swój czyn – bierze na siebie państwo niemieckie. Jest to także zgodne z zapisami IV Konwencji Haskiej z 1907 r., która mówi o tym, że to państwo, które decyduje się na zaatakowanie innego kraju, musi mieć także siłę, by w okupowanym kraju utrzymać porządek. I co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Natomiast w całej tej sytuacji, z jaką mamy obecnie do czynienia, najgorsze jest to, że jako Polacy musimy się tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądami. A przecież poza wszystkim w Polsce, w odróżnieniu od innych krajów zachodniej Europy, za pomoc Żydom groziła śmierć. I mimo to wiele tysięcy osób zdecydowało się pomóc Żydom, a około tysiąca tę pomoc przypłaciło życiem. Stąd dzisiaj podnoszenie takich kwestii ze strony państwa Izrael jest dosyć niezręczne.

